SLD - partia na glinianych nogach?

Buty Kwaśniewskiego
Wciąż się mówi o rosnącej sile SLD, o sukcesach Grzegorza Napieralskiego, o triumfalnym powrocie. Jednak na razie widać tylko słabość.
Grzegorz Napieralski chciałby rządzić. Pytanie, czy jest do tego przygotowany.
Wojciech Grzędziński/Fotorzepa

Grzegorz Napieralski chciałby rządzić. Pytanie, czy jest do tego przygotowany.

Wbrew pozorom SLD rzeczywiście przyciąga dziś głównie młodszych wyborców, rozczarowanych rządami PO.
Krzysztof Skłodowski/Agencja Gazeta

Wbrew pozorom SLD rzeczywiście przyciąga dziś głównie młodszych wyborców, rozczarowanych rządami PO.

Przeciwnicy SLD twierdzą, że Sojusz to tylko inna wersja PO, który z prawdziwą lewicą ma niewiele wspólnego.
Stefan Maszewski/Reporter

Przeciwnicy SLD twierdzą, że Sojusz to tylko inna wersja PO, który z prawdziwą lewicą ma niewiele wspólnego.

Robert Krasowski.
Radosław Pasterski/Fotorzepa

Robert Krasowski.

Kiedy lewica miała za szefa Kwaśniewskiego, wystarczyły jej cztery lata, aby odebrać władzę solidarnościowej prawicy. Gdy liderem był Miller, również cztery lata wystarczyły, by AWS i Unię Wolności odesłać na polityczny cmentarz. Tymczasem dzisiejsze SLD jest dumne, gdy zbiera 14 proc.

Owszem, Tusk jest wirtuozem władzy, żaden premier nie potrafił tak sprawnie oganiać się od wrogów, jednak cztery lata to wystarczająco długo, by mu zadać dotkliwy cios. Jednak ani SLD, ani Napieralski ciągle tego nie potrafią.

Powiedzmy to raz jeszcze – Tusk nie jest nieśmiertelny. Nie jest bogiem. Bez wątpienia jest świetnym graczem, ale radzi sobie tak dobrze tylko dlatego, że nie trafił na zręcznego rywala. Premier jest ciągle aż tak silny, bo inni nie potrafią go skutecznie uderzyć. Owszem, PiS jest hałaśliwe, ale gdy odsiejemy nagie fakty, zobaczymy najbardziej nieruchawą opozycję w całej najnowszej historii. Która nie potrafi ustrzelić premierowi żadnego ministra, która nie potrafi punktować jego błędów, która jak dziecko daje się ograć w komisji hazardowej. PiS przegrywa swoją opozycyjność, bo jest zbyt radykalne. Sojusz, bo jest dramatycznie bierny.

Napieralski nie robi nic. Wzrost w sondażach poparcia dla niego nie jest jego sukcesem, ale społecznym odruchem niezgody na PO i PiS. Jest oznaką słabnięcia duopolu, procesu, którego Sojusz jest tylko biernym obserwatorem. Gdy Tusk popełnia błędy, gdy PiS zadaje sprawny cios, coraz częściej korzysta na tym SLD. Ale każdy zdobyty przez SLD punkt jest ciągle tylko prezentem, a nie samemu zdobytym łupem.

Lewica skarży się, że w wojnie polsko-polskiej mało jest miejsca dla trzeciego gracza. Ale to nieprawda. Od dwóch lat ta wojna jest tak absurdalna, że coraz łatwiej się przebić z komunikatem, że winne są obie strony. Jednak Napieralski tego nie robi. Stoi w dziwnym rozkroku: jest w opozycji, ale nie wobec rządu, tylko wobec innej opozycyjnej partii. Wobec PiS. Oczywiście, łatwo to wyjaśnić, Sojusz ciągle ma traumę po IV RP, nienawidzi PiS za to, że ten chciał z SLD zrobić organizację przestępczą. Jednak w polityce obowiązują elementarne reguły gry. Celem każdej partii jest przejęcie władzy, metodą zaś bicia się o władzę jest krytyka rządu. Gdy się go mocniej krytykuje, to się szybciej władzę dostaje. Gdy się go w ogóle nie krytykuje, władzy nie dostaje się nigdy.

SLD tego nie rozumie. Nie chce i nie potrafi się pokazać jako alternatywa dla prawicowego duopolu. Nie potrafi powiedzieć najbardziej oczywistego dziś lewicowego komunikatu: „głosując na PiS, głosujesz na PO, zaś wspierając Platformę, popierasz PiS. I jeśli naprawdę chcesz którejś z tych partii zaszkodzić, zagłosować musisz na SLD”.

Potencjał lewicy jest dużo większy niż dzisiejsze kilkanaście procent. Gdyby Sojusz przestał się zadowalać resztkami ze stołu, przy którym się toczy prawicowa kłótnia, gdyby twardo wszedł do politycznej gry, najbliższe wybory mógłby nawet wygrać. Ale tak się nie stanie, bo Sojusz jest niezdolny do skutecznej gry. Bo wbrew pewnym pozorom normalności nie jest zdrową partią, a jedynie atrapą. Jest masą upadłościową po dawnym SLD, ruiną po wielkim imperium, które rozerwały wewnętrzne konflikty z lat 2004–06. Żaden z ostatnich szefów – ani Olejniczak, ani Napieralski – nawet nie próbował tej pokiereszowanej struktury odbudować. Nie tylko dlatego, że zabrakło im formatu Millera czy Tuska. Błąd popełniła cała polska lewica, która w 2005 r. uległa niepotrzebnej panice. I zamiast w sposób zorganizowany przeczekać złą koniunkturę, wykonała serię niszczących ją ruchów.

Czas w istocie był trudny. Nigdy taka fala afer nie spadła na jedną partię w tak krótkim czasie. Rywin, Starachowice, Orlen, Dochnal. Wkrótce do aresztów trafili prominentni politycy: Jakubowska, Sobotka, Długosz, Pęczak. W wyborach 2005 r. prawica przedstawiła SLD jako organizację przestępczą, której odsunięcie od władzy jest wymogiem racji stanu.

Był to wielki kryzys, jednak zaledwie 15 lat wcześniej ci sami politycy zmagali się ze znacznie groźniejszym wydarzeniem, jakim był upadek komunizmu. Oskarżenia formułowano wtedy ostrzejsze, a jednak lewica potrafiła zachować zimną krew. Nie poszła drogą Fiszbacha, nie rozpadła się na małe frakcje, nie odcięła się od przeszłości, odwrotnie − wzięła majątek po PZPR, zwarła szeregi i ruszyła do ofensywy przeciw solidarnościowym konkurentom.

Po aferze Rywina zabrakło dawnej twardości. Doszło do podziałów i wzajemnych oskarżeń. Zabrakło też politycznej inteligencji. Liderzy SLD bardzo mechanicznie skopiowali manewr, którym ratowała się PZPR. Oni też oddali władzę młodym, nie zauważając przy tym, że w tej najgorszej od ponad stulecia lewicowej generacji nie ma nikogo na miarę młodego Kwaśniewskiego.

Szefem partii został typowy lider czasu marnego, kiedy podupadające instytucje przejmują gracze trzecioligowego formatu. A zatem minister rolnictwa Wojciech Olejniczak, polityk bez doświadczenia, bez talentu i bez osobistej charyzmy. Postacią numer dwa został Grzegorz Napieralski, reprezentujący sobą wówczas jeszcze mniej.

Obaj 30-latkowie okazali się za mało przenikliwi, by zrozumieć, że muszą połączyć siły, że muszą wspólnie naprawić partię, osłabić pozycję ojców założycieli i zbudować silne przywództwo oparte na nowej generacji. W polityce to normalne, że duumwirowie rzucają się sobie do gardeł, ale robią to zazwyczaj wtedy, gdy mają pełnię władzy i nie chcą się nią już z nikim dzielić. W przypadku wojny Napieralskiego i Olejniczaka doszło do niej, zanim się stali rzeczywistymi liderami lewicy. Nic więc dziwnego, że zwycięstwo Napieralskiego nie ustanowiło realnego przywództwa. I choć dziś wszyscy na lewicy wiedzą, że obalanie obecnego lidera Sojuszu nie ma politycznego sensu, zarazem mało kto traktuje Napieralskiego jako rzeczywistego lidera. A wybory prezydenckie pokazały, że przez brak lidera lewica nie jest spójnym obozem, lecz luźną i nielojalną koalicją.

Tak ważna postać jak Włodzimierz Cimoszewicz w czasie kampanii poparł kandydata Platformy. Tomasz Nałęcz poszedł dalej i związał z Komorowskim swój polityczny los. Z kolei Kwaśniewski Napieralskiego poparł, ale sposób wprowadzania Marka Belki do NBP pokazał całej lewicy, że ojciec chrzestny formacji nie widzi w szefie Sojuszu równego sobie partnera. Nawet Ryszard Kalisz, zamiast się wreszcie wystraszyć swojego szefa i jego ponoć spektakularnego sukcesu, ciągle się zastanawia, czy ma ochotę zostać w SLD. I to jest prawda o dzisiejszym SLD. Lewica to nie spójna partia, ale dramatycznie pęknięta formacja, która nie może sprawnie działać, bo naruszone w niej zostały najbardziej elementarne zasady wszelkiej organizacji. Te wręcz darwinowskie – że rządzą najsilniejsi.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną