Kryzys wiary w czasach kryzysu

Cienie w nawie
Nawet gdyby twarzą Kościoła w Polsce został nowy ks. Tischner, nic nie zatrzyma postępów laicyzacji.
We mszach uczestniczy 40 proc. wiernych; jeszcze mniej, bo tylko 16 proc., przystępuje do sakramentu komunii.
Irek Dorożański/Edytor.net

We mszach uczestniczy 40 proc. wiernych; jeszcze mniej, bo tylko 16 proc., przystępuje do sakramentu komunii.

Kościelny triumfalizm i paternalizm na dłuższą metę zaszkodzą Kościołowi.
Bernard Białorucki/BEW

Kościelny triumfalizm i paternalizm na dłuższą metę zaszkodzą Kościołowi.

Wizyta Cyryla I w Polsce miała, poza pojednaniem, pokazać sojusz dwóch twierdz chrześcijaństwa: rosyjskiego prawosławia i polskiego katolicyzmu – w obronie przed zlaicyzowaną zachodnią Europą. Ale polska twierdza też kruszeje. I to mimo że żyjemy w czasach niepewnych, kryzysowych, a w Polsce takie czasy są zwykle dobre dla Kościoła, bo przecież „jak trwoga, to do Boga”.

Tymczasem ostatnie dane kościelne potwierdzają, że trwa spadek frekwencji na mszach niedzielnych. Ogłosił je za 2011 r. Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego. Są miarodajne, choć chciałoby się wiedzieć, czy ISKK ma jakiś niezależny system weryfikacji danych, przekazywanych z poszczególnych parafii. We mszach uczestniczy 40 proc. wiernych; jeszcze mniej, bo tylko 16 proc., przystępuje do sakramentu komunii. A w katolicyzmie polskim chodzenie do komunii jest mocniejszym wyrazem wiary niż chodzenie do kościoła na mszę niedzielną.

W latach stanu wojennego frekwencja podczas niedzielnych mszy była na poziomie 50–55 proc. Do kościoła chętnie chodziła inteligencja. Nigdy wcześniej ani później stosunki między krytycznym polskim inteligentem a tradycyjnym polskim katolikiem nie miały się tak dobrze. Spadanie zaczęło się od wczesnych lat 90., kiedy Kościół wszedł ostro w roszczenia, rewindykacje i politykę bieżącą po stronie prawicy. I tak w zasadzie trwa. Mimo przestróg, także ze strony niektórych duchownych i katolickich publicystów, że kościelny triumfalizm i paternalizm na dłuższą metę zaszkodzą Kościołowi.

Dziennikarka „Rzeczpospolitej” Ewa Czaczkowska wyszukała w dawnej publikacji OBOP, iż podobny do dzisiejszego poziom praktyk był w Polsce na początku lat 60., czyli pół wieku temu: 41,5 proc.

Chude lata

Można dyskutować, jak wiarygodne są dane religijne z czasów PRL, ale wygląda na to, że koło się zamyka. Kościół wraca do stanu posiadania sprzed pół wieku, ale nie ma takich jak wtedy rezerw rozwojowych. Wszystko wielkie już mu się przydarzyło: Jan Paweł II, przymierze z robotnikami i inteligencją, ks. Popiełuszko. Nadeszły lata chude: zamknięcia się w sobie, sekciarstwa politycznego, wojny kulturowej. Tuczą się na nich nurty laickie. Zdarzają się akty publicznej apostazji.

Według ISKK, w 2010 r. odnotowano ich w Kościele 459. Informację podano po raz pierwszy w historii, więc nie mamy jej z czym porównać. Nie wiemy, czy apostatów ubywa czy przybywa. Wiemy, że najmniej aktów apostazji było w metropoliach częstochowskiej i przemyskiej (po 4), a najwięcej w dwóch kluczowych: warszawskiej (105) i krakowskiej (74). ISKK na wszelki wypadek podał jednocześnie, że w tym samym roku przystąpiło w Polsce do bierzmowania 383 855 wiernych. A więc na jednej szali mamy pół tysiąca aktów odstępstwa od wiary, na drugiej – blisko 400 tys. aktów umocnienia w wierze. To zestawienie robi wrażenie, ale ma rację ks. prof. Andrzej Draguła, gdy podkreśla w wywiadzie dla KAI, że zjawisku apostazji trzeba się jednak przyglądać, bo gdyby wprowadzono u nas podatek kościelny, to wystąpień może być więcej.

Na razie podatek taki jak w Niemczech Kościołowi w Polsce nie grozi. Jeśli coś mu grozi, to właśnie oddolna sekularyzacja. Ma ona wiele nurtów i postaci: kultura masowa, zmiany cywilizacyjne, otwarte granice, swobodny przepływ informacji i idei, tysiące złych doświadczeń osobistych z Kościołem, indywidualnie przemyślane wybory światopoglądowe, palikotyzm jako ruch polityczny i fenomen społeczny, działacze ateiści, których w Polsce przybywa. Nie ma jednego źródła odchodzenia ludzi od wiary i Kościoła albo też od Kościoła, choć nie od wiary. To jest za każdym razem indywidualna opowieść, często „pełna wściekłości i wrzasku”.

Czy Kościół mógłby coś na to poradzić? Raczej nie. Sprawy zaszły za daleko i jest za późno. Kościół wybrał już u nas swoją drogę. Nie wygląda na to, by miał siłę i ochotę coś tu zmieniać. Jaką to drogę obrał Kościół rzymskokatolicki w wolnej Polsce? W pewnym stopniu opisał ją już w 2004 r. – jeszcze za życia papieża Polaka – znakomity historyk prof. Janusz Tazbir. W książce „Łyżka dziegciu w beczce miodu” puszcza wodze fantazji. Opisuje wydarzenia w Kościele po śmierci Jana Pawła II. Otóż jego następcą zostaje 68-letni kardynał z Peru, który przybiera imię Jan Paweł III. Chce w duchu Wojtyły zażegnać groźbę rozłamu w Kościele na tle sporu wokół celibatu księży i teologii wyzwolenia. Dopuszcza stosowanie sztucznej antykoncepcji przez katolików, ale nie godzi się na zniesienie celibatu i kapłaństwo kobiet. Zostaje zmuszony do złożenia dymisji.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną