Nie będzie zaostrzenia prawa aborcyjnego

Nie ma się z czego cieszyć
Dyskusja na temat aborcji w polskim parlamencie staje się coraz bardziej absurdalna i żenująca.

Wszyscy wiedzą, że w tej sprawie prędko nic się nie zmieni, ani w jedną ani w drugą stronę. Oracje z sejmowej trybuny na temat poselskich sumień to popis czystej hipokryzji.

Aborcja od początku była w III RP kwestią polityczną, ale teraz chodzi już tylko i wyłącznie o polityczną rozgrywkę. Ruch Palikota nie krył, że zgłaszając projekt liberalizacji miał świadomość, że nie ma on szans, ale trzeba zrealizować obietnicę wyborczą, żeby potem nikt nie wypominał. Solidarna Polska zgłaszając swój projekt nie kryła, że chodzi o to, by zatrzymać projekt Palikota. A przy okazji sprawdzić, czy Platformy nie dało by się podzielić. I temu w gruncie rzeczy posłużyło pierwsze głosowanie. Policzyli się platformiani konserwatyści.

Drugie posłużyło z kolei, by platformianą konserwę podzielić na miękką (zmieniła zdanie i głosowała za odrzuceniem projektu SP), twardą (wstrzymała się od głosu, jak poseł Godson) i betonową (za projektem SP było tym razem 14, a nie 40 posłów). Teraz SLD zgłasza własny projekt liberalizacji, który ma podobny kształt, jak projekt Ruchu Palikota i podobne szanse na powodzenie. Ale zaistnieć w temacie aborcji trzeba.

Reakcja premiera Tuska na głosowanie prawego skrzydła PO też wydaje się czysto polityczna. Żeby obłaskawić oburzonych wyborców i zatrzeć wrażenie, że Platforma w zasadzie niewiele różnie się od PiS, wrócił do tematu in vitro. W Sejmie sprawa ślimaczy się od lat, głównie dlatego, że posłowie PO nie są w stanie się na ten temat dogadać. Premier postawił więc na ucieczkę do przodu i uznał, że skoro kwestii nie da się rozwiązać na poziomie parlamentu, to trzeba ją rozwiązać na poziomie rządowym.

W Ministerstwie Zdrowia powstał program finansowania zabiegów in vitro ze środków NFZ. Będą wpisane na listę refundowanych świadczeń. Można więc powiedzieć, że jest to korzyść, jaka wynikła z całej awantury o aborcję. No i deklaracja, że przyjmiemy europejską konwencję bioetyczną, którą Polska podpisała kilkanaście lat temu, ale do tej pory nie ratyfikowała. Chyba, że na deklaracjach się skończy. Tak jak w przypadku Konwencji Rady Europy o zapobieganiu przemocy wobec kobiet, którą premier kilkakrotnie obiecywał podpisać, ale jakoś do tej pory tego nie zrobił.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj