Prof. Hołówka o tym, czy warto ratyfikować konwencję bioetyczną

Zarodek nie powie
Profesor filozofii Jacek Hołówka o tym, dlaczego w Polsce niemożliwa jest racjonalna, spokojna debata nad problemami bioetycznymi.
Graficzne przedstawienie zabiegów in vitro.
JOSE ANTONIO PEŃAS/SCIENCE PHOTO LIBRARY/EAST NEWS

Graficzne przedstawienie zabiegów in vitro.

Prof. Jacek Hołówka: Dopiero na tle bioetyki widać, że to nie racje medyczne czy naukowe, ale polityczne i światopoglądowe powodują rozdarcie między ludźmi, którzy poza tym chcieliby żyć w zgodzie.
Krzysztof Zuczkowski/Forum

Prof. Jacek Hołówka: Dopiero na tle bioetyki widać, że to nie racje medyczne czy naukowe, ale polityczne i światopoglądowe powodują rozdarcie między ludźmi, którzy poza tym chcieliby żyć w zgodzie.

Joanna Podgórska: – Polska ma ratyfikować europejską konwencję bioetyczną. Czy bioetyka jako dyscyplina naukowa ma szansę pogodzić strony sporu o in vitro?
Prof. Jacek Hołówka: – Nie, bo bioetycy także mają różne opcje i powołują się na rozmaite fakty naukowe i teorie. Potem nadają im taki profil, żeby broniły ich przekonań. To nawet nie jest robione w złej wierze, ale w głębokim przekonaniu, że tak powinno być. Nauka tego sporu nie rozwiąże, bo nie chodzi tu o fakty, ale o interpretacje. Konwencja bioetyczna tylko proponuje pewne porozumienie między ludźmi, w nadziei, że oni sami wcześniej do tego porozumienia doszli. Ona ma jedynie potwierdzić wspólną wolę.

Czy w takim razie bioetyka jest w takich przypadkach zbędna?
Nie, dlatego że gromadzi ogromną ilość przykładów. Bioetyka opiera się na precedensach, a precedensy są bardzo pouczające. Chcemy znać przypadki trudnych dylematów medycznych, silnie motywowanych problemami etycznymi, i dowiedzieć się, jak były rozwiązywane. Właściwie nic więcej bioetyka zrobić nie może. Pomaga kojarzyć fakty z różnych dyscyplin. Jeżeli stosujemy bardzo wąskie rozumienie problemów etycznych, to często podejmujemy złe decyzje. Przyjmujemy ślepo medyczny albo ślepo prawniczy punkt widzenia.

Bioetyka pozwala to połączyć i przewidywać konsekwencje. Pokazuje nam na przykład, że problem in vitro wiąże się z kwestią zamrażania zarodków, a ta z kolei z kwestią hodowania komórek macierzystych, a komórki macierzyste z ewentualnym klonowaniem. W efekcie dowiadujemy się, że jest czymś zasadniczo różnym klonowanie terapeutyczne i reprodukcyjne. Bioetyka wprowadza do tego sporu terminologię i informacje z różnych dziedzin wiedzy. Sama medycyna nie wystarczy. Dopiero na tle bioetyki widać, że to nie racje medyczne czy naukowe, ale polityczne i światopoglądowe powodują rozdarcie między ludźmi, którzy poza tym chcieliby żyć w zgodzie.

Gdy obserwuje się dyskusje o aborcji czy in vitro, widać, że walka w istocie toczy się o język. Gdy nazwiemy zarodek osobą, pole dyskusji się zamyka. Czy bioetyka może zaproponować jakiś neutralny język sporu?
Bioetyka w tym sensie pomaga, że pokazuje, jak język predeterminuje pewne rozwiązania normatywne. Ale jednocześnie poucza nas, że nie istnieje cudowna droga na skróty, do odkrycia, kim jest osoba, czy istnieją preembriony i embriony, w jakim momencie człowiek umiera, czy kiedy próby resuscytacji mają charakter znieważania zwłok.

W Wielkiej Brytanii kilkuletnia debata bioetyczna przy otwartej kurtynie pozwoliła osiągnąć społeczny kompromis w sprawie in vitro. U nas komisja Gowina pracowała za zamkniętymi drzwiami. Pan był jej członkiem. Dlaczego nie dało się zrobić tego „po angielsku”?
Dlatego, że u nas poziom mediów, publicznej debaty i zapalczywość dyskutantów są takie, że racjonalna dyskusja nie udaje się nigdy. W mediach liczy się głównie poczytność i oglądalność. Gdy dochodzi do awantury, zderzenia stanowisk, pomieszania ludziom w głowie i zawieszenia jakiegokolwiek logicznego wniosku, to wydawcy są zachwyceni. Natomiast, gdy zaczyna dominować jakiś pogląd, który mógłby zyskać powszechną aprobatę, powstaje niepokój, że dane medium stanie się stronnikiem w sporze, który nie wiadomo, jak się skończy. W ten sposób publiczna dyskusja, nieświadomie nawet, zostaje nastawiona na sianie zamętu, a nie na rozwiązywanie problemów. Ten poziom sięga dna. Moim zdaniem problem wiąże się także z tym, że filozofia, która uczy sztuki dyskusji, zamiera na wszystkich polskich wyższych uczelniach.

Dyskusja w komisji Gowina nie mogła się odbyć publicznie, bo od początku było widać, że dochodzi do rozłamu. Jest nieracjonalne debatować jednocześnie nad jakimś rozwiązaniem prawnym i wszczynać publiczną dyskusję, jakie ono ma być. Jarosław Gowin nie chciał, żeby wiadomości z komisji przenikały do opinii publicznej, ponieważ każdy zacząłby szukać zwolenników na zewnątrz. Im więcej krzykaczy zbierzemy za plecami, tym większa szansa na wygraną.

Rozwiązania ustawowego nie udaje się przyjąć od lat. Jakie jest wyjście, gdy racje w kwestii in vitro wydają się nie do pogodzenia?
Każdy może zostać przy swoim stanowisku, ale powinien także zrozumieć, jakie są konsekwencje normatywne tego, co mówi. Rozumiem, że są osoby głęboko przekonane, że zarodek jest istotą ludzką. Ale one muszą się zgodzić, że to jest ich prywatny wybór. Jeśli się powołują na racje religijne, to także powołują się na wybór prywatny. Nie możemy wykorzystywać dyskusji o in vitro, żeby kogokolwiek w trybie przyspieszonym nawracać i ewangelizować. I w przeciwną stronę tak samo. Nie ma sensu przekonywać ludzi wierzących, by opierali się na argumentach świeckich, bo świadomie wybrali, że będą myśleć inaczej. Nikt z wierzących nie życzy sobie ateizacji na siłę, tak samo nikt z niewierzących nie życzy sobie ewangelizacji, mimo uprzejmej odmowy. Musimy sobie powiedzieć, że albo ograniczymy swoje pretensje i żądania normatywne, albo nie będziemy w stanie żyć razem.

No to chyba nie będziemy.
Próbujmy, bo są poważne problemy, które budzą kontrowersje, a można je rozwiązać. Dziś mało sumienne kliniki, które leczą in vitro, często dokonują implantacji pięciu lub więcej zarodków. Z punktu widzenia medycyny to jest rozszerzanie patologii ciąży. To niedopuszczalne, nawet gdy sama pacjentka o to prosi. W takich przypadkach jednolite stanowisko lekarzy powinno być nieugięte. Nie dlatego, że ktoś jest wierzący czy niewierzący, ale dlatego, że to błąd w sztuce. I tu się chyba można dogadać.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną