Wywiad: Liberalizm w Polsce? Bez szans

Nie żyjemy w liberalnym raju
O tym, dlaczego warto wierzyć w liberalizm, o jego ideałach, utopiach i konflikcie z katolicyzmem oraz o tym, dlaczego nigdy nie zakorzenił się w Polsce - mówi filozof, prof. Agata Bielik–Robson.
PHOTOPQR/Le Parisien/Forum

Jarosław Makowski.
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Jarosław Makowski.

Agata Bielik - Robson.
Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

Agata Bielik - Robson.

materiały prasowe

Wywiad jest fragmentem rozmowy, która ukazała się w miesięczniku „Przegląd Polityczny” (nr 105/2011) jako część debaty polskich intelektualistów na temat liberalizmu: „Liberalizm strachu i strach przed liberalizmem”.

Jarosław Makowski: Należy pani profesor do rzadkiego w Polsce gatunku – z jednej strony kobieta, z drugiej liberałka. Dlaczego pani profesor broni liberalizmu, choć to ani opłacalne, ani modne?

Agata Bielik-Robson: Trzeba, rzecz jasna, zastanowić się, co znaczy słowo „liberalizm”. Na jego temat krąży w Polsce tyle interpretacji, że nie można powiedzieć: „jestem liberałem”, i na tym skończyć. U nas nie ma dobrze definiowanej postawy liberalnej. Mamy tylko pewne widma, które się zań podają – albo też są uznawane za liberalizm wyłącznie przez jego przeciwników.

A zatem liberalizm ma u nas nie tyle przedstawicieli, co wrogów, którzy przyprawiają mu rozmaite gęby?

Dla lewicy liberałem będzie na przykład wyłącznie neoliberał, czyli ktoś, kto opowiada się za całkowitą wolnością gospodarczą. Z tym wiążą się i inne pojęcia, jak uwolnienie ekonomii spod jakiejkolwiek kontroli władzy państwowej i demontaż państwa narodowego. Muszę powiedzieć, że z takim rozumieniem liberalizmu mam niewiele wspólnego (choć nie mam nic przeciw demontażowi państwa narodowego, ale to z innych powodów).

Dla prawicy natomiast liberał to wyzuty z wszelkich wyższych wartości hedonista i libertarianin. To egoista, który nie dba o dobro wspólne. Interesuje go wyłącznie przyziemnie pojęte zadowolenie. W perspektywie prawicy, która lubi uderzać w patetyczne tony, mówiąc o samopoświęceniu się dla całości, liberał jest utożsamieniem tego, co zwierzęce i pogardy godne w człowieku. To zupełnie tak, jak PiS sobie wyobraża PO, widząc tylko małych, pogardy godnych mafiosów, co to stracili z oczu wielką sprawę, jaką jest Polska, która, jak wiadomo, „jest najważniejsza”.

Mamy więc do czynienia ze Scyllą i Harybdą dwóch powszechnych projekcji. Z jednej strony neoliberalizm jako powrót do ekonomicznego stanu natury – z drugiej liberalizm jako łatwizna egzystencjalna.

A jak pani rozumie zatem liberalizm, którego chce bronić?

To przede wszystkim koncepcja cywilizacyjna, w której zawiera się to, co najcenniejsze w tradycji zachodniej Europy. Jest to koncepcja głęboko moralna i humanistyczna, a w tym sensie różna od neoliberalizmu, który całkowicie pozbywa się czynnika ludzkiego na rzecz quasi-matemetycznych kalkulacji i każe nam wracać do świata przyrody. W myśli neoliberalnej system gospodarczy pojmowany jest jak system naturalny; jako druga natura, a nie świat ludzki, gdzie element humanistyczny odgrywałby jakakolwiek rolę. I ja takiej koncepcji mówię stanowcze „nie”.

Jest jeszcze trzecia siła, która z liberałów uczyniła sobie chłopca do bicia. To oczywiście Kościół. Kiedyś straszono nas Żydami, później cyklistami, a teraz straszy się liberałami. Sedno kościelnej argumentacji kryje się w tym, że jeśli władzę oddamy liberałom, to zafundują nam „cywilizację śmierci”.

Bez dwóch zdań. Mówiąc o prawicy, myślałam też o Kościele. Ostatecznie nie ma między nimi wielkiej różnicy, a przytoczony przez pana argument z tzw. „cywilizacji śmierci” jest fundamentem całego tego obozu kościelno-narodowo-prawicowego. To Janowi Pawłowi II zawdzięczamy ten szczególnie „trafny termin” opisujący zachodnią cywilizację. Przyznam, że sama nigdy nie mogłam zrozumieć, co kryje się za tym zwrotem. To jedna z najdziwniejszych operacji, jakiej można dokonać na ludzkim rozumie i języku. Nie pojmuję jak cywilizację, w której jednostka otoczona jest taka dużą prawną ochroną, gdzie działają niemal doskonałe demokratyczne mechanizmy opieki i kontroli, można nazwać „cywilizacją śmierci”. Za cywilizację życia uznaje się za to tę, gdzie rodzą się dzieci, bo nie ma środków na aborcję, a później te dzieci umierają z głodu po dwóch miesiącach. „Cywilizacja życia” to ta, gdzie dwunastoletnie dzieci posyłane są do walki, by umierać za swoje plemię czy naród. I to są te wspaniałe „cywilizacje życia”? To wobec nich nasza, zachodnia cywilizacja wypada tak fatalnie? Tylko dlatego, że w ramach poszerzania swobód jednostkowych zastanawia się nad prawem wyboru i prawem do godnej śmierci? Wolę nie wnikać w racjonalność tego pojęcia, bo odsłaniają się dla mnie, w łonie mojego własnego społeczeństwa, jakieś otchłanie obcości. Jeśli już jakaś cywilizacja jest cywilizacją życia, to właśnie cywilizacja zachodnia, a zwłaszcza europejska, która stanowi ostatnią enklawę socjaldemokratycznej utopii, gdzie wyważa się proporcję pomiędzy jednostką, a wspólnotą i gdzie państwa nie istnieją same dla siebie.

Dlatego też, jako liberałce właśnie, bardzo nie podoba mi się ostatnie hasło prawicy: „Polska jest najważniejsza”. Obrazuje skrajnie nieliberalne podejście do jednostki, od której zawsze oczekuje się służby i poddaństwa. Tymczasem cała liberalna tradycja zachodnia, niesprawiedliwie określana mianem cywilizacji śmierci, zbudowana jest dla dobra jednostki. Tam państwo służy jednostce. To ona jest tym pączkiem w maśle, który może żądać poświęceń dla siebie. I bardzo dobrze.

I jeśli istnieje jakieś spełnienie myśli liberalnej, która odkryła jednostkę i uczyniła z niej centrum zainteresowania, to jest nim Unia Europejska.

Z jednej strony mamy wolny rynek, który mówi: „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. I to jest liberalizm sprowadzony do czystego ekonomizmu. Z drugiej strony mamy konserwatyzm, który opiera się o takie wartości jak Bóg, honor, ojczyzna, patriotyzm, męczeństwo... A gdybyśmy mieli wskazać katalog podstawowych wartości liberalnych, to jakie by pani profesor wymieniła?

Centralnym pojęciem liberalizmu jest jednostka. Pytanie tylko: jak ją rozumiemy? Czy na sposób całkowicie izolowany, bliski stanowi natury, gdzie jednostka traktuje wszystkich jako potencjalnych wrogów? Raczej nie o to chodzi. Jednostka zyskuje, gdy kooperuje. To jedno z odkryć liberalizmu socjalnego. Już Hobbes mówił, że po tym, jak jednostki zawrą ów mityczny akt umowy społecznej, odkrywają zalety kooperacji, współdziałania. A Spinoza idzie krok dalej i w tym właśnie upatruje samej istoty nowoczesnego kontraktu społecznego. Jednostki powinny odkryć, że bycie w społeczeństwie nie polega wyłącznie na pomnażaniu indywidualnych korzyści, ale też na radości bycia i współdziałania razem.

Klasycy liberalizmu mówią o prawach niewyobcowywalnych, niezbywalnych, inalienable, które nazywa się również „prawami naturalnymi”, co jest nieco mylące. Tu nie chodzi bowiem o naturę ludzką, bo nie wiemy, jaka ona jest. Liberalizm nie zakłada pewnej wiedzy na temat człowieka. On tylko mówi, że człowiek ma pewne prawo, które należy mu się niezależnie od warunków społecznych czy okoliczności. Prawo do stanowienia i wolności, czyli chociażby do tego, by jednostka miała prawo zaprotestować przeciwko zbyt dalekosiężnym roszczeniom swojej wspólnoty. Jeśli uzna, że roszczenie, które mówi: „a teraz musisz za mnie umrzeć”, jest roszczeniem nieuzasadnionym i zbyt daleko idącym, jednostka ma prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa. To jest właśnie to „niewyobcowywalne prawo”, które zawsze jej się należy. Prawo do tego, by zakwestionować swoją przynależność do wspólnoty, która dzięki swojej większościowej sile może okazać się dla niej groźna.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj