Kraj

Raport z łóżka

Żakowski z Izdebskim o seksualności Polaków

„Religia ewidentnie coraz mniej się liczy w sprawach seksu. Ubywa osób wierzących, że seks służy prokreacji, a przybywa takich, które uważają, że chodzi o przyjemność”. „Religia ewidentnie coraz mniej się liczy w sprawach seksu. Ubywa osób wierzących, że seks służy prokreacji, a przybywa takich, które uważają, że chodzi o przyjemność”. BEW
Prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog, autor książki „Seksualność Polaków na początku XXI wieku”, o seksie w czasach Internetu, małżeńskich zdradach, erotycznych upodobaniach oraz o abstynentach, purytanach i hedonistach
„Tylko 2 proc. mężczyzn i 4 proc. kobiet źle ocenia swoje życie seksualne, chociaż niespełna 60 proc. uprawiało seks w ciągu ostatniego tygodnia”.Corbis „Tylko 2 proc. mężczyzn i 4 proc. kobiet źle ocenia swoje życie seksualne, chociaż niespełna 60 proc. uprawiało seks w ciągu ostatniego tygodnia”.
Prof. Zbigniew Izdebski.Tadeusz Późniak/Polityka Prof. Zbigniew Izdebski.
„Seksualność Polaków na początku XXI wieku”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2012 r.Polityka „Seksualność Polaków na początku XXI wieku”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2012 r.

Jacek Żakowski: – Jak się ma seks?
Zbigniew Izdebski: – Polacy sobie chwalą.

Mają dobry seks czy mało oczekują?
Dużych oczekiwań przeważnie nie mają. Kiedy z próby 3200 naszych respondentów wyciągam jedną osobę deklarującą, że jest zadowolona, i patrzę na jej seksualną biografię, przeważnie się zastanawiam: mój Boże, z czego ten człowiek jest zadowolony?

Bo?
Mało, rzadko, monotonnie.

Kłamią?
Raczej mają to, czego oczekują. Tylko 2 proc. mężczyzn i 4 proc. kobiet źle ocenia swoje życie seksualne, chociaż niespełna 60 proc. uprawiało seks w ciągu ostatniego tygodnia.

Więcej im nie potrzeba?
Ograniczają się. Zwłaszcza mężczyźni. Tylko 17 proc. mężczyzn uprawia seks oralny, chociaż lubi to 30 proc. (wśród kobiet lubi i uprawia ok. 13 proc.). 4 proc. mężczyzn uprawia seks analny, chociaż lubi go 9 proc. (wśród kobiet 2 proc. deklaruje, że lubi i uprawia).

Może nie przychodzi im do głowy, że mogą to zaproponować partnerom. A może nie mieści się w głowie, że można to robić. Tylko nieco ponad 20 proc. zmienia pozycje uprawiając seks, chociaż 30 proc. to lubi. Połowa całuje się w usta, chociaż 70 proc. kobiet i 60 proc. mężczyzn ma na to ochotę. 60 proc. lubi, gdy partner pieści ich piersi, a doświadcza tego nieco ponad 40 proc., 6 proc. lubi oglądać pornografię, ale robi to mniej niż 3 proc., 3 proc. lubi seks z wibratorem, ale uprawia go nieco ponad 1 proc.

To źle?
Co komu do domu, jak chata nie jego. Nie oceniam. Ważne, że są szczęśliwi. Może nie ma nic złego w tym, że nie jesteśmy rozerotyzowani i oczekujemy mniej niż większość Europejczyków. Ale to się zmienia. Zwłaszcza wśród internautów.

Czyli wśród młodzieży.
Wiek ma mniejsze znaczenie niż Internet. Internauci są seksualnie inni niż cała populacja. Starsi internauci też.

Sieć erotyzuje?
Jest poręcznym narzędziem zdobywania wiedzy i kontaktów. W Internecie łatwiej znajduje się partnerów seksualnych. Z czatów, z portali. Najpierw czatują, potem flirtują… A niektórzy bez specjalnej gry wstępnej od razu piszą, że chodzi o spotkanie na seks.

I?
I w 2010 r. 30 proc. badanych internautów uprawiało seks z osobami poznanymi przez Internet. Ta grupa szybko rośnie. Zwłaszcza w naszym pokoleniu – czyli 50+.

„Profesor pozna studentkę”?
Niekoniecznie. Poznają się ludzie w bardzo różnym wieku. Duży wpływ mają Uniwersytety Trzeciego Wieku. Wielu starszym osobom dają one przepustkę do świata Internetu i okazje do nawiązywania nowych relacji.

Kilka lat temu w pana badaniach pojawiły się dane, że podczas pobytu w sanatorium co trzeci kuracjusz miał seks z poznaną w sanatorium partnerką. Internet to wersja 2.0 ostatniej deski seksualnego ratunku, którą dotychczas były sanatoria?
Internet to najpowszechniejsze lekarstwo na samotność. Nie tylko dla singli, ale też dla ludzi, którzy czują się samotni w stałych związkach. Coraz częściej i szybciej stałe związki przestają dawać nie tylko namiętność, ale nawet poczucie bliskości i szczęście. Dla dużej grupy naszych rówieśników Internet jest sposobem wyrównania deficytów, których doświadczają w realu, a zwłaszcza w rodzinie. Seksualnych także.

Bo ułatwia zdradę?
Zadaliśmy pytanie, co ludzie uważają za zdradę. Że flirtują – nie. Że szukają – nie. Że nawiązują niejednorazowe kontakty – też nie. Ale że robią to w tajemnicy przed stałym partnerem – już tak. Nie sama czynność się liczy, ale skrytość.

Można powiedzieć, że się wyłania internetowa moralność seksualna?
Rodzi się. Ale wyzwania narastają szybciej. Coraz częściej moje pacjentki w średnim wieku mówią: „Mąż znów zaczął się mną interesować. Znów jestem dla niego atrakcyjna” albo pacjenci mówią: „Mieliśmy lata seksualnie martwe, a teraz żona bardzo się rozbudziła. Wchodzi do sypialni i już jest podniecona. Znów zacząłem ją kręcić”.

To jest wyzwanie?
Sęk w tym, że oni nie sobą są podnieceni. Przed wejściem do sypialni czatują z kimś w sieci. To buduje ich napięcie seksualne. Potem uprawiają seks z mężem albo żoną, myśląc o kimś innym. Kobiety poznają w sieci mężczyzn, którzy im piszą, że są piękne i seksowne. Używają rozbudzających je erotycznie słów, których dawno nie słyszały od swojego męża. Od lat uprawiały seks z przyzwyczajenia, a dzięki znajomościom z sieci odzyskują namiętność, która z wirtualu przenosi się do realu.

Seks w Internecie ratuje małżeństwa?
Bywa różnie. To zależy od relacji w związku. Może pomóc, jeżeli nie przekracza się pewnych granic. Bo kiedy w żonie na nowo rodzi się namiętność, w mężu budzi się „macho”.

Erotyczne zmartwychwstanie w sieci jest specjalnością kobiet?
Mężczyzn w tej grupie jest więcej. Ale w obu przypadkach to już jest skala istotna społecznie. W badaniach z 2004 r., które opisane są w książce, co trzeciej osobie prowadzącej przez Internet seksualne pogawędki zdarzyło się poczuć przypływ podniecenia spowodowany tą rozmową. W badaniach z 2010 r. takich osób mamy już niemal 80 proc. Zwykle druga strona nie wie, co się z jej partnerem dzieje.

To nie jest specjalnie dziwne, kiedy się pamięta wyniki wcześniejszych badań, z których wynikało, że 16 proc. Polaków zdradza swoich partnerów, a tylko 4 proc. myśli, że są zdradzani. Tradycyjnie masowo się samooszukujemy.
Zdradza 28 proc. mężczyzn i 16 proc. kobiet. Ale zwykle zdradzamy bardzo umiejętnie.

Urodzeni konspiratorzy.
Zwłaszcza że wśród tych 4 proc. sądzących, że są zdradzani, wielu jest takich, którzy nie są zdradzani. Zdecydowana większość zdradzanych nie ma o tym pojęcia.

A jednak sceny małżeńskiej zazdrości są kulturowym szlagwortem.
Relacje między ludźmi często nie są logiczne ani racjonalne. A stały związek to zawsze jest wyzwanie. I będzie z tym coraz większy problem. Bo ludzie nie tylko żyją dłużej, ale też dłużej zachowują sprawność. Również seksualną. Kiedyś pięćdziesięciolecie małżeństwa było ewenementem. W społeczeństwie żyjącym po 90 lat i więcej udane związki będą trwały po 70 lat albo dłużej. Czyli powinniśmy jeszcze bardziej dbać o nasze związki. Także o namiętność w związkach. Takiego „haju” jak na początku współżycia nie da się wiecznie utrzymywać. Ale jeżeli chce się mieć związek na całe życie, trzeba się bardziej starać. Pokolenia wchodzące w dorosłość mają perspektywę zupełnie innej biografii. Seksualnej również.

Już nie 15 lat dojrzewania, 40 lat dorosłości i 15 lat starzenia, ale na przykład 15–60–15.
To tworzy inny rytm biografii, zmieniający logikę naszego postępowania. Jak po 10 czy 20 latach widzimy, że nie o to nam w związku chodziło, to częściej warto się z niego wycofać, bo mamy jeszcze dość czasu, żeby zacząć od nowa.

Bo dostaliśmy drugie życie?
Przynajmniej drugą dorosłość. Poprzednie pokolenia tyle czasu nie miały. Te, które wchodzą w dorosłość – mają. A nie ma nic smutniejszego niż sześćdziesięcioletnia pacjentka, która siedzi w moim gabinecie i mówi, że jej życie to porażka. Nie chciała rozwodu ze względu na dzieci. One odeszły i zostało 20 czy 30 lat życia z poczuciem przegranej. Ludzie głęboko wierzący wiedzą przynajmniej, w imię czego godzili się na wyrzeczenia. Ale szybko ich w Polsce ubywa. Jak się te wszystkie badania pozbiera, widać, przed jakimi wyzwaniami stajemy i o co teraz jako społeczeństwo walczymy.

O co?
O jakość życia. Także seksualnego. Ono ma bardzo duży wpływ na wszystkie inne sfery.

Ale też bardzo różny.
Bo różne rzeczy są dla różnych ludzi ważne. Co siódmy dorosły to abstynent, który nie uprawia seksu. Co czwarty jest seksualnie pasywny. Obie grupy to głównie ludzie młodzi. W sumie stanowią ponad 40 proc. dorosłych. Pasywni nie uważają seksu za istotny. Uprawiają go rzadko i monotonnie. Całują się częściej niż inni, ale tylko co piąty zmienia podczas seksu pozycje. Z moich badań wynika, że co pięćdziesiąty uprawiał seks analny. Tylko 1 proc. kiedykolwiek widział seks na żywo lub użył wibratora. Trochę mniej niż pasywnych (27 proc.) jest w Polsce osób, które do seksu mają stosunek partnerski (25 proc.): seks jest dla nich zdecydowanie (18 proc.) albo dość istotny (52 proc), ale głównie ze względu na związek, w którym żyją. Prawie wszyscy są zdania, że dobry seks wymaga miłości. W ich seksie dużo jest pocałunków i pieszczot, ale rzadko kochają się oralnie. Nikt z tej grupy nie uprawia seksu analnego ani grupowego.

Ze względów religijnych?
To niekoniecznie są osoby religijne. Po prostu w ich seksie chodzi raczej o bliskość i więź z partnerem niż o zaspokojenie. Wiara reguluje życie seksualne mniej więcej jednej piątej dorosłych, których w tej książce nazwałem purytanami. To są osoby systematycznie chodzące do kościoła, narzucające sobie surowy rygoryzm seksualny, odrzucające antykoncepcję, mało oczekujące, mało od siebie wymagające w relacjach seksualnych, mało tolerancyjne wobec różnych odmienności. Ich seks jest zazwyczaj prosty. Nawet całują się zdecydowanie rzadziej (15 proc.) niż inni.

Całowanie to przecież nie grzech.
Ale dwie trzecie z nich tego nie lubi. Z moich badań wynika, że 15 proc. lubi dotykać piersi partnera, a tylko 5 proc. to robi. Co dziesiąty lubi, gdy partner dotyka jego narządów płciowych, a tylko 6 proc. tego doświadcza. Seks oralny w tej grupie lubi co trzydziesty respondent, a uprawia co setny. 3 proc. purytan zmienia pozycję podczas seksu, a 8 proc. miałoby na to ochotę.

Czyli jedna piąta Polaków kocha się tylko „po bożemu”?
Wyłącznie. Ale z drugiej strony mamy szybko rosnącą grupę hedonistów. Już co siódmy Polak zalicza się do tej grupy. Religia jest dla hedonistów mniej ważna, podobnie jak partnerzy, a dużo silniejsza jest skłonność do podejmowania zachowań uznawanych za ryzykowne w seksie. Często zmieniają partnerów, uprawiają różne formy seksu, szukają w seksie spełnienia. Nie tylko zaspokojenia popędu. W tej grupie najmniejsze są różnice między tym, co ludzie lubią albo o czym marzą, a tym, co robią w sypialni. Co piąty hedonista uprawiał seks grupowy, przebierał się, odgrywał role, oglądał seks na żywo. 40 proc. lubi oglądać filmy pornograficzne i co piąty zazwyczaj to robi. Dwie trzecie lubi seks oralny i przeszło połowa uprawia go stale. Prawie połowa uprawiała seks analny. Purytanie i hedoniści to są kompletnie inne światy.

Z czego ta różnica wynika?
Trudno powiedzieć, bo to się w ciągu życia zmienia. Są osoby głęboko religijne, w których życiu seks też odgrywa bardzo ważną rolę. Jedni w pewnym momencie pękają i zachowując wiarę wchodzą w otwarty konflikt z własną postawą religijną. Inni z tego powodu zrywają z Kościołem. Ale w zdecydowanej większości przypadków osób deklarujących się jako wierzące, po wejściu do łóżka seks idzie w swoją stronę, a wiara w swoją.

Religijność zostawiają na progu sypialni, jak Andrzej Drawicz zostawiał legitymację partyjną przed wejściem do telewizji?
Religia ewidentnie coraz mniej się liczy w sprawach seksu. Ubywa osób wierzących, że seks służy prokreacji, a przybywa takich, które uważają, że chodzi o przyjemność. Już 40 proc. doświadczyło seksu oralnego. A niedawno było to jeszcze tylko 15 proc.

Czyli seks się wyzwala.
Ale jeszcze niepewnie. Niedawno zapytałem studentów, jak z punktu widzenia normy medycznej oceniamy dziś seks oralny. Głucha cisza. Stupor. Zakłopotanie.

Niepewność.
Ale mamy XXI w. Patrzą na mnie. Ktoś nieśmiało mówi: perwersja. Ktoś pod nosem szepce: patologia. Większość milczy. Wytrzymałem z pięć minut. „Zastanówcie się, państwo”. Trudna sytuacja. Wreszcie mówię, że z punktu widzenia norm medycznych seks oralny jest normą. Na większości twarzy widzę głęboką ulgę. Uff. Robią to albo chcieliby robić, ale krępują się powiedzieć, że to nie jest nic złego. Nawet młodzi ludzie odbierają sobie część radości z takiej formy seksu. A z punktu widzenia seksuologii rozwojowej seks oralny jest ważny. Daje szansę zbliżenia się do drugiej osoby i lepszego poznania. Daje przyjemność, odpręża. Daje radość. A nawet młodzi ludzie ciągle mają z tym aksjologiczny problem.

Tłamszą?
Uprawiają, ale nie są pewni, czy to jest OK.

Pan ich wyzwala?
Daję im wiedzę opartą na źródłach naukowych. Nie poddaję zachowań seksualnych ocenie światopoglądowej. Sami muszą znaleźć równowagę między wiedzą naukową a własnym systemem wartości religijnych.

Może pan powiedzieć, czy to jest normalne, ale nie, czy jest dobre?
Dokładnie. Nie wiem, jak miałbym naukowo ocenić, czy dobre jest to, że kilka lat po upowszechnieniu się Internetu wśród internautów doświadczenie seksu oralnego deklaruje już 80 proc. Dwa razy więcej niż w całym społeczeństwie. To znaczy, że internauci mają takie doświadczenie jakieś cztery razy częściej niż ci, którzy z Internetu nie korzystają. Różnica jest radykalna we wszystkich grupach wiekowych. Niby tu Polacy i tu też Polacy, ale dystans kulturowy ogromny. Przynajmniej w sprawie seksu. Takie urozmaicenie w seksie ma dla relacji ogromne znaczenie. Bo ono oznacza, że jest w tych sprawach jakiegoś rodzaju dialog między partnerami. A Polacy mało ze sobą rozmawiają. Zwłaszcza o seksie. Prawie nic nawzajem o swojej seksualności nie wiemy. Nawet w bliskich związkach. To jest niedobre. Skazuje ludzi na samotność.

Jak bardzo nie wiemy, przekonałem się, czytając wyniki pańskich badań z ubiegłego roku. Problem, czy rozmiar ma znaczenie, jest niemal wszechobecny nie tylko w męskich gadkach, ale nawet w reklamie. Pan o to zapytał i odpowiedź jest szokująca. Nie tylko dlatego, że okazało się, iż rozmiar fallusa mężczyźni uważają za dużo ważniejszy niż kobiety. Przede wszystkim dlatego, że zarówno dla kobiet, jak dla mężczyzn rozmiar waginy ma większe znaczenie niż rozmiar fallusa. Rozmiar fallusa ma znaczenie zdaniem 24 proc. kobiet i 33 proc. mężczyzn, a rozmiar waginy zdaniem 29 proc. kobiet i 45 proc. mężczyzn. Zupełnie inaczej niż w popularnym dyskursie, gdzie zawsze chodzi o wyścig fallusów.
Bo tradycyjnie rozmowa o seksualności koncentruje się na męskim penisie. Zwłaszcza mężczyźni myślą, że wszystko kręci się wokół penisa.

W feministycznej filozofii i antropologii falliczna symbolika patriarchalnej kultury też ma znaczące miejsce.
I to się bardzo nie zmienia. Społeczeństwo jest w coraz większym stopniu wychowywane na materiałach erotycznych i pornograficznych. To oczywiście, zwłaszcza dla ludzi młodych, nie są dobre źródła do budowania wyobrażeń o seksie. Niejeden młody mężczyzna doznaje konfuzji, kiedy to, co ogląda, porównuje z tym, czego doświadcza. To zaniża poczucie własnej wartości i ma dla nich niekorzystne skutki. Na przykład skłania do doświadczeń seksualnych z osobami, których dobrze nie znają. Bo boją się kompromitacji, gdyby coś nie wyszło albo słabo poszło. Ale dziś to nie jest już tylko męski problem. Coraz więcej mamy pacjentek niezadowolonych ze swoich organów. I coraz więcej jest mężczyzn, którzy mają z tym problemy w stałym związku. Mówią: „Od góry jest wszystko w porządku, ale na dole coś nie gra”. Dawniej mężczyźni nie przywiązywali do tego takiej wagi. Ważne było współżycie i orgazm.

Teraz chodzi mniej o fakt, a bardziej o jakość?
Zaczęło się przywiązywać wagę nie tylko do wielkości, ale i do wyglądu. Jeszcze całkiem niedawno nie istniało pojęcie fryzury intymnej. A teraz to jest standardowa usługa. Przychodzi do poradni młody mężczyzna i mówi: „Wyglądało, że laska jest sensowna, a tu wiocha. Cała zarośnięta”. Nie była wydepilowana i on się wycofał.

Skąd to się bierze? Z cywilizacyjnego osłabienia męskiego popędu?
Popęd trochę słabnie pewnie pod wpływem stresu, ale tu problem jest inny. Zmieniają się wzorce estetyczne. To widać nawet, jak się porównuje filmy pornograficzne. Kiedyś aktorki były naturalne. Teraz włosy łonowe znikły.

To się przenosi z pornosów do życia?
Także z Internetu. W sieci kobiety są wydepilowane w serduszka, paski, kółka. Nawet na profilach faceci piszą, że szukają kobiety wydepilowanej, a kobiety opisują swoją intymną fryzurę. Tu też są trendy i mody.

To nie ma głębszego sensu?
To jest moda. Przenoszenie wzorców. Coraz więcej mężczyzn też to robi. Kiedyś niektórzy robili to ze względów higienicznych, a teraz robią to ze względów estetycznych. Niektórzy to uważają za normę. Coraz więcej dziewczyn patrząc na owłosionego faceta powie, że jest niehigieniczny.

Niedawno futerko musiało wystawać spod koszuli.
To już dziś dla niektórych jest całkiem nie do przyjęcia. A na Zachodzie to poszło dużo dalej. Starsze kobiety nawet narzekają, że gdzieś pojechały i nie mogły znaleźć normalnie owłosionego mężczyzny.

Czy to jest efekt hedonizacji seksu, który stał się rodzajem przyjemności i oderwał się od czystego popędu?
Rośnie grupa ludzi, dla których seks stał się czymś samym w sobie.

Erotomańska kultura?
W jakimś stopniu. Chociaż, mówiąc o miłości, 70 proc. młodych ludzi twierdzi, że chcieliby żyć w jednym stałym związku. To jest pozytywne, bo pokazuje, jaką wartość ma miłość w życiu pokolenia. Ale w tych samych rocznikach prawie 40 proc. uważa, że można uprawiać seks z osobą, której się w ogóle nie kocha. Tu jest ogromny przyrost. W coraz większym stopniu miłość to miłość, a seks to seks.

Może być między kobietą a mężczyzną trwała miłość mimo uprawiania seksu z kimś innym? Czy można wynosić seks poza małżeństwo, nie szkodząc rodzinie, tak jak przenosimy gotowanie posiłków do stołówek, pranie do pralni czy opiekę na dziećmi do przedszkoli?
Jest grupa ludzi, którzy w ciągu ostatniego roku nie uprawiali seksu w swoim związku, a uprawiali go gdzie indziej. Ale to wciąż jest margines. Miejscem uprawiania seksu w dalszym ciągu jest małżeństwo, chociaż przybywa małżeństw, którym wystarcza Internet. Niekoniecznie uprawianie cyberseksu prowadzi do spotkania w realu. Często kończy się na masturbacji. Takich osób w badaniach internautów z 2010 r. było 48 proc. I często tak jest im dobrze. Są zadowoleni.

Zadowoleni czy zaspokojeni?
Zadowoleni. Niektórzy mówią mi: „Nie prowadzę życia seksualnego”. I zastanawiają się, czy wszystko jest z nimi w porządku. Ale okazuje się, że to znaczy: nie uprawiam seksu z żoną czy z partnerką. Jego internetowe życie seksualne jest niemałe. Co więcej, masturbacja daje mu dużo przyjemności.

To są tacy sami ludzie jak ci, którzy zawsze oglądali pisma pornograficzne?
Liczba jest dużo większa. Rośnie grupa ludzi mówiących, że są zmęczeni, zestresowani, przygnębieni i nie mają ochoty na seks. Na ogólne zmęczenie i stres w życiu seksualnym wskazuje 13,7 proc. badanych mężczyzn oraz 14,7 proc. kobiet. Masturbacja pozwala im rozładować napięcie. Nie tylko seksualne. I rośnie grupa mężczyzn, którzy dłuższy czas mieli poczucie, że o seks w związku muszą prosić. Aż się zniechęcili.

Bo różnica potrzeb seksualnych kobiet i mężczyzn jest duża.
Ale też wiele kobiet tradycyjnie ma taki pomysł na związek, że seks jest formą nagrody dla męża. Jak nie wyrzuci śmieci, jak nie zrobi zakupów, jak nie kupi prezentu czy kwiatów, to nie dostanie seksu. Mężczyźni coraz częściej wyrywają się z tego schematu. „Nie będę się prosił”. To też ich jakoś wyzwala. Mówią: „Myślałem, że jak nie będę uprawiał z nią seksu, to będę miał mniejsze poczucie wartości. A mam poczucie, że teraz jest OK. Nie muszę się prosić”. Poczuli, że to zabieganie, walka o nagrodę, staranie się o seks ich upokarzało. Zwłaszcza że przy takich relacjach ona często nie była w tych seksualnych relacjach aktywna. Po prostu była.

Dostępna.
A on miał być szczęśliwy z samej tej dostępności. I przestał być szczęśliwy.

To jest duża skala?
Już widoczna w badaniach. To pewnie zawsze było, ale w za małej skali, żeby to statystycznie wychwycić.

O tym jest jeden z wdzięczniejszych dowcipów koszarowych. Mąż wraca nocą do domu. Szarpie żonę. „Kochanie, kochanie mam dla ciebie proszek na ból głowy”. Ona na to: „Po co mnie budzisz, mnie nie boli głowa”. On triumfalnie: „A mam cię!”.
Z naszych badań wynika, że dziś coraz częściej kobieta by krzyczała: „A mam cię!”. Bo to mężczyzn zaczyna boleć głowa. Pojawia się grupa mężczyzn, także całkiem młodych, którzy nie mają ochoty na seks. Bo są przemęczeni. Wychodzą z domu o świcie, wracają nocą i marzą tylko, żeby zjeść kolację, położyć się i spać.

Wtedy ona idzie do Internetu?
Albo zaczyna się awanturować, myśli, że on ją zdradza, czuje się nieatrakcyjna. Tu znowu jest problem polskiego nierozmawiania o seksie. Byłoby dużo lepiej, gdyby on powiedział, że jest zestresowany, zmęczony i nie ma siły na seks.

Może on sam nie wie, dlaczego mu się nie chce. Jak jest zmęczony siedem dni w tygodniu, to już nie wie, że jest zmęczony.
To w Polsce staje się coraz częstszą rzeczywistością. Ale Polacy nie umieją ze sobą o tym rozmawiać.

Tylko że dawniej w klasycznym małżeństwie to może aż tak nie przeszkadzało. A teraz, kiedy otoczenie staje się mniej sprzyjające dla życia seksualnego w rodzinie – bo Internet, bo seksualizacja kultury, bo stres, bo zmęczenie – ten deficyt zaczyna tworzyć poważne problemy.
Myślę, że jak popatrzymy do przodu, to nie zobaczymy świata, w którym będziemy żyli bardziej higienicznie.

Prof. Zbigniew Izdebski (ur. w 1956 r.) jest profesorem i dziekanem Wydziału Pedagogiki, Socjologii i Nauki o Zdrowiu Uniwersytetu Zielonogórskiego oraz kierownikiem Podyplomowego Studium Wychowania Seksualnego Uniwersytetu Warszawskiego. Od dwóch lat jest też jedynym polskim współpracownikiem amerykańskiego Kinsey Institute, najważniejszego ośrodka seksuologicznego na świecie. 10 lat temu współzałożył Stowarzyszenie do Walki z Dziecięcą Prostytucją i Pornografią Pro-Ecpat.

„W literaturze światowej nie spotyka się tak obszernych opracowań naukowych jednego autora” – napisał zmarły niedawno ojciec polskiej seksuologii prof. Kazimierz Imieliński w „Słowie wstępnym” do „Seksualności Polaków na początku XXI wieku” (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2012 r.). Ale nie obszerność (ponad 800 stron) jest najważniejszą zaletą książki, która w połowie kwietnia znajdzie się w księgarniach. Jest nią to, że autor, prof. Zbigniew Izdebski, w przeprowadzonych w ostatnich kilkunastu latach badaniach uchwycił moment radykalnej zmiany zachodzącej w seksualności Polaków. Że te zmiany muszą następować pod wpływem transformacji, otwarcia na świat, Internetu – jest dość oczywiste. Ale ich skala i zakres, ujawnione w badaniach, są zaskakujące nawet dla badaczy.

Polityka 12.2012 (2851) z dnia 21.03.2012; Rozmowa Żakowskiego; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Raport z łóżka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Dlaczego Donald Trump nie zatańczy na TikToku?

Gdy jedni prezydenci pokazują się na TikToku, inni próbują go zbanować. Popularna wśród młodzieży – i nie tylko – aplikacja już została usunięta z Indii. Następne będą USA?

Michał R. Wiśniewski
12.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną