Sprawa Mariusza Kamińskiego umorzona

Najlepiej umorzyć
Pięć lat czekaliśmy na to, aby się dowiedzieć, że nadal wiemy niewiele. Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieście umorzył właśnie sprawę b. kierownictwa CBA z Mariuszem Kamińskim na czele o nadużycie władzy w związku z tzw. aferą gruntową.

Sam Kamiński natychmiast ogłosił swój wielki sukces. W dodatku zapowiedział, że uczyni wszystko, ze złożeniem mandatu poselskiego włącznie, byle wrócić na swoje stanowisko w ukochanej służbie i kontynuować misję, w ramach której skutecznie obalił już jeden rząd – Jarosława Kaczyńskiego (co było zresztą jego największym – mniemam, że niezamierzonym – sukcesem). Z Donaldem Tuskiem przy okazji tzw. afery hazardowej poszło już o wiele gorzej i być może dlatego Kamiński chciałby wrócić, aby dzieła dokończyć. Prawicowe media zachłysnęły się wprost od sukcesu idola walki z korupcją i też byłyby za tym, aby Kamiński wrócił, bo w Polsce podobno „rośnie przyzwolenie na korupcję” (chociaż tylu spraw o podłożu korupcyjnym, co obecnie, nie wykryto od lat).

Umorzenie sprawy byłego kierownictwa CBA może Kamiński uznawać za triumf, ale jest to poważna porażka wymiaru sprawiedliwości. Wyrok zapadł przy zdaniu odrębnym (niestety tajnym), a i względnie krótkim i ogólnym uzasadnieniu. Sąd sprawy raczej nie wyjaśnił, a jeśli coś wyraźniej powiedział, to tyle, że służbom specjalnym wolno już praktycznie wszystko. Mogą więc podsłuchiwać niemal bez ograniczeń, wystarczy formalna zgoda sądu (udzielana na ogół bez ograniczeń), wolno fałszować dokumenty władz różnych szczebli, podrabiać podpisy urzędników i tworzyć fikcyjne sytuacje korupcyjne. W świetle tego orzeczenia można puścić wodze wyobraźni i spreparować dowolną sprawę. Nie takie były intencje ustawodawcy, co łatwo odczytać z toczonych wiele lat dyskusji, także sejmowych. Wydaje się, że sięgnięcie choćby do sejmowych stenogramów nie przekracza możliwości organizacyjnych tych, którzy orzekają.

Ponadto przerzucano sobie tę aferę jak gorący kartofel. W trakcie tego przerzucania pogubiło się wiele ważnych kwestii, na przykład to, że wyrok skazujący pośredników przy owej transakcji gruntowej już nie istnieje, gdyż Sąd Apelacyjny nakazał rozpatrzenie całej sprawy od nowa. A teraz sąd się na ten wyrok powołuje. Udaje, że nie wie, jaka jest sytuacja, czy po prostu nie wie? Przyklepuje podsłuchy, choć wiadomo, że były one od sądu właściwie wyłudzane, ale ponieważ jest papier, że kiedyś sąd coś klepnął, więc akceptuje tamte decyzje, nawet jeśli podstaw do podsłuchiwania nie było? Daje placet na fałszowanie każdego praktycznie dokumentu, chociaż tego nigdzie w ustawie nie zapisano? Wypada zapytać: skoro sprawa jest tak prosta, to dlaczego całe postępowanie trwało aż pięć lat? Ciekawe, ile lat potrwa apelacja. Aż się wszystko przedawni? To też znana metoda, kiedy chce się zrobić unik.

W minionym tygodniu politycy gwarzyli więc głównie o powrocie Kamińskiego i odejściu Laty. Zgodnie z oczekiwaniami wszyscy wzięli się do reformowania naszej piłki nożnej, zwłaszcza zaś PZPN. Jarosław Kaczyński zaproponował nawet, by to zrobić w trzech krokach (czy to już drybling?), wzywając do pomocy samego byłego prezesa Michała Listkiewicza, którego sam z wielkim zacięciem zwalczał jako relikt komuny. Najwyraźniej prezes PiS działa w stanie krańcowej desperacji, bo też opozycja nie potrafi odnaleźć się w czasie mistrzostw. Wprawdzie entuzjazm w narodzie nieco opadł, bo nasi zawiedli, ale nadal jest spory. Opozycyjne czekanie na koniec Euro jest coraz bardziej niecierpliwe, jak choćby kolejna próba odwoływania ministra zdrowia.

Wypadałoby skorzystać z prostej rady – na razie kibicować i cieszyć się piłką, a potem pojechać na wakacje i zastanowić się, co robić. Z końcówką sezonu politycznego nie ma się już co przesadnie zmagać. Najlepiej ją po prostu umorzyć.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną