Prof. Zygmunt Bauman: Straciliśmy kontrolę nad światem, który sami stworzyliśmy

Świat po pigułce
O przełomie epok, o tym, że świat potrzebuje globalnych rządów i, o tym, czy Arystotelesowi podobałoby się w polskim Sejmie - mówi Zygmunt Bauman.
Zygmunt Bauman
Michał Tuliński/Forum

Zygmunt Bauman

Dziś nikt nie ma sensownego pomysłu, jak poddać przestrzeń globalną kontroli politycznej
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Dziś nikt nie ma sensownego pomysłu, jak poddać przestrzeń globalną kontroli politycznej

Jacek Żakowski: – Wszystko drży. Cały świat się trzęsie. Rozumie pan, co się z nami i dokoła nas dzieje?
Zygmunt Bauman: – Tego się nigdy dobrze nie rozumie.

A z grubsza?
Interregnum.

Czyli?
Przypomina mi się praca nad rozprawą habilitacyjną. W 1957 r. dostałem stypendium British Council, żeby w Londynie napisać socjologiczną analizę powstawania brytyjskiego ruchu robotniczego. Siedziałem między innymi nad rocznikami „The Manchester Guardian” z epoki, gdy Manchester był centrum rewolucji przemysłowej. Ludzie, którzy w tej gazecie pisali – odpowiednicy największych dzisiejszych publicystów, analityków, komentatorów, intelektualistów – nie mieli pojęcia, że znajdują się w jądrze rewolucji, która zmienia świat. Dziś każdy licealista wie, że początek XIX w. w Manchesterze to rewolucja przemysłowa. A oni nie wiedzieli. Najmądrzejsi ludzie nie mieli pojęcia, w czym biorą udział i co się dokoła dzieje.

Nie widzieli rosnących kominów?
Widzieli. Ale nie rozumieli, co z tego wynika. Nie pojmowali istoty przejścia od społeczeństwa rolniczego do przemysłowego, wymuszonej cywilizacyjnie centralizacji państwa narodowego, zakresu zmiany społecznej, znaczenia i roli nowych podziałów klasowych. Żyli w tym XIX w., nie widząc, w czym żyją. Robili rewolucję, nie wiedząc, że ją robią.

To dlaczego robili?
Żeby poprawić swój los. Żeby ułatwić sobie życie. Bez głębszej refleksji. Bez wizji. Z konieczności stopniowo budowali nowe szczeble integracji społecznej. Od dobrze każdemu znanego otoczenia – parafii, miasteczek, cechów – przechodzili do abstrakcyjnego, niedającego się dotknąć wielkiego społeczeństwa, narodu i państwa. Nie zauważali, jak szybko prywatne doświadczenia są w ich życiu zastępowane przez pojęcia abstrakcyjne.

Ale sobie radzili.
Z trudem. Nie tylko gospodarka, ale moralność i polityka zamykały się wcześniej w obrębie lokalnych społeczności, których jądrem była przecież rodzina. Rodzina – rodzinny warsztat, rodzinne gospodarstwo – była wszystkim. Dawała życie, wyżywienie, wiedzę, pracę, opiekę w razie nieszczęścia lub starości. Wyprowadzenie się biznesu z rodziny – do fabryk – oznaczało odejście od jedynego systemu społecznego, który był zagospodarowany etycznie i politycznie.

Politycznie?
Bo polityka to nadawanie kierunku mocy. A moc, czyli możność czynienia rzeczy, przywiązana była do rodziny i wspólnot lokalnych. Razem z opisem świata, przeświadczeniami, normami, obyczajami, moralnością regulującą relacje społeczne. Kiedy ekonomika wyrwała się z tej przestrzeni w nową, niezagospodarowaną politycznie i etycznie przestrzeń, powstało coś w rodzaju hollywoodzkiego Dzikiego Zachodu. Ludzie zmagali się z tym przez cały XIX w. Stopniowo rozszerzali prawa wyborcze na coraz biedniejszych. Uchwalali kolejne prawa fabryczne regulujące warunki pracy. Legalizowali związki zawodowe. Działo się to za cenę krwi, przy olbrzymim oporze różnych sił zachowawczych. Ale się dokonało. Powstało małżeństwo mocy i polityki w formie nowoczesnego państwa narodowego. Dziki Zachód został etycznie i politycznie skolonizowany. Teraz to się skończyło.

W jakim sensie?
Przez XX stulecie powszechnie uważano, że odpowiedzią na wyzwania świata jest państwo. Prawica i lewica mogły nieustannie drzeć koty, ale jedni i drudzy wiedzieli, kto będzie realizował ich program, jeśli zdobędą władzę. Oczywiście państwo narodowe. Bo tam była moc i polityka. To się skończyło i dlatego znów mamy interregnum.

Co się skończyło?
Po raz drugi ekonomika wyrwała się z systemu. Uwolniła się z oków państwa, tak jak 200 lat temu uwolniła się z oków rodziny i wspólnot lokalnych. Moc i polityka znów się rozdzieliły. I znów życie przeniosło się do przestrzeni nieuregulowanej etycznie ani politycznie. Bo etyka i polityka zatrzymały się na poziomie państw narodowych. A one tracą moc, tak jak w XIX w. traciły ją rodziny i wspólnoty lokalne. Dlatego tak bezsilna stała się ONZ, którą po II wojnie powołano, by strzegła suwerenności państw. Nie bardzo wiadomo, jak ONZ miałaby to robić, skoro suwerenność – czyli zakaz ingerowania w wewnętrzne sprawy państw – staje się wspomnieniem. Państwom co prawda nie wolno ingerować w sprawy innych państw, ale już korporacjom nikt tego nie zabroni. Jak im się w jakimś państwie nie podoba, to idą do innego. A państwa stają się bezsilne.

Niech pan to powie Sarkozy’emu, Cameronowi, Putinowi albo Kaczyńskiemu.
Oni do swojej bezsilności nie mogą się przyznać, tak jak XIX-wieczni ojcowie nie mogli się przyznać, że tracą kontrolę nad losem swoich rodzin, gdy zamykali warsztaty i szli do fabryki. Państwo narodowe, by realnie istnieć, musi kontrolować trzy podstawowe autarkie: przemoc, kulturę i gospodarkę. Dziś żadne państwo nie może się już szczycić żadną z tych autarkii. Ameryka, Rosja czy Chiny wyobrażają sobie jeszcze, że dysponują autarkią militarną, ale to też jest złudzenie. W cyberprzestrzeni nikt nie ma monopolu przemocy. Produkcja, finanse, wiedza, przestępczość – albo ignorują państwa, albo je aktywnie zwalczają, działając w przestrzeni globalnej. Tam jest moc. Natomiast polityka pozostała taka, jaka była. Lokalna, terytorialna, zamknięta w prawnych i mentalnych opłotkach państwa narodowego.

Ale powstaje wspólnota międzynarodowa.
Nie wierzę, że pan w to wierzy. Powstają najwyżej doraźne alianse. Które się rozpadają, gdy zmieniają się układy interesów. Nie istnieje wspólnota międzynarodowa, która mogłaby służyć jako polityczna przeciwwaga nowych mocy. Czyli „stare już nie może, a młode jeszcze się nie narodziło” – tak Antonio Gramsci definiował interregnum.

Kiedy Gramsci to pisał, na początku XX w., nowe – czyli państwo narodowe – już się urodziło i było u szczytu.
Teraz też coś się urodzi. Ale na razie niczego takiego nie widać. Mamy nieadekwatność mocy do polityki, nieadekwatność środków do celów, kryzys narzędzi, instytucji, instrumentów działania. Za mojej młodości dużo zastanawialiśmy się, co robić, żeby ulepszyć świat. Dziś gdybyśmy usiedli przy okrągłym stole, moglibyśmy się dość szybko dogadać w sprawie tego, co robić. A głównym problemem jest, kto to ma zrobić i jak. Bo nie mamy takich instytucji ani instrumentów. Tak jak sędzia pokoju w brytyjskim miasteczku i cech rzemieślniczy nie mogły zaradzić temu, co działo się wokół nich w XIX w. Po raz drugi w nowoczesnej historii stajemy przed zadaniem podboju i skolonizowania ziemi niczyjej, którą tym razem jest przestrzeń globalna. Mamy moc uwolnioną od politycznej kontroli i politykę pozbawioną mocy. Będzie się trzęsło i drżało, dopóki znów nie pożenimy mocy z polityką.

Jak?
Dziś nikt nie ma sensownego pomysłu, jak poddać przestrzeń globalną kontroli politycznej. Czyli jak stworzyć planetarne odpowiedniki tego, co nasi przodkowie stworzyli na poziomie państwa narodowego. Na przykład jakąś formę demokracji. Jakieś łączące opinię publiczną światowe media, które w skali świata skomasują wolę społeczną. Oni zaczęli od Kodeksu Napoleona. Czy my umiemy wyobrazić sobie jakiś kodeks globalny, dający światu ramy obowiązującego prawa?

Umiemy?
To się okaże. Ja sobie nie wyobrażam, żeby można było coś sensownego osiągnąć liniowo powiększając skale instytucji, jakie już istnieją.

Nie wierzy pan, że miejsce państwa narodowego zajmie państwo globalne?
To by musiał być koszmar. Już by nie było gdzie uciec. To by był totalitaryzm, jakiego świat nie widział. Więc trzeba na poziomie globalnym wymyślić inne środki politycznego działania na miarę wyzwań, jakie przestrzeń globalna stawia.

To jest optymistyczne ujęcie. Bo może też być tak, że ogarnięcie tej skali przekracza ludzkie możliwości.
I co?

I nic takiego nigdy nie wymyślimy.
Ale to jest sprawa życia i śmierci. W stanie obecnego nieładu światowego, w którym wszystko się może zdarzyć, a nic nie można zrobić, daleko nie pociągniemy. Zwłaszcza że rzeczywistość nie stoi przecież w miejscu. Jak czegoś nie wymyślimy, wszyscy pójdziemy na dno. Chroniczny nieład, który wszystkich ciągle zaskakuje, na dłuższą metę jest nie do wytrzymania.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj