Zamknięte stadiony w Warszawie i Poznaniu

Nalot dywanowy
Odpowiedzialność zbiorowa, jaką zastosował Donald Tusk i podlegli mu wojewodowie decydując się na zamknięcie aren w Warszawie i Poznaniu, to praktyka równie spektakularna, co mało skuteczna.

Mecze ekstraklasy na stadionach w Poznaniu i Warszawie obejrzało w tym sezonie średnio 40 tysięcy widzów. Burdy podczas finału Pucharu Polski wywołało kilka tysięcy kiboli Lecha i Legii. Już ten prosty rachunek pokazuje, że najbliższych pojedynków tych drużyn w lidze nie obejrzy mnóstwo fanów, których we wtorek w ogóle nie było w Bydgoszczy.

Brzmi jak truizm, ale warto przypomnieć, że jedną z zasad systemu państwa prawa, który z takim trudem budujemy od 20 lat jest indywidualne traktowanie każdego obywatela – zarówno w odniesieniu do jego praw i obowiązków, jak i zasług oraz win.

Oznacza to m.in., że nie wolno karać nikogo za czyny, których nie popełnił. Nie wpuszczenie na kolejny mecz kibica, który nie miał nic wspólnego z zamieszkami, jest złamaniem tej zasady, podręcznikowym przykładem stosowania obcej demokratycznym regułom odpowiedzialności zbiorowej.

Nie znaczy to oczywiście, że sprawcom stadionowych burd należy pobłażać. Trzeba ich z biurokratyczną precyzją tropić i karać, a kary z żelazną konsekwencją egzekwować, co oczywiście nie jest łatwe, ani efektowne (ale „jedynie słuszne”, jeśli chcemy trzymać się zasad).

Tej reakcji rządu by nie było, gdyby nie trwający od lat cichy sojusz klubów, PZPN, kibiców, a nawet władz miast, cementowany m.in. strachem przed utratą wpływów z biletów i pustymi trybunami stadionów wybudowanych za grube miliony. Padające z ust prezesów i działaczy słowa o walce z chuliganami i bandytami, które słyszeliśmy przez lata, były niczym innym jak zasłoną dymną, która miała ukryć i pomóc utrzymać status quo. Okrzyki oburzenia z ich strony, które padły po decyzji o zamknięciu aren brzmią dziś - delikatnie mówiąc - zupełnie niewiarygodnie. Cytując klasyka - stracili dobrą okazję, by siedzieć cicho i zastanowić się nad sensownym planem działania.

Do incydentów i zamieszek z udziałem kibiców Lecha i Legii, także na stadionach w Poznaniu i Warszawie dochodziło kilkukrotnie w niezbyt odległej przeszłości. A to szef kibiców Lecha opluł i pobił dwójkę bogu ducha winnych ludzi za to, że ośmielili się przyjść na mecz reprezentacji Polski w biało – czerwonym, a nie biało – niebieskim szaliku poznańskiej drużyny. To znowu jego koledzy pobili się z bandytami w szalikach krakowskiej Wisły. W Warszawie też nie było Wersalu – najpierw stołeczna „żyleta” odpaliła zakazane race na trybunie, później jeden z ważnych kiboli Legii uderzył w twarz jej piłkarza.

Wtedy nie słychać było głosów o zamykaniu stadionów, nikt też się nie wyrywał, by winnych pociągnąć do odpowiedzialności. Zdecydowanej reakcji doczekaliśmy się dopiero wówczas, gdy fala społecznego, a przede wszystkim medialnego oburzenia podniosła się na tyle wysoko, że mogła uderzyć w samego premiera, a dalsza pobłażliwość doprowadzić do kompromitacji Polski podczas Euro.

Niestety, przyznać trzeba krytykom, że reakcja szefa rządu była adekwatna do „akcji”. To znaczy postąpił tak jak wtedy, gdy szedł na wojny z hazardem i dopalaczami - zamiast chirurgicznego uderzenia w cel, zarządził nalot dywanowy. Ale inne reakcje były jeszcze gorsze. Szczególnie bulwersują słowa prezydenta Poznania, który stwierdził, że zamieszki w Bydgoszczy sprowokowały służby porządkowe.

Zamknięcie dwóch stadionów na dwa mecze nawet w części nie załatwi problemu kibolskiego bandytyzmu. Jest do zaakceptowania tylko jako sygnał alarmowy, preludium do równie zdecydowanych, ale bardziej skutecznych działań. Także ze strony klubów, PZPN i władz miast.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj