Polska podtopiona

Toniemy
Tak wysokiego poziomu wód gruntowych nie było w Polsce od ponad 20 lat. Niby nie ma powodzi, ale podtopione piwnice i garaże to właściwie norma.
Do niektórych gospodarstw można się dostać tylko w wysokich butach gumowych.
Wojciech Pacewicz/PAP

Do niektórych gospodarstw można się dostać tylko w wysokich butach gumowych.

Gospodarz układa drogę do domu z desek zawieszonych na oponach samochodowych.
Wojciech Pacewicz/PAP

Gospodarz układa drogę do domu z desek zawieszonych na oponach samochodowych.

Klimatolodzy uważają, że częstotliwość ekstremalnych zjawisk atmosferycznych będzie wzrastać.
Adam Ciereszko/PAP

Klimatolodzy uważają, że częstotliwość ekstremalnych zjawisk atmosferycznych będzie wzrastać.

Jaka dokładnie jest skala podtopień, nie wie nikt. – Dziesiątki tysięcy hektarów pod wodą – ocenia Józef Klajda, wicedyrektor wydziału zarządzania kryzysowego w lubelskim Urzędzie Wojewódzkim.

Chwilowo te hektary zamieniły się w lodowiska. Próbkę tego, co się będzie działo, gdy mróz puści, mieliśmy podczas styczniowych roztopów. Okolice Płocka z lotu ptaka przypominały krainę wielkich jezior. Na szczecińskim cmentarzu woda do połowy krzyży. Słońsko w gminie Inowrocław nie leży nad żadną rzeką, a żeby wejść do domów, mieszkańcy klecili prowizoryczne kładki i pomosty. W Czarnej Wsi koło Grodziska Wielkopolskiego drogą można było przejść tylko w kaloszach. Przejechać nie dało rady nawet wojsko i rodzącą kobietę strażacy nieśli na noszach 3 km do karetki.

– Ziemia jest zamarznięta i nie przyjmuje wody z topniejącego śniegu – mówi dr Witold Skomra, doradca rządowego zespołu zarządzania kryzysowego, były komendant główny Państwowej Straży Pożarnej.

– Poziom wód gruntowych jest bardzo wysoki już od dwóch, trzech lat – wyjaśnia dr Lesław Skrzypczyk, dyrektor Zakładu Hydrogeologii Państwowej Służby Hydrogeologicznej. – A wypełnienie zbiorników wód podziemnych określamy jako wysokie już teraz, na początku lutego, podczas gdy zazwyczaj poziomy maksymalne w cyklu rocznym rejestrujemy na przełomie wiosny i lata.

To znaczy, że gdy przyjdzie odwilż, woda nie wsiąknie, bo nie ma gdzie. Na podtopienia narażeni będą zwłaszcza mieszkańcy nizinnych regionów kraju. Tradycyjnie mokro będzie na Mazowszu, gdzie poza nieuregulowaną Wisłą jest zlewnia Bugu i Narwi.

Pompy w ruch, czyli samorządy umywają ręce

Połowa stycznia, droga do Wojciechowic, powiat piaseczyński, gmina Góra Kalwaria, w otulinie Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. Z każdego gospodarstwa wystaje wąż ogrodniczy i leje się woda. Pompują wszyscy. Marzena, właścicielka stajni pensjonatowej w Wojciechowicach, nawet na osiem pomp. Dzień i noc, bez przerwy. Inaczej na ujeżdżalni woda stoi powyżej kaloszy, a przed stajnią z samochodu wysiąść się nie da. Odpompowywana woda spływa 200 m dalej, na łąki i pola. Lepiej byłoby lać do rowu, ale w pobliżu nie ma. Ani żadnej rzeki. Do Wisły daleko.

Mieszkańcy pompują sami, bo powierzchniowe odprowadzanie wody nie należy do zadań gminy. Wojewódzkie Centra Zarządzania Kryzysowego (WCZK) wkraczają tylko tam, gdzie jest bezpośrednie zagrożenie dla mieszkańców. – Jeżeli można dojść do drogi choćby w kaloszach, to jest jeszcze w porządku – uważa szef WCZK na Mazowszu Roman Jaworski. – Jak nie, a samorząd sobie nie radzi, to musimy interweniować i pomagać. Dopiero gdy woda wlewa się do piwnicy, przyjeżdża straż pożarna.

W tym samym powiecie, jeszcze dalej od Wisły, w gminie Lesznowola, we wsi Wilcza Góra, która powoli zamienia się w podwarszawskie osiedle, od czerwca zeszłego roku woda gruntowa zalewa drogę i posesje. Przed zimą w dzień chodziła duża pompa, przerzucała wodę do lasu, za górkę. W nocy woda wracała, tworząc wielkie rozlewisko. Podczas styczniowej odwilży zalała studzienki kanalizacyjne, stanęła kanalizacja w całej wsi, a ze studzienek potokiem wypływały rozwodnione ścieki. Do akcji wkroczyła straż pożarna.

– Takie doraźne przepompowywanie z działki na działkę nie ma żadnego sensu – mówi starosta piaseczyński Jan Dąbek. – W naszym powiecie problem podtopień dotyczy wszystkich gmin. Starosta powołał pełnomocnika do spraw przeciwpowodziowych i retencji, zwołał wójtów i burmistrzów, żeby opracować plan przygotowań do wiosennych roztopów.

Sprawdzamy rowy melioracyjne i przepusty, przeglądamy cieki wodne, przygotowujemy się do generalnej modernizacji urządzeń melioracyjnych – mówi starosta Dąbek. – Nie wnikając, czy są prywatne, czy państwowe.

Niechciane dziedzictwo PRL, czyli melioracja, a raczej jej brak

Gminy na obrzeżach warszawskiej aglomeracji, do niedawna rolnicze, dziś w większości sypialnie mieszczuchów, są w przeważającej części zmeliorowane, podobnie jak i reszta kraju. Część sieci wykonano w okresie międzywojennym, resztę w Polsce Ludowej.

Meliorację szczegółową (mniejsze rowy i dreny) oddano spółkom wodnym. System działał rozpędem jeszcze w latach 90. Potem zaczął podupadać, właściciele ziemi, przeważnie rolnicy, nie płacili składek, a susza nie zachęcała do konserwacji drenów i czyszczenia suchych rowów. Widmo stepowienia kraju sprawiło, że o melioracji zaczęto mówić źle. Szczególnie, gdy płonęły zdrenowane łąki w Parku Biebrzańskim. Niektórzy po prostu zasypywali rowy. Te, które zostały, są na ogół w katastrofalnym stanie. – Na terenie województwa mazowieckiego jest około 16 tys. km rzek i kanałów oraz około 50 tys. km rowów melioracyjnych – mówi Stanisław Maciejewski, pełnomocnik marszałka województwa ds. usuwania skutków powodzi. – Szkoda, żeby to niszczało. Zwłaszcza że zmeliorowanie 1 ha kosztuje dziś około 14 tys. zł.

Melioracja może pomóc w odprowadzeniu nadmiaru wody z pól i łąk, ale nie rozwiąże problemów na terenach podmiejskich, które się szybko urbanizują, bo Polaków ogarnął budowlany szał. Działki nie za duże, za to przed domami podjazdy i chodniki wyłożone kostką. Do tego na obrzeżach miast hurtownie, a przed nimi wybetonowane hektary parkingów. – Spływ wody z terenu utwardzonego jest około ośmiu razy większy niż z nieutwardzonego – mówi Stanisław Maciejewski.

– Tłumaczę samorządom, że tam, gdzie planują działki poniżej 1000 m, powinny już na etapie przygotowywania planu wyłączać te tereny z melioracji, a w to miejsce planować kanalizację deszczową wraz z systemem rowów odparowywalnych – mówi starosta piaseczyński. – Jeżeli tego nie zrobią, melioracja, nawet gdyby działała, nie jest w stanie pomóc w odwodnieniu takiego obszaru.

Budowlany boom, czyli jak zaburzyliśmy równowagę wodną

Podmiejskie gminy nie słuchały starosty, zacierały ręce i bez problemów odrolniały grunty. – Warszawiacy budowali się na łąkach i nieużytkach, najchętniej pod lasem, nie zdając sobie sprawy, że te tereny nie były w żaden sposób przygotowane na inwestycje – mówi Roman Jaworski.

Deweloper w podwarszawskich Janczewicach zakończył budowę małego kompleksu apartamentowego, gdy zaczynała się zeszłoroczna powódź. Teren wokół czterech budynków zamienił się w grząską breję. Grunt podniesiono i wyłożono kostką, zakrywając problem. Wokół na polach tuż za ogrodzeniem woda stoi od czerwca zeszłego roku. Inwestor w pobliskim Bobrowcu wykonał zgodnie z zaleceniami studnie chłonne. Od razu wypełniły się wodą po brzegi.

Apartamentowce i osiedla powstają także w obrębie aglomeracji. Mieszkańcy niedawno powstałego na południu Warszawy prestiżowego Miasteczka Wilanów (docelowo ok. 30 tys. mieszkań) skarżą się, że w garażach i piwnicach woda leje się po ścianach. Na podtopionym patio planują budowę basenu i proponują zmianę nazwy dzielnicy na Aquapark. Jeden z deweloperów nie może oddać ukończonej inwestycji, bo nie jest w stanie wypompować wody zalewającej garaże. Tam, gdzie dziś jest Miasteczko Wilanów, niedawno były łąki, suche przez ostatnie 1520 lat, wcześniej, wiosną, podmokłe. I to jeszcze zanim powstał Ursynów, z którego teraz większość wody opadowej ścieka po skarpie do nowego Wilanowa.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną