Trwa kolejny sezon matur

Wymaturzenie
Już ósmy rocznik młodzieży poddawany jest maturalnemu maglowaniu wedle zreformowanego, ujednoliconego stylu.

Zważywszy na ogólnopolskie rozmiary przedsięwzięcia, rozwożenie tajnych kopert z zadaniami, poufność sprawdzania i przeliczania wyników na procenty – można śmiało powiedzieć, że to operacja specjalna, wymagająca od oświaty wojskowej logistyki i dyscypliny.

Tak zwana nowa matura ma w założeniach idee szlachetne: równość, sprawiedliwość, wolność wyboru zdawanych przedmiotów. Oraz rozumny zamiar sprawdzenia, czy dorastający człowiek potrafi myśleć. (Czyli nie tyle odtworzyć wiedzę, ile ją przetworzyć na trafne odpowiedzi w testach).

Nikt rozsądny nie zakładał, że megamagiel zadziała bez zarzutu. A odwrotu od niego pewnie nie ma. Skoro bez mała 80 proc. młodzieży chce studiować, trudno wyobrazić sobie subtelną weryfikację kompetencji, wrażliwości, potencjału intelektualnego każdego ucznia. Jakąś fabryczność trzeba zaakceptować.

Lecz system w paru miejscach wynaturzył się wbrew ideom założycielskim. Pierwsze – nazwijmy to – wymaturzenie dało się obserwować od samego początku w obowiązkowym dwuelementowym sprawdzianie z języka polskiego. Ponieważ eseje (w założeniu samodzielnie napisane i obronione przed komisją) masowo kupowano przez Internet, nie pozostało nic innego, jak z tak ośmieszonej formy egzaminu od 2013 r. zrezygnować. (Skądinąd gdzie indziej – np. w Stanach Zjednoczonych – bardzo miarodajnej).

Natomiast test z polskiego to w jednym miejscu zgadywanka, w innym wyrafinowany sprawdzian językoznawczy. Efektem jest lekceważenie polskiego przez większość licealistów, którym punkty na studia nie są w tej dziedzinie potrzebne. Tak wymaturzyła się nie tylko idea rozumności tego egzaminu, ale atmosfera i poziom ogólniaków. Logika systemu podpowiada uczniom: szybko wybrać „swoje” przedmioty i je ryć, resztę – byle zaliczyć.

Tu wymaturzenie kolejne: wolność wyboru miała otworzyć przed uczniem wiele alternatywnych dróg życiowych. W praktyce standardowy pakiet z kilku wybranych przedmiotów starcza na kilka podobnych kierunków studiów.

Gdy o studiach już mowa, mamy do czynienia z wymaturzeniem idei sprawiedliwego do nich dostępu. Test maturalny, zarazem egzamin wstępu na uczelnię, miał być instrumentem, który wyrówna szanse tych ze słabszym potencjałem społecznym (małe ośrodki, gorzej wykształceni rodzice). Owszem, dostają się oni na studia, ale dlatego, że sektor płatnego szkolnictwa wyższego wykwitł w Polsce z niespotykaną bujnością.

Pozostaje równość. Fakt, magiel magluje równo. Dobre uczelnie, które zapowiadały, że maturalne procenty nie są dla nich wystarczającym miernikiem przydatności kandydata, rzadko egzaminują dodatkowo, wedle własnego pomysłu. Wiadomo – niż demograficzny, więc warunkiem finansowego powodzenia jest dostateczna liczba studentów. Zaliczył na 30 proc.? Przyjąć. I maglować przez następne kilka lat testami. Fabrycznie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną