Żegnaj, Sojuszu?

Co dalej z SLD
Wybór Leszka Millera na szefa klubu parlamentarnego SLD pokazuje jeszcze raz skalę kryzysu w tej partii.

Nie dlatego, że Miller się jakoś szczególnie nie nadaje, bo zawsze był dobrym organizatorem i przywódcą. Ale na inne, „imperialne” czasy tej partii. Dzisiaj jednak na eksponowanych funkcjach Sojusz potrzebuje nowych ludzi, którzy nadadzą temu zmęczonemu ugrupowaniu nowy wigor.

Bo Sojusz stał się partią niepotrzebną. W kwestiach socjalnych, przynajmniej w retoryce, prześcignął go PiS, w sprawach kulturowych i obyczajowych – Palikot, a rola umiarkowanej partii władzy dla wszystkich od dawna jest obsadzona przez Platformę. SLD jest zbyt konserwatywny dla młodych, a za mało roszczeniowy i „uzwiązkowiony” dla lewicowych radykałów, nie ma charyzmy, nie ma dzisiaj politycznego sensu. A starszy elektorat, głosujący na tę partię z sentymentu i przyzwyczajenia, choćby za to, że jako jedyne ugrupowanie ujmuje się jeszcze za PRL i generałem Jaruzelskim, w sposób naturalny odchodzi, czego zdaje się liderzy Sojuszu w porę nie zauważyli. 

Lewicę więc czeka określenie nowych celów, najważniejszych programowych wyróżników – a więc powodów, aby na nich w ogóle spojrzeć, a potem ewentualnie zagłosować. Na razie nie ma takich powodów.

Rozgrywka o przywództwo w SLD - w tak medialnej epoce, gdzie liczy się wyrazistość i umiejętność przyciągania uwagi - będzie dla partii decydująca. Ryszard Kalisz, przegrywając z Millerem walkę o klub, po prostu wcześnie napotkał na mur swoich możliwości i zdał sobie sprawę, że na szefa partii nie ma szans. Ale też być może osobowościowych cech i organizacyjnych talentów. Jest też w działaczach SLD jakaś świadomość, że ktokolwiek zostanie teraz szefem ugrupowania, będzie to przywódca przejściowy, który utrzyma władzę do momentu, kiedy nie wyłoni się przywódca docelowy, na długi czas. A takiego nie widać.

Jakimś rozwiązaniem mógłby być  powrót na stanowisko przewodniczącego (po szesnastu latach!) Aleksandra Kwaśniewskiego, ale ten pewnie się na to nie zdecyduje. Podobnie jak znany z hamletyzowania Włodzimierz Cimoszewicz. A tylko ci dwaj politycy, właśnie w tym najgorszym dla partii okresie, mogliby przyciągnąć uwagę, dodać trochę energii i dać czas Sojuszowi na złapanie oddechu.

Ale SLD wpadł w błędne koło. Mało kto z ostatnich tuzów lewicy chce brać przywództwo w upadającym przedsięwzięciu, ale jeśli nikt znaczący tego nie weźmie, Sojusz upadnie na pewno. Zatem sprawa przyszłości SLD wchodzi w decydującą fazę: jeśli nie znajdzie supermana, który zmierzy się nie tylko z Palikotem, ale także z Tuskiem i Kaczyńskim, to wyborcy powiedzą tej partii ostateczne bye, bye. I nie ma na to czterech lat.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj