Redaktorzy z rządu i Sejmu, czyli politycy artykuły piszą

Politycy wzięli się za pióra
Red. Tusk, red. Kaczyński, red. Napieralski, pani red. Kluzik. Wszyscy zaatakowali łamy gazet. Rany boskie, z czego ja będę żył?
Tusk, Kaczyński, Napieralski i Kluzik-Rostkowska napisali swe teksty-manifesty do gazet.
Wojciech Radomski/Polityka

Tusk, Kaczyński, Napieralski i Kluzik-Rostkowska napisali swe teksty-manifesty do gazet.

Jarosław Kaczyński do tej pory głównie mówił i przemawiał w różnych telewizjach. Ostatnio chwycił jednak za pióro.
Witold Rozbicki/Reporter

Jarosław Kaczyński do tej pory głównie mówił i przemawiał w różnych telewizjach. Ostatnio chwycił jednak za pióro.

Ryszard Kalisz, jeden z najchętniej udzielających się w mediach polityków.
Piotr Bławicki/SE/EAST NEWS

Ryszard Kalisz, jeden z najchętniej udzielających się w mediach polityków.

Nie ma się co śmiać. Pisać każdy może, choć niektórzy mają problemy z ortografią. A premierowi – wiadomo – z zasady się nie odmawia. Druku zwłaszcza. Szczególnie gdy się go lubi i gdy jest w kłopotach. Ale fala, która za premierem ruszyła, tworzy już nową jakość.

Politykom zawsze zdarzało się sięgać po pióro. Juliusz Cezar, Churchill, de Gaulle zostawiali bezcenne dla historyków dzienniki, do dziś warte lektury. Bywali też w polityce wielcy grafomani. Dzieła Lenina zajmują całe półki. Pisał je i wydawał, kiedy dążył do władzy i kiedy ją sprawował. Mao, Kadafi, Kim Ir Sen też. Jacek Kuroń nie był grafomanem, ale miał potrzebę objaśnienia innym siebie i świata, który widział. Podobnie jak Obama. Standard to jednak raczej wspomnienia, pamiętniki albo książki wyborcze – głównie autobiografie i rozmowy rzeki. A tsunami kobylastych prasowych polemik między liderami najważniejszych partii to całkiem nowe zjawisko.

Co im się nagle stało? Co też ich tej wiosny napadło?

Gwałtowny atak weny niewiele wyjaśnia. Przyczyna jest głębsza. Politycy zdali sobie sprawę, że zaczopowały się standardowe kanały komunikacji między nimi a ich wyborcami. Zrozumieli, że wprawdzie są w życiu zwykłych ludzi nieustannie obecni przez ekrany i łamy, ale raczej w tym sensie, że ich widać i słychać, niż że są w stanie coś istotnego powiedzieć. Mogą wznosić okrzyki, skandować slogany, robić miny, wykrzykiwać obelgi i insynuacje, ale pozytywnie niewiele z tego wynika.

Gdy polityk wychodzi ze studia lub kończy czytać artykuł o sobie, musi mieć poczucie, że merytorycznie nie zbliżył się do swoich wyborców. Najwyżej im o sobie przypomniał, a może jeszcze zdobył lub stracił odrobinę sympatii. Sensowne treści się przez media do ludzi nie przebijają. Są za skomplikowane, żeby je wyskandować. Zbyt złożone, aby dało się je wtłoczyć do głów elektoratu przez kilkanaście sekund, jakie na wypowiedź zostawia politykowi niecierpliwy prezenter lub agresywny przeciwnik, z którymi siedzi w studiu.

Targowisko wrażeń

Pierwszą reakcją na zaczopowanie była kapitulacja. Rezygnacja z meritum. Cała szczęśliwie miniona dekada płynęła pod znakiem politycznego spektaklu, w którym forma radykalnie dominowała nad treścią. Albo raczej: forma konsekwentnie ukrywała treści. Miejsce politycznych programów zajęły plany marketingowe. Zamiast propozycji i wizji politycznych dostawaliśmy – mające niewiele wspólnego z przyszłymi działaniami – kampanie reklamowe. Billboardy na ulicach, puszczane w telewizjach spoty i wymyślane w agencjach PR zgrabne zdanka odwołujące się raczej do lęków zwykłych ludzi niż do realnie możliwych alternatyw. Walka polityczna została zredukowana do targowiska wrażeń.

Na początku takie rozwiązanie wydawało się politykom sensowne. Szybko wytworzył się więc cichy konsens, zgodnie z którym w polityce najpierw jakoś zdobywa się władzę, a potem się ją jakoś sprawuje. To, jak władzę się zdobywało, jakich argumentów się przy tym używało, wydawało się już nie mieć specjalnego związku z tym, jak się później rządzi. „Dziadek z Wehrmachtu” do niczego nie zobowiązywał przyszłego rządu PiS. Podobnie jak znikające misie i ulatniające się z lodówki jedzenie nie dawało wyborcom PiS prawa do rozliczania ich partii. Co się w tej konwencji mówiło, nie było specjalnie istotne. Ważne było, by mówić skutecznie. Zdobywanie władzy oderwało się więc od jej sprawowania. Centralnymi postaciami polityki stali się spin doktorzy, „doradcy ds. wizerunku”, specjaliści marketingu politycznego.

Tak to szło z grubsza przez dekadę. A potem nagle pękło, gdy kryzys odsłonił realne zagrożenia, których już nie dało się zagadać ani zasłonić znikającymi misiami. PO okazała się pierwszą partią, która idąc tą drogą weszła na śmiertelnie groźną minę, a Donald Tusk stał się pierwszym premierem, który musiał wyciągnąć z tego wnioski.

Polityka musiała zejść na ziemię. A władza szczególnie. I zeszła. Skończyło się bujanie w ideologicznych obłokach wiecznego obniżania podatków. Wyczerpała się fikcja czarodziejskiej różdżki samoregulacji, która miała zdjąć z władzy ciężar zarządzania, a nawet regulowania. Politycy chyba jakoś wydorośleli.

Sęk w tym, że długo nie chcieli nam o tym powiedzieć. Zapewne przede wszystkim dlatego, żeby nie denerwować dziadunia, czyli skutecznie znieczulonego na społeczne i ekonomiczne realia elektoratu, wciąż jeszcze drzemiącego w błogiej nieświadomości i dalej śniącego o podatkach 3x15, emerytach, którzy dzięki OFE pod palmami popijają drinki z parasolkami, wielkich reformach, jednym sztychem tnących węzły gordyjskie transformacji i modernizacji, krzywych Leffera, które cudownie sprawiają, że obniżając podatki można podnosić wydatki, dochodach z prywatyzacji zastępujących składki emerytalne.

Władza zaczęła się zachowywać z grubsza racjonalnie, ale udawała, że nic się nie zmieniło. Kiedy jednak się odważyła nieśmiało zasygnalizować wymuszoną przez rzeczywistość zmianę polityki, wspominając o konieczności urealnienia podatków, mniej rozrzutnego transferowania pieniędzy do sektora prywatnego, większej dbałości o realną gospodarkę, bardziej precyzyjnego planowania reform, szukania oszczędności nie tylko w kieszeniach najbiedniejszych i inwestowania w kapitały społeczne – jej zaplecze zawyło.

Trzeba było zacząć z ludźmi poważnie rozmawiać. Tyle że po latach zastępowania politycznej debaty reklamą, marketingiem, sztuczkami spin doktorów, powrót do normalnej dyskusji był trudny. Jak bardzo jest trudny, wszyscy się przekonali, kiedy rząd stanął przed koniecznością naprawienia systemu emerytalnego. Gdy ministrowie zaczęli o tym mówić, napotkali zwarty i wysoki mur budowanych latami iluzji, bronionych przez oderwane od rzeczywistości, ale chwytliwe populistyczne hasła w rodzaju „brońcie swoich pieniędzy”, „sięgają do waszych kieszeni”.

Poważne nudziarstwo

Rząd próbował wykorzystać swoją naturalną dominację w mediach. Bo władza zawsze ma szczególną zdolność przyciągania publicznej uwagi. Ale ręce – lub raczej języki – miał mocno związane. Ministrowie mogli przyciągnąć uwagę, spierając się między sobą, ale do opinii publicznej łatwo i obficie docierały głównie informacje o tym, że się między sobą spierają. Jakie mają argumenty i co z nich dla nas wynika – trudno się było połapać.

Spór o OFE stał się prototypem debaty nowego typu. Główni adwersarze – ministrowie i ekonomiści – zasypali media artykułami oraz pisanymi do siebie listami, odpowiedziami i polemikami. Nie mogąc się ze swoim przekazem przebić przez standardowy warsztat popularnych mediów, zaczęli się wprost zwracać do czytelników i do siebie nawzajem. Wydawało się jednak, że jest to przypadek szczególny, wynikający ze złożoności i rozległości materii. W sporze o OFE odbija się bowiem taki splot współzależnych problemów – od napięć budżetowych po kryzys demograficzny, model prywatyzacji, relacje międzypokoleniowe i wizję dalszego rozwoju – że każdy niuans publicznej wypowiedzi ma zasadnicze znaczenie dla jej sensowności.

Szybko miało się jednak okazać, że cały ten epistolograficzny wysiłek jest funta kłaków wart, bo normalny człowiek oczywiście nie był w stanie przeczytać kobylastych analiz systemu emerytalnego i jego wpływu na całe nasze życie. Czytali je głównie uczestnicy sporu, którzy jednak byli całkowicie odporni na argumenty podważające tezy, z jakimi przystąpili do walki.

Dobrze to było widać, gdy po wielu miesiącach gigantycznej dyskusji, która zajęła grube setki stron druku w całej polskiej prasie, główni adwersarze – Jacek Rostowski i Leszek Balcerowicz – spotkali się na telewizyjnej debacie. Żadna ze stron nie przyjęła i nawet porządnie nie skomentowała argumentów drugiej. Każdy zadowalał się powtarzaniem tego, co twierdził od dawna. Do opinii publicznej z całej złożonej materii przebiła się zaś głównie „Leszku-gate”, czyli spór o to, czy Jacek Rostowski miał prawo zwracać się do Leszka Balcerowicza po imieniu.

Czy premier dobrze zrobił, że w takiej sytuacji zdecydował się napisać dla „Gazety Wyborczej” kolejną publicystyczną dwuodcinkową kobyłę, w której najpierw wyłożył swój bilans przeszło trzyletnich rządów, a potem spróbował przedstawić swoje plany na przyszłość? Szczerze mówiąc, mam w tej sprawie mieszane uczucia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną