„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kraj

Wojna powstań

Rozmowa z E. Janicką, autorką książki „Festung Warschau”

Pomnik Umschlagplatz znajduje się w Warszawie przy zbiegu ulic Stawki i Dzikiej. Pomnik Umschlagplatz znajduje się w Warszawie przy zbiegu ulic Stawki i Dzikiej. Karol Piechocki / Reporter
O tym, jak w miejskim krajobrazie jedne upamiętnienia rywalizują z innymi - mówi Elżbieta Janicka.
Pomnik Bohaterów i Męczenników Getta przy ulicy Zamenhofa.Michał Dyjuk/Reporter Pomnik Bohaterów i Męczenników Getta przy ulicy Zamenhofa.
Historyczne zdjęcie kładki na Chłodnej.DPA/PAP Historyczne zdjęcie kładki na Chłodnej.
Elżbieta Janicka, literaturoznawczyni, fotografka, ostatnio wydała książkę „Festung Warschau”.Tadeusz Późniak/Polityka Elżbieta Janicka, literaturoznawczyni, fotografka, ostatnio wydała książkę „Festung Warschau”.

Joanna Podgórska: – Co to jest syndrom warszawski?
Elżbieta Janicka: – To poczucie, że rzeczywistość nie jest do końca wiarygodna. Życie ze świadomością, że miasto i wszystko inne jest tymczasowe.

Kiedy zapadła pani na ten syndrom?
Wczesne dzieciństwo (lata 70.) spędziłam w Śródmieściu Północnym, wśród przyjaznych bloków z betonu, wertepów i chaszczy. Gdzieniegdzie jednak wciąż straszyły mroczne i lodowate czeluście kamienic. Groziły śmiercią lub kalectwem. Przestrzeń rodziła pytania. Legenda Powstania Warszawskiego objaśniała wszystko. Aż w pewnym momencie poznałam inną opowieść. Przychodnia dziecięca pod domem okazała się żydowską szkołą pielęgniarstwa. Szpital im. Dzieci Warszawy, zwany także szpitalem powstańczym, okazywał się Szpitalem dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów. Odkryłam, że tam, gdzie w Pałacu Kultury znajduje się teatr dla dzieci, stał ostatni sierociniec Korczaka. Na domiar wszystkiego sam Korczak okazał się w którymś momencie Żydem. I tak dalej. A im dalej, tym gorzej.

Wtedy zaczęła pani szukać w Warszawie drugiego dna?
Ono się samo wypiętrzyło. Laboratorium fotograficzne, z którego korzystałam, przeniesiono w miejsce, gdzie znajdowała się jedna z bram Umschlagplatzu. A ponieważ Warszawa jest zwykle zakorkowana, zaczęłam chodzić w to miejsce piechotą, przemierzając całą długość dawnego getta tam i z powrotem kilka razy w tygodniu. Czekając na materiały z laboratorium, krążyłam po okolicy. W końcu zadałam sobie pytanie, jaka opowieść wyłania się z nagromadzonych w tej przestrzeni upamiętnień. Jak one funkcjonują razem i w kontekście miejsca. W tej opowieści zwrócił moją uwagę pewien powtarzający się wzór.

Jaki?
Wzór współwystępowania dwóch historii, z których jedna komentuje drugą. Polska opowieść sprawia wrażenie, jakby komentowała żydowską obecność, choćby po tej obecności nie pozostał kamień na kamieniu.

Najpierw zastanowił mnie krucyfiks na Chłodnej. Rozległy skwer na środku ulicy nazwano imieniem księdza Popiełuszki i wmurowano tam obelisk, do którego dostawiono duży i dobrze wówczas widoczny krucyfiks, od zeszłego lata obsadzony drzewkami akacji. Pod tym krucyfiksem regularnie widywałam izraelskie i żydowskie wycieczki. Niekiedy mężczyzn w kipach odmawiających modlitwy. Z kawiarnianego ogródka obok dolatywały komentarze w stylu: O, Żydki! Słowem, polifoniczność i wielokulturowość. Od jednej z grup dowiedziałam się o istnieniu w Warszawie drewnianej kładki łączącej małe i duże getto, zanim film „Pianista” wprowadził ją do zbiorowej polskiej wyobraźni.

Zastanowiły mnie też dwie tablice identycznej treści, z kotwicą Polski Walczącej, na Umschlagplatzu. Jedna z nich także w języku angielskim i hebrajskim, wychylona ze ściany w kierunku pomnika wywózek Żydów Warszawy do komór gazowych Treblinki i Majdanka w latach 1942–43. Tablice upamiętniają powstańczy szlak bojowy jednostki AK, która 1 sierpnia 1944 r. przy okazji ataku na magazyny na Stawkach uwolniła 50 Żydów europejskich. Jak głosi napis, tablice zostały ufundowane ku chwale oddziału. Figuruje na nich nazwisko dowódcy jednostki. Jest to jedyne imienne upamiętnienie w miejscu, skąd Niemcy zabrali przemocą na śmierć kilkaset tysięcy ludzi. Zaintrygowało mnie wreszcie wzajemne usytuowanie pomników Umschlagplatzu i Poległym i Pomordowanym na Wschodzie.

Co jest nie tak z ich wzajemnym usytuowaniem?
Pomniki funkcjonują w pakiecie tak dalece, że wytyczają coś w rodzaju osi symbolicznej. Trudno nie zauważyć, że tu i tam chodzi o wywózki. Nawet liczba deportowanych jest podobna. Sugerowana symetria wydaje się oczywista. Skrywa jednak faktyczny kontrast między upamiętnionymi wydarzeniami. Nie wszyscy polscy obywatele deportowani przez władze radzieckie w głąb ZSRR ponieśli śmierć. Warunki deportacji były straszne. Jednocześnie większość deportowanych przeżyła. Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie został dobudowany do pomnika Umschlagplatzu, choć można było postawić go w innym punkcie miasta, skoro wywózki radzieckie nie dotyczyły Warszawy.

Pomnik Umschlagplatzu stoi z boku, wyciszony, abstrakcyjny. Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie to naturalistyczny wagon wypełniony krzyżami, który wyrasta na środku węzła komunikacyjnego. Jak się lepiej przyjrzeć, wśród wagonowych krzyży znajdziemy i macewę, i emblemat mahometański, i kilka krzyży prawosławnych. Ale pamięć zbiorowa – pocztówki, Wikipedia, dziecięce rysunki – już ich nie rejestruje. Instalacja martyrologiczna zwana Golgotą Wschodu zdobi dawny plac Muranowski, jedno z emblematycznych miejsc żydowskiej Warszawy.

 

Tam rozegrała się jedna z głównych bitew powstania w getcie, upamiętniona tablicą.
Tak. Przezroczysta tablica z pleksi wtapia się w fasadę budynku przesłoniętego drzewami. Walki Żydowskiego Związku Wojskowego zostały niewątpliwie upamiętnione. Plac Muranowski nosi dziś imię Matki Sybiraczki. Posadzono tam grottgerowskie brzozy, a w 66 rocznicę powstania w getcie warszawskim, w scenerii pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, urządzono rekonstrukcję egzekucji katyńskiej.

To chyba jest działanie podświadome. Przecież nikt nie siedzi i nie koncypuje, jak przykryć upamiętnienia żydowskie upamiętnieniami polskimi.
Jasne, że nie. Chodzi tu zresztą nie tyle o wyparcie czy przykrycie, ile opatrzenie komentarzem, wpisanie w oswojony schemat wyjaśniający. To jest wyraz oczywistości społecznej i większościowych wyobrażeń. I przejaw postawy obronno-polemicznej, która daje o sobie znać, ilekroć mamy się skonfrontować z historią polsko-żydowską. W polskiej opowieści o stosunkach polsko-żydowskich stawką jest wizerunek Polaków. Można to nazwać zbiorowym narcyzmem.

Czy to jest rywalizacja na upamiętnienia?
To się układa we wzór bardziej złożony niż dawne eksponowanie polskiego cierpienia pod hasłem „my też cierpieliśmy” albo „my bardziej”. Teraz wychodzi na to, że cierpieliśmy porównywalnie, a było to cierpienie wcześniejsze niż Zagłada i nie ustało wraz z wojną. Polska w szacie Chrystusa Narodów wycierpiała mianowicie Golgotę od komunistów. „Komuniści” to w Polsce często epitet służący judaizacji osób, o których się mówi, niechby nawet były znane z antykomunistycznych poglądów, okupionych wieloletnim więzieniem. „Żydokomuna” to fragment antysemickiego imaginarium, którego elementy wzmacniają się nawzajem i płynnie przechodzą jedne w drugie: ukrzyżowanie Chrystusa, ateizm, rewolucja, bolszewizm, Judasz zdrajca, mord rytualny, czyli mit wampiryczny, w którego ramach krwiopijca z żądzy niewinnej chrześcijańskiej krwi w razie potrzeby przestawia się na żądzę złota. Na tej zasadzie „duchowi spadkobiercy KPP żyją w nienawiści do polskiego krzyża”, jak ogłosił publicznie ważny artysta, intelektualista i akademik.

Istotą nowego wzoru opowieści byłoby następstwo czasowe i oparty na nim ciąg przyczynowo-skutkowy. Komunizm był pierwszy. A czyż akcja nie rodzi reakcji, ofiara zaś nie ma prawa do samoobrony? Wrogie postawy i zachowania wobec Żydów w czasie wojny, antysemityzm polskiego podziemia niepodległościowego i wynikające stąd zbrodnie – tak, ale to wszystko brało się z pobudek antykomunistycznych, więc rewizja kultury dominującej nie jest w związku z tym konieczna. Za sprawą antykomunistycznego dogmatu następuje dzisiaj przyswojenie problematycznych faktów bez naruszenia polskiej opowieści heroiczno-martyrologicznej. „Wszystko, co wiemy, nic nam nie szkodzi”.

We wstępie do pani książki Bożena Keff pisze, że Warszawa to miasto wzięte na patriotyczną smycz. To o to chodzi?
Chodzi o postać mitów założycielskich, które definiują wspólnotę po 1989 r. Są to: idylla II RP, Katyń i Powstanie Warszawskie jako najbardziej chwalebne karty Polskiego Państwa Podziemnego. W przestrzeni miejskiej widać, jak dalece dzisiejsza postać tych mitów ma ostrze wykluczające. Etos Polski Walczącej np. wymaga dziś analizy i krytyki z perspektywy cywilnej.

To dlatego opisuje pani jako fałsz fragment pomnika Powstania Warszawskiego – kobietę z dzieckiem na rękach schodzącą do kanału?
Pomnik Powstania Warszawskiego przedstawia odwrót AK ze Starówki, gdzie na pastwę Niemców zostało 35 tys. ludności cywilnej, 7 tys. rannych. Cywilom nie przysługiwała ewakuacja. Oczywiście, mogło się zdarzyć, że jakiś powstaniec wyprowadził swoją żonę z dzieckiem, ale sylwetka na pomniku ma walor reprezentacji i w tym sensie jest fałszywa. Dla mojej babci z trojgiem dzieci nie było miejsca w tym kanale. Makabryczny park rozrywki, jakim jest Muzeum Powstania Warszawskiego, nie skłania do namysłu na ten temat. Dzieciom i młodzieży szkolnej stawia natomiast za wzór dziecko z karabinem maszynowym w ręce.

W porównaniu z kanałem Anno Domini 1944, udrapowanym na narodową maskotkę, żydowska historia kanałów w ogóle już chyba nie nadaje się do opowiedzenia. Podczas powstania w getcie – tak wynikałoby z relacji żydowskiej –przedstawiciel ŻOB po aryjskiej stronie nie uzyskał od AK planów warszawskiej sieci kanalizacyjnej ani innej pomocy, gdy pojawiła się sprawa wyprowadzenia z płonącego getta powstańców, wówczas jeszcze z Anielewiczem i jego grupą. Ekspedycję ratunkową zorganizował na własną rękę Kazik Ratajzer z ŻOB. Do getta dotarł w noc po śmierci Anielewicza i około setki innych. Pozostali przy życiu czekali następnie pod włazem po „aryjskiej stronie”, bo nie mieli się gdzie podziać, i tu połowa z nich zginęła. Wyprowadzeni do lasu, pozbawieni oparcia AK, ginęli znowu.

 

Z pani książki wynika, że AK w ogóle miało mentalny kłopot z powstaniem w getcie, które przez samych bojowców żydowskich nazywane było „samoobroną”.
To nie jest moje odkrycie. Paweł Szapiro w analizie prasy konspiracyjnej z tego okresu pokazuje, jak wielki był problem z użyciem słowa „powstanie” na określenie wydarzeń w getcie. Dodatkowo najczęściej pisano, że oto jakaś garstka, która zrozumiała, co to honor i człowieczeństwo, dokonuje odkupienia po 18 wiekach żydowskiej bierności, po tym, jak większość bez protestu poszła jak barany na rzeź. Przyznawano Żydom okolicznościową laurkę, która utrwalała stereotypy uzasadniające stosowanie wobec nich przemocy i wykluczenia. „Biuletyn Informacyjny” AK pisał: „Dotychczasowa bierna śmierć mas żydowskich nie stwarzała nowych wartości – była bezużyteczna; śmierć z bronią w ręku wnieść może nowe wartości w życie narodu żydowskiego; nadając męce Żydów blask orężnej walki o prawo do życia”. Wybitna członkini Żegoty, wyrażając podziw dla walczących, pisała jednocześnie o wrogości Żydów wobec Polski, a przecież było to przekonanie zamykające ginącym drogę ucieczki. Taka była kulturowa norma i społeczna oczywistość w tamtym czasie, niejednokrotnie także wśród ludzi wielce zasłużonych w niesieniu pomocy Żydom.

Można chyba jednak powiedzieć, że pomnik Bohaterów Getta wrósł w krajobraz Warszawy i nie budzi kontrowersji.
Literatura na temat tego pomnika stale przyrasta, ale nie jest tłumaczona na polski. Jednak z punktu widzenia dzisiejszego opowiadania o historii relacje między upamiętnieniami niejednokrotnie wydają się bardziej intrygujące niż upamiętnienia same w sobie. W bliskim sąsiedztwie pomnika Bohaterów i Męczenników Getta wystawiono pomnik Willy’ego Brandta, mniejszy, lecz bardzo podobny w kształcie. W jego centralnej części widnieje płaskorzeźba z klęczącym kanclerzem Niemiec. Na oko wydaje się, że chodzi o gest kanclerza odnoszący się do zagłady Żydów. Tymczasem z objaśnienia na pomniku dowiadujemy się, że ma to być „symbol pamięci w stosunkach polsko-niemieckich”. O Żydach ani słowa.

Pisze też pani o związku powstańczych kapliczek podwórkowych z zagładą Żydów. Czy to nie zbytnia podejrzliwość?
Kapliczki podwórkowe kojarzą się z 1944 r. i, rzeczywiście, mnóstwo ich powstało w tamtym czasie. Jednak w Warszawie prawobrzeżnej, gdzie nie było Powstania Warszawskiego, na postumentach zachowały się daty – 1943 r. Prasa konspiracyjna i gadzinowa datują zjawisko na późną wiosnę tamtego roku. Gdy w połowie maja 1943 r. upadło powstanie w getcie, był to jakiś rodzaj widomego znaku, że Żydów już rzeczywiście nie ma, więc nie wrócą zza Wisły do swoich mieszkań i kamienic, jak wcześniej zakładano. W pierwszej chwili byłam tym skojarzeniem kompletnie zaskoczona. Gdy jednak u innych autorów napotkałam ten sam trop, odważyłam się pomyśleć, że u źródła, przynajmniej niektóre, warszawskie kapliczki podwórkowe mogły być znakiem symbolicznego „odzyskania” terenu na wyłączność, odczarowania go i objęcia w posiadanie.

Może ta cała patriotyczna smycz nie ma dla współczesnych warszawiaków wielkiego znaczenia? Opalają się na skwerach, jakby te upamiętnienia były niewidzialne.
Sama się tam opalam i nie potrafiłabym wyrzec się tej formy bezpośredniego kontaktu z miastem. Na łące w miejscu dawnych Nalewek napisałam sporą część książki. Pytanie brzmi, co i dlaczego jest tak bardzo pozbawione znaczenia, że aż niewidzialne. I dlaczego to ma być akurat patriotyczna smycz przemocy i wykluczenia? To jak z krzyżem nad Birkenau, który zobaczymy pewnie dopiero wtedy, gdy napiszą o nim w „New York Timesie”.

 

Elżbieta Janicka, literaturoznawczyni, fotografka, autorka monografii Andrzeja Trzebińskiego „Sztuka czy naród?”. Ostatnio wydała książkę „Festung Warschau”, opowieść o tym, jak w topografię Warszawy wrastają historyczne upamiętnienia.

Polityka 16.2012 (2855) z dnia 18.04.2012; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Wojna powstań"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Prof. Ewa Łętowska o sztuce godzenia się z nieuniknionym i przemijaniu

Prof. Ewa Łętowska o przemijaniu i przygotowaniach do śmierci. I o tym, co nas jeszcze w Polsce może czekać.

Violetta Krasnowska
08.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną