Kraj

Lista Gowina

Akcja deregulacja, czyli wiele hałasu o nic

Jarosław Gowin - minister sprawiedliwości od deregulacji. Jarosław Gowin - minister sprawiedliwości od deregulacji. Anna Kaczmarz / Reporter
Głośna akcja deregulacji zawodów, choć robiona pod hasłami wolności i walki z biurokracją, coraz bardziej wygląda na projekt polityczno-propagandowy, którego realne skutki będą albo obojętne, albo niebezpieczne.
Deregulacja obejmie detektywów.Getty Images/Flash Press Media Deregulacja obejmie detektywów.
Trener piłki nożnej - kolejny zawód do deregulacji.BEW Trener piłki nożnej - kolejny zawód do deregulacji.
Stermotorzysta - ten zawód również znalazł się na liście ministra Gowina.Corbis Stermotorzysta - ten zawód również znalazł się na liście ministra Gowina.

Twarzą tych zmian jest minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, który od razu po objęciu swojej funkcji, czując ogólne zdziwienie swoją nominacją (wykształcenie ma filozoficzne), tłumaczył, że jego głównym celem będzie właśnie deregulacja. Gowin to jedyny polityk Platformy, o którym dobrze wyrażają się działacze PiS, a deregulacja jest jednym z filarów programowych partii Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego nie brak było opinii, że nominacja dla Gowina i zapowiedź odbierania uprawnień korporacjom zawodowym była gestem Donalda Tuska w stronę elektoratu PiS. Teraz jednak pojawiają się sugestie, że Gowin pracuje na własną pozycję i może skorzystać ze swojego stanowiska, podobnie jak swego czasu Lech Kaczyński, jako trampoliny do większej kariery.

Dawni apologeci koncepcji PO-PiS znowu ostatnio się odezwali i w projekcie Gowina dostrzegają zalążek powrotu do koncepcji zjednoczonej prawicy, nawiązującej do idei IV RP. Na deregulację zawodów trzeba więc patrzeć w szerszym kontekście, w którym być może nie szczegółowe przepisy są ważne, ale ogólne polityczne przesłanie i rachuby różnych środowisk politycznych, nie zawsze zgodne z intencjami Tuska.

„Jest to dopiero pierwsza cegła wyciągana z muru korporacyjnych przywilejów, którym otoczyły się niektóre grupy zawodowe. Młodym ludziom każą one czekać na możliwość wykonywania wyuczonych zawodów i dodatkowo płacić za zdobywanie licencji i certyfikatów” – mówił minister sprawiedliwości prezentując projekt ustawy deregulującej dostęp do 49, a w drugim etapie do stu kolejnych zawodów. Zmiana przepisów, jak zapewniają minister Gowin i premier Donald Tusk, ma stworzyć 50–100 tys. nowych miejsc pracy.

Deregulacja ma sprawić, że Polska nie będzie już wśród krajów UE na czołowym miejscu, jeśli chodzi o liczbę zawodów z nadmiernie regulowanym dostępem. Według ministra Gowina jest ich aż 380, kiedy na Litwie zaledwie 67, w Szwecji – 91 i w Niemczech – 152. Liczby 380 zawodów minister nie wziął z sufitu. Tę samą znajdziemy w raporcie o regulowanych zawodach, opublikowanym we wrześniu ub.r. przez Fundację Republikańską. Pracami nam nim kierował Przemysław Wipler, dziś poseł PiS. Gdyby PiS wygrało ubiegłoroczne wybory, to zapewne ta partia wcielałaby w życie wnioski z raportu. A tak z tej krynicy wiedzy dziś może korzystać PO. W raporcie Wiplera znajdziemy informację, że listę 380 zawodów sporządzono na podstawie wcześniejszego opracowania z 2008 r. resortu nauki i szkolnictwa wyższego.

Głębsze wejrzenie w ów raport pozwala jednak wysnuć wniosek, że dramatycznie brzmiąca liczba 380 przeregulowanych zawodów jest zwyczajnym humbugiem. Wystarczy zawód lekarza policzyć jako jeden, a nie rozdrabniać na 46 specjalizacji lekarskich, zaczynając od alergologa, a na specjaliście od zdrowia publicznego epidemiologu kończąc, by w tabeli z liczbą regulowanych zawodów zrównać się z Czechami.

Jedną z rozbudowanych dziedzin naszej gospodarki jest górnictwo rozmaitych kopalin. Według danych Wyższego Urzędu Górniczego mamy prawie sto regulowanych zawodów w górnictwie i związanym z nim ratownictwie, gdzie ze względu na bezpieczeństwo pracy nikt rozsądny na żadne ustępstwa w upraszczaniu dostępu do tych zawodów iść nie zamierza. A są unijne kraje, w których nie ma ani jednej kopalni i tym samym o kilkadziesiąt zawodów mniej jest w nich regulowanych. Podobne „oszczędności” znajdziemy, kiedy porównamy zawody związane z transportem, choćby morskim. Parę unijnych krajów nie leży nad morzem lub nie ma statków pod własną banderą. Polska takie jeszcze ma. Listę regulowanych w żegludze morskiej zawodów nie określają polskie, lecz międzynarodowe przepisy, a tych nasi politycy tak łatwo nie zderegulują. W rezultacie trafne może być nawet zdanie, że w porównaniu z innymi krajami na podobnym poziomie rozwoju i z podobną gospodarką, jeśli chodzi o dostęp do zawodów, to ani nie jesteśmy nadmiernie nadregulowani, ani nadmiernie zderegulowani.

Bliższa analiza przygotowanej do deregulacji listy zawodów skłania do wniosku, że pokładane w niej nadzieje polityków na społeczny aplauz i wzrost słupków poparcia w sondażach są dość płonne. Obniżenie wymogów może nie tylko naruszyć interesy korporacji, ale i przynieść pogorszenie poziomu usług świadczonych konsumentom. I temu zamierza się przyglądać Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Deregulacja wolnych zawodów jest pożądanym kierunkiem zmian w gospodarce i powinna być przeprowadzona na rozsądnych zasadach – uważa Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel, prezes UOKiK. Przyjrzyjmy się zatem regulacjom proponowanym przez ministra Gowina.

Prawnicza ściema

Listę 49 deregulowanych zawodów otwierają adwokat, radca prawny, komornik i notariusz, choć zasadniczo dostęp do nich nie ulegnie zmianie. Już bowiem w 2005 r. aplikacje prawnicze zostały otwarte dla każdego absolwenta prawa pod warunkiem zdania egzaminu przed państwową, a nie tak jak wcześniej – korporacyjną komisją. Liczba aplikantów z kilkuset rocznie wzrosła do kilku tysięcy i stąd wpisanie zawodu adwokata na listę Gowina prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Andrzej Zwara uznał w rozmowie z PAP za „polityczną ściemę”.

Adwokaci nie mają nic przeciwko rezygnacji z testowej części egzaminu na adwokata, bo sami o to występowali, natomiast są przeciwni skróceniu z 5 do 3 lat stażu pracy w innym zawodzie prawniczym (np. prokuratora), uprawniającego do wpisu na ich listę bez zdawania państwowego egzaminu adwokackiego. Komornicy z kolei uważają, że w ich zawodzie nie należy skracać aplikacji z 2 lat do 1,5 roku. Minister z jednej strony chce ograniczać czas aplikacji w niektórych zawodach prawniczych, a z drugiej – uznając, że studia tylko przygotowują do zawodu prawnika – wykłada miliony złotych na dalsze kształcenie absolwentów prawa przez 3,5 roku w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury, po której ukończeniu nie zostaje się automatycznie sędzią czy prokuratorem.

Nasza ocena: w sumie zmiany kosmetyczne, do zaakceptowania.

Trenerzy na wolności

Prawdziwa rewolucja dotyczy sportu. W klubach i reprezentacjach narodowych różnych dyscyplin sportu pracuje ok. 20 tys. instruktorów sportu i trenerów klasy I, II i mistrzowskiej. Instruktorem może dziś zostać kandydat z wykształceniem średnim, jeśli ukończy co najmniej 250-godzinny specjalistyczny kurs, bądź osoba z wykształceniem wyższym (kierunek wychowanie fizyczne ze specjalnością instruktorską w danej dziedzinie sportu). Ze średnim wykształceniem można jeszcze zostać trenerem najniższej klasy. Ci z klas wyższych muszą mieć dyplom wyższej uczelni, dostatecznie długi staż w szkoleniu zawodników, a w przypadku klasy mistrzowskiej także udokumentowany dorobek w pracy trenerskiej. Minister Gowin chce znieść stopnie trenerskie i wymagane do ich uzyskania kursy i staże. „Do pełnienia zawodu trenera wystarczy pełnoletniość, wykształcenie średnie i niekaralność za przestępstwa umyślne popełnione w związku ze współzawodnictwem organizowanym przez polski związek sportowy oraz posiadanie wiedzy w zakresie działalności trenerskiej (niesprawdzanej formalnie)” – czytamy w ministerialnym dokumencie.

Trenować innych bez podstawowej choćby znajomości anatomii i fizjologii człowieka będzie mógł każdy absolwent liceum czy technikum, a także były zawodnik. Zapewne pojawią się trenerzy, którzy, jeśli nie będą mieć sukcesów czy satysfakcji z trenowania zapaśników, w innym klubie zaczną trenować łuczniczki. – Obawiałbym się aż tak szerokiej deregulacji w zawodach, których przedstawiciele szkolą dzieci i młodzież – mówi Krzysztof Kłosek, prezes Polskiego Związku Zapaśniczego. – Te kilkadziesiąt godzin kursów i staże pozwalały nam bliżej poznać kandydatów na instruktorów i trenerów. Zniesienie stopni trenerskich zburzy nam hierarchię trenerów budowaną od lat na podstawie zdobywanej przez nich wiedzy, doświadczenia i trenerskiego dorobku. Czy takiego kadrowego wstrząsu potrzeba nam w roku olimpijskim?

Nasza ocena: zmiana radykalna, marnie uzasadniona, o trudnych dziś do wyobrażenia skutkach, jeśli chodzi o bezpieczeństwo uprawiania sportu.

Pod Piłsudskiego z GPS

Projekt Gowina pozostawia licencje taksówkarzom. Aby ją otrzymać, nie będą oni już zmuszeni kończyć kursu i zdawać egzaminu m.in. z topografii miasta, bo zdaniem ministra sprawiedliwości wystarczy im mapa z odbiornikiem GPS. – Tylko co ów GPS zrobi, kiedy minister w rozkopanej przez budowę metra Warszawie powie, że chce jechać pod pomnik Piłsudskiego? A pomniki są dwa... – tłumaczy (trochę demagogicznie) dr Jerzy Bestry, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Taksówkarzy.

Dla prezesa sprawa egzaminu z topografii jest jednak tematem zastępczym. Żałuje tylko, że nie będzie psychotestu, który obowiązuje wszystkich kierowców zawodowych, a taksówkarz takim jest. Nie sądzi, aby likwidacja egzaminu przyniosła tak oczekiwane i obiecane przez rząd nowe miejsca pracy. W Polsce taksówki prowadzi ok. 140 tys. osób, w tym prawie 10 tys. w Warszawie. W stolicy dochodzi do tego jeszcze prawie 8 tys. oferujących tzw. przewóz osób. Po 6 kwietnia br., kiedy wejdzie w życie przepis, że przewóz osobowy można prowadzić w samochodach z liczbą miejsc dla pasażerów powyżej siedmiu, powinien on się zakończyć, a co najmniej znacznie ograniczyć. Każdy będzie mógł otrzymać licencję taksówkarza, ale to nie będzie oznaczało, że z taksówki utrzyma auto i rodzinę. – Deregulacja ta losu nam nie polepszy, a klientom obniży standard usługi – uważa prezes. – Jeśli licencję będzie mógł otrzymać każdy, to nigdy nie uda się wprowadzić jednej marki samochodu dla wszystkich taksówek w danym mieście, jak w Berlinie czy Londynie.

Nasza ocena: zmiana niby kosmetyczna, ale o potencjalnie groźnych skutkach i nie chodzi tu o pobłądzenie w mieście. Przypomnijmy sobie zmorę gangów taksówkowych z lat 90.

Przygrywka do prywatyzacji

Na liście znalazło się 7 zawodów związanych z rynkiem pracy: lider klubu pracy, pośrednik pracy, doradca zawodowy, specjalista ds. rozwoju zawodowego, specjalista ds. programów, doradca EURES (specjalista od międzynarodowego pośrednictwa pracy) i asystent EURES. Wykształcenie średnie mógł dotąd mieć lider klubu pracy, pośrednik pracy i asystent EURES, w pozostałych zawodach wymagane było wyższe. Należało się także wykazać określonym stażem pracy w publicznych służbach zatrudnienia.

Niektóre z tych profesji mają jeszcze stopnie zawodowe (licencje), które zdobywa się po ukończeniu studiów podyplomowych w zakresie poradnictwa zawodowego bądź opracowywania projektów rynku pracy i dodatkowych latach pracy w służbach zatrudnienia. Minister Gowin (warto pamiętać, że jeszcze niedawno był rektorem wyższej uczelni) proponuje, aby w tej grupie zawodów znieść wymogi dotyczące wykształcenia i stażu pracy. Likwidacji mają ulec stopnie zawodowe. Pośrednikiem pracy czy doradcą zawodowym będzie mogła zostać osoba z wykształceniem nawet podstawowym, bez żadnego wcześniejszego doświadczenia zawodowego. – Nie będzie motywacji do podnoszenia kwalifikacji, bo po zniesieniu stopni zawodowych odbiorą nam dodatki do płacy za specjalizacje – mówi anonimowo pracownik jednego z urzędów pracy.

Nie bardzo też wiadomo, dlaczego na listę deregulowanych zawodów trafił doradca EURES. W Polsce jest ich ok. 40 (i drugie tyle asystentów EURES). Aby zostać takim doradcą i wejść do liczącej 900 osób europejskiej sieci EURES, należy spełnić wymogi określone przez Komisję Europejską (ukończyć kurs i zdać egzamin organizowany przez Brukselę). Dotąd z Polski kierowano na takie kursy osoby z wyższym wykształceniem, znające angielski, francuski lub niemiecki, z praktyką na polskim rynku pracy jako pośrednik pracy czy doradca zawodowy. Wszystkie krajowe wymogi minister Gowin chce znieść. Jeśli do tego dojdzie, to nie wiadomo, jak z kursem i egzaminem organizowanym przez Komisję Europejską poradzą sobie kandydaci z Polski.

Nasza ocena: zmiana bez większego znaczenia, obniżająca formalne kwalifikacje służb zatrudnienia. Być może to przygrywka do prywatyzacji urzędów pracy.

Cieć zarządcą

Deregulacja w wydaniu ministra Gowina – w przypadku wielu zawodów – nie polega na ograniczeniu w nich barier korporacyjnych (czemu należałoby przyklasnąć), lecz na całkowitym niekiedy zniesieniu wymogu posiadania minimalnej wiedzy, wykształcenia i praktyki.

Dobitnie widać to na przykładzie zawodów pośrednika handlu i zarządcy nieruchomościami, uprawianych przez ok. 38 tys. osób. Rząd chce znieść ich licencje i wszelkie wymogi dotyczące kwalifikacji. Zarządcą nieruchomości będzie mogła zostać jej sprzątaczka czy portier po podstawówce. Wystarczy, że zarejestrują swoją działalność i ubezpieczą od odpowiedzialności cywilnej. Polisa OC ma zastąpić kwalifikacje! Tylko czy te osoby będzie stać na zakup polis? Firmy ubezpieczeniowe zapewne drogo oszacują ryzyko oddania zarządu wartych dziesiątki milionów złotych nieruchomości w ręce osób o nieznanych kwalifikacjach.

Nasza ocena: zmiana radykalna, uderzająca prestiżowo w obie korporacje, które i tak nie miały żadnego monopolu na swoje usługi.

Wolne przewodnictwo

Wysokie wymagania jeśli chodzi o kwalifikacje, z uwagi na bezpieczeństwo turystów, pozostaną jedynie wobec przewodników górskich. Wycieczki w inny teren będzie mógł prowadzić każdy, niezależnie od wykształcenia i ukończonych kursów. Wystarczy, że skończy 18 lat. O pozostawienie dotychczasowych wymogów wobec przewodników turystycznych i pilotów wycieczek rozegra się ciężka batalia. Wojna między zwolennikami tzw. wolnego przewodnictwa a zwolennikami (jak w wielu innych unijnych krajach) przewodnickich licencji trwa już od paru lat.

Poza Krakowem, Warszawą i Trójmiastem zawód przewodnika w zasadzie jest zawodem sezonowym. W jego uprawianie zaangażowanych jest wielu znakomitych krajoznawców regionalistów. Obawiają się oni teraz taniej konkurencji, choćby ze strony ledwie co upieczonych maturzystów i studentów, ze skąpą, wyniesioną z liceum lub lektury przewodnika wiedzą historyczną i przyrodniczą. Deregulacja zawodu przewodnika i pilota obniży ceny ich usług, a organizacje turystyczne (prywatnych organizatorów szkoleń także) pozbawi wpływów ze szkolenia nowych przewodnickich kadr. Potrzeba będzie sporo czasu na to, by wolny rynek wyłonił rzeczywiście dobrych i zarazem „tanich” przewodników i pilotów. Na razie całe ryzyko zostaje po stronie turystów, bo jakość tej usługi można ocenić dopiero po fakcie.

Nasza ocena: zmiana radykalna, po której przez najbliższe lata na turystycznym rynku może być spore zamieszanie, wzrost agresywnej konkurencji i niechęci do korzystania z przewodników w ogóle.

Żegluga szuwarowa

Aż 10 zawodów wymagających poluzowania regulacyjnych przepisów minister Gowin znalazł (lub podpowiedziano mu) w żegludze śródlądowej. Nowa ustawa umożliwi ministrowi transportu skrócenie wymaganego dotąd czasu praktyk w zawodach: marynarza żeglugi śródlądowej, mechanika, przewoźnika, stermotorzysty (dowódcy mniejszego statku lub pasażerskiej łodzi do 12 osób), bosmana, szypra, marynarza-motorzysty, sternika itd.

Zaskoczenia tą listą nie kryje kpt. Marian Kidaj, dyrektor Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Gdańsku (jednego z ośmiu w Polsce). – Skrócenie praktyk nic nie da, bo praca u nas czeka na chętnych, a tych nie ma, bo jest ciężka, daleko od domu i rodziny. W Holandii, którą znam, bo wiele lat pływałem po Renie, kapitanowie mówią, że na barki idą pracować ci, co już nie dają rady wyżyć z niczego innego. U nas zrobiło się podobnie. Wakaty mam nawet w swoim urzędzie, czemu się nie dziwię, skoro jako dyrektor nie zarabiam nawet 2 tys. zł.

Aby zostać młodszym marynarzem w żegludze śródlądowej, wystarczy przejść parogodzinny kurs bhp. Marynarzem zostaje się po 3 miesiącach praktyki na statku. – Czy dotychczasowe 12 miesięcy praktyki dla stermotorzysty odpowiedzialnego za bezpieczne pływanie z turystami po mazurskich jeziorach to długo? – pyta dyrektor. – Co tu skracać? Zwłaszcza że polskie przepisy są bardziej liberalne niż na Zachodzie i bywa tak, że tamtejszy pracodawca zagląda naszemu marynarzowi w jego książeczkę i daje mu niższe stanowisko, niż miał on w Polsce, bo ma za małą liczbę wypływanych dni.

Nasza ocena: zmiana kosmetyczna, ale ryzykowna; nie zwiększy liczby miejsc pracy, te na chętnych czekają.

Trzy lata za kółkiem

W Polsce mamy prawie 35 tys. instruktorów nauki jazdy i kilka tysięcy egzaminatorów na prawo jazdy. – Co na Śląsku zamkną jakąś kopalnię, mamy 500 kolejnych – mówi Aleksander Igielski, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Ośrodków Szkolenia Kierowców. Minister Gowin obu tym profesjom proponuje obniżenie wymogów wykształcenia i stażu za kierownicą. Instruktorem będzie mogła zostać osoba po podstawówce, a egzaminatorem – osoba z wykształceniem średnim. Aby szkolić kierowców, trzeba jednak ukończyć kurs (ten wymóg nie został, szczęśliwie, zniesiony) i przez 3 lata mieć prawo jazdy kategorii B. Trzeba tu podkreślić słowo „mieć”, bo nikt nie sprawdza, czy kandydat na instruktora robił z niego jakikolwiek użytek. Prezes Igielski, kiedy zdobywał instruktorskie uprawnienia, musiał przynieść zaświadczenia potwierdzające, że sam samochodem jeździ. W latach PRL większość instruktorów i egzaminatorów miała za sobą wieloletni staż jako kierowcy zawodowi.

Nasza ocena: zmiana dość obojętna, do zaakceptowania, skoro przepis o okresie posiadania prawa jazdy przed ubieganiem się o uprawnienia egzaminatora był przepisem martwym.

Ochroniarz bez licencji

Zmiany nie ominą detektywów, których (z licencją) mamy dziś 586. Niebawem do jej otrzymania nie będzie już potrzeba egzaminu. Wystarczy ukończenie kursu. Czeka nas zapewne ponowny wysyp przedstawicieli tego zawodu, których kiedyś było już ponad 3 tys. Potem, wobec licznych skarg na nadużywanie uprawnień, trzeba było robić ich weryfikację, którą przeszedł co piąty. Czyżby historia miała się powtórzyć?

Znaczne obniżenie wymogów minister Gowin proponuje w przypadku ochroniarzy. Zamierza znieść ich licencje oraz zewnętrzne kursy i szkolenia. Niebawem, aby zostać ochroniarzem, wystarczy być osobą niekaraną, uzyskać wpis na listę pracowników ochrony fizycznej i przejść wewnętrzne szkolenie, za które odpowiada szef agencji ochrony. Ochroniarze nie pracują na rzecz ochrony interesu publicznego, lecz prywatnego. Zatem niech właściciel agencji sam ustala i egzekwuje kwalifikacje swoich pracowników. Państwo będzie się od niego domagać tylko polisy ubezpieczeniowej od odpowiedzialności cywilnej.

Nasza ocena: zmiana ułatwi dostęp do zawodu, ale i obniży stawki płac w tej spauperyzowanej ok. 300-tysięcznej grupie zawodowej.

Różne takie

W polisy ubezpieczeniowe wyposażą się też biura przewodnickie, agencje obrotu nieruchomościami, kluby sportowe, szkoły nauki jazdy itp. W firmach ubezpieczeniowych już zacierają ręce i może warto zrobić rachunek, czy i w jakim stopniu to domaganie się polis OC od przedsiębiorców zatrudniających pracowników z niższymi (w efekcie wprowadzenia listy Gowina) kwalifikacjami nie doprowadzi do podniesienia kosztów usług?

Minister Gowin chce też ograniczyć w niektórych zawodach obowiązek dostarczania różnych zaświadczeń, np. o pełnej zdolności do czynności prawnych, o posiadaniu polskiego obywatelstwa, o niekaralności w ogóle czy za ściśle określony rodzaj przestępstw (ale taksówkarze, instruktorzy jazdy i egzaminatorzy nadal będą składać zaświadczenia m.in. o niekaralności za przestępstwa „przeciwko wolności seksualnej i obyczajności”). Kandydata na komornika i syndyka nie będzie już badał psycholog. W przypadku komornika budzi to zastrzeżenia, bo w ramach swoich czynności ma on bezpośrednią władzę nad inną osobą. Tej liberalizacji psychologicznych wymogów można jednak bronić argumentem, że podobnych badań nie przechodzą kandydaci na posłów i ministrów. Tym ostatnim wystarcza opinia premiera, że „mają pozytywną szajbę”.

Deregulacja Gowina spowoduje, że w wielu przypadkach weryfikacja zawodowej kompetencji spadnie na korzystających z rozmaitych usług. Trzeba będzie prosić trenera o okazanie dyplomu czy przewodnika o licencję stowarzyszenia, żeby nie naciąć się na partaczy. I tak życie podzieli rynek na specjalistów droższych, niejako „sieciowych”, których kompetencje gwarantuje duża firma, korporacja, stowarzyszenia, i tańszych wolnych strzelców, których jakości nie gwarantuje nikt. Jeśli taka była intencja ministra Gowina, to w porządku, ale o co tyle hałasu, nie wiadomo.

Polityka 11.2012 (2850) z dnia 14.03.2012; Temat Tygodnia; s. 14
Oryginalny tytuł tekstu: "Lista Gowina"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną