Kraj

Polskie skrzydła

Husaria ciągle szarżuje

Dni Wilanowa - symboliczny wymarsz wojsk Jana III Sobieskiego na Wiedeń, wrzesień 2006 r., Warszawa. Dni Wilanowa - symboliczny wymarsz wojsk Jana III Sobieskiego na Wiedeń, wrzesień 2006 r., Warszawa. Marcin Łobaczewski/Fotorzepa / Forum
Husaria znowu kłusuje po ekranach w filmie „Bitwa pod Wiedniem”. Ostatnio zaś zrodził się pomysł, by skrzydlaci jeźdźcy pełnili wartę przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu jako symbol polskości. Dlaczego akurat ta formacja zbrojna wciąż jest obecna w zbiorowej wyobraźni Polaków?
W naszych skrzydlatych jeźdźcach zawierało się pewne wyidealizowane - i odwieczne - wyobrażenie o nas samych, pięknych duchem, a zarazem mocarnych i walecznych.ZENON ZYBURTOWICZ/EAST NEWS W naszych skrzydlatych jeźdźcach zawierało się pewne wyidealizowane - i odwieczne - wyobrażenie o nas samych, pięknych duchem, a zarazem mocarnych i walecznych.
Polska husaria na trybunach podczas eliminacji piłkarskich mistrzostw świata w 2002 r.PRZEMEK WIERZCHOWSKI/PAP Polska husaria na trybunach podczas eliminacji piłkarskich mistrzostw świata w 2002 r.

W spektaklu Jana Klaty „H.” (skrót od Hamlet), wystawionym parę lat temu w Stoczni Gdańskiej, duch ojca duńskiego księcia pojawiał się pod postacią skrzydlatego jeźdźca na białym koniu. Widownia nie miała wątpliwości, iż husarz w tym historycznym miejscu symbolizuje świetność dawnej Solidarności, zamordowanej skrytobójczo przez Klaudiuszów wybierających przyszłość i bezideową stabilizację.

Symbolika husarza była mocno wyeksponowana w jednej z najpopularniejszych piosenek śpiewanych w stanie wojennym przez Danutę Rinn na koncertach organizowanych w kościołach. Autorem tekstu był Ernest Bryll:

„Jadą husarze od pracy/z połamanymi skrzydłami/Które jak garb ogromny/Skrywają pod płaszczami/A te skrzydła połamane/Deszczem ogniem wysmagane/A te skrzydła jeszcze grają/Jeszcze polskie pieśni znają/A te skrzydła jak sztandary/Niepodległej starej wiary/Jeszcze mają blask/A te skrzydła okrwawione/W tylu bitwach poranione/Choć zmalały, spopielały/Jeszcze siły nie straciły/Jeszcze są jak dawniej były/Jeszcze skrzydła dawnej chwały/Mogą unieść nas”.

Piosenka miała dawać bardzo wówczas pożądaną nadzieję, że bieda jest tylko chwilowa, a atrybuty naszej niegdysiejszej wielkości są tylko chwilowo ukryte, lecz nadejdzie moment, kiedy uniosą naród do czynów wielkich. Publiczność reagowała na Bryllowe zwrotki entuzjastycznie, „Skrzydła” stały się jednym z nieoficjalnych hymnów podziemnej Solidarności.

W III RP husaria powróciła na fali zainteresowania kulturą Sarmatów, ale została też wpisana w ikonografię kościelną. W Bazylice Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu ławki mają oparcia stylizowane na husarskie skrzydła. Wchodzący do ogromnej świątyni mogą odnieść wrażenie, że wieczną straż pełnią tu zwycięzcy spod Kłuszyna i Wiednia.

Husarskie szarże inspirują naszych sportowców, którzy skądinąd mają skłonność do stosowania manewru „obrona Częstochowy”. W 2006 r. piłkarze wybrali się na mistrzostwa świata do Niemiec w koszulkach z ogromnym husarzem na piersiach. Niestety, wróciliśmy z turnieju szybko – z połamanymi skrzydłami. Na tegorocznym Euro nie było już husarii ani na koszulkach zawodników, ani na boiskach, za to klęskę biało-czerwonych oglądali rozbudzeni patriotycznie kibice z przypiętymi do pleców skrzydłami. Do tej pory można zamówić sobie w Internecie „koszulkę patriotyczną Husarz” za 69 zł sztuka. Wyrób reklamowany jest pięknie brzmiącym sloganem: „Najbardziej malownicza i egzotyczna formacja jazdy, jaką kiedykolwiek widział świat”. Teraz do tradycji polskiej jazdy odwołują się bokserzy; grupa występująca w lidze międzynarodowej World Series Boxing przyjęła bowiem zobowiązującą nazwę Polish Hussars. Niestety, jak dotychczas o wiktoriach na ringu się nie słyszy.

W husarię bawią się grupy rekonstrukcyjne, choć nie ma ich zbyt wielu. Bardzo kosztowna jest zbroja, pomijając, że nawet pozorowana walka może skończyć się dla husarza niefortunnie. W czasach Rzeczpospolitej też zresztą skrzydlata jazda była, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, elitarną jednostką. Wśród towarzyszy pancernych znajdujemy najznakomitsze nazwiska tamtych czasów.

Odwaga w piersiach, męstwo w oku

Pierwsza wzmianka o husarzach w polskiej armii pojawia się ok. 1500 r. Nazwa formacji pochodzi od węgierskiego huszar lub serbskiego husar. Serbowie mieli przybyć do Polski, by tutaj szukać zemsty na Turkach. Ich podstawową bronią była kopia. Husarię traktowano początkowo jako jazdę lekką, dopiero z czasem zmieniła uzbrojenie, osiągając imponującą sprawność bojową. Nasi skrzydlaci jeźdźcy byli – mówiąc językiem sportowym – prawdziwymi mistrzami Europy i dosłownie miażdżyli wszystkie liczące się wówczas armie, które miały nieszczęście stanąć na ich drodze. Przez dwa wieki pancerni zapewnili Rzeczpospolitej serię zwycięstw rozstrzygających o biegu naszych dziejów.

Dlaczego jednak husarze mają pełnić wartę na Krakowskim Przedmieściu? Mieliśmy przecież inne legendarne formacje kawaleryjskie, upamiętnione pomnikiem przy stołecznym rondzie Jazdy Polskiej. Jak choćby szwoleżerów spod Somosierry czy pięknych ułanów, na których grobach wyrastał róży kwiat, co jest treścią piosenek śpiewanych dotychczas ochoczo przez biesiadujących rodaków. Wszystko to jednak mieści się w pesymistycznej wersji dziejów: szwoleżerowie ginęli dla Napoleona, ułani atakowali desperacko szablami czołgi, co pokazał Andrzej Wajda w „Lotnej” (i nie ma znaczenia, że takiej szarży w rzeczywistości nie było).

Do powstania mitologii skrzydlatych jeźdźców przyczyniły się z pewnością dwie ważne okoliczności. Po pierwsze – sposób atakowania, czyli szarża. Husarzy najpierw jechali w szyku rozproszonym, a zbliżając się do linii walki, zacieśniali szeregi, by następnie roznieść w pył szyki obronne wroga. Sztuka oblężenia, długo przygotowywane kampanie to nie była nasza specjalność. „Przyłożyć” raz, a dobrze i w ten sposób rozwiązać problem – to się musiało rodakom podobać. Czy zresztą dzisiaj nie stosujemy, także w życiu politycznym, taktyki szarży husarskiej?

Po drugie – najgroźniejsza jazda świata, a taką renomą cieszyli się husarzy na początku XVII w., stawała zazwyczaj przeciw przeważającym siłom wroga. A wiktorie odniesione w takich okolicznościach są szczególnie sławione, nie tylko w polskiej tradycji. Pod Kircholmem (1605 r.) skrzydlata jazda pod dowództwem Jana Karola Chodkiewicza pobiła trzykrotnie liczniejszą armię szwedzką. Jeszcze większym wyczynem był Kłuszyn, gdzie 5,5 tys. husarzy dowodzonych przez Stanisława Żółkiewskiego rozgromiło pięciokrotnie liczniejszą armię Rosjan i zaciężnych cudzoziemców. Skrzydlaci szarżowali aż siedmiokrotnie, do ostatecznego zwycięstwa, otwierającego drogę na Moskwę. Ale do legendy przeszła głównie bitwa pod Wiedniem, umacniająca Polaków w przekonaniu, iż naprawdę są „przedmurzem chrześcijaństwa”. Jak pisał Jan III Sobieski w liście do Marysieńki: „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”.

„Vivat Joannes Victor!!!” – krzyczą w Epilogu „Trylogii” rycerze po zwycięskiej bitwie pod Chocimiem. „A w dziesięć lat później – pisze dalej Sienkiewicz – gdy majestat króla Jana III obalił w proch potęgę turecką pod Wiedniem, okrzyk ów powtarzano od mórz do mórz, od gór do gór, wszędy po świecie, gdzie tylko dzwony wołały wiernych na modlitwę…”.

Skrzydlaty rycerz stał się w narodowej mitologii wzorem doskonałości, czego dowodem może być wiersz „Husarz” Władysława Bełzy (który jest też autorem patriotycznej rymowanki „Kto ty jesteś? Polak mały”):

„Oto mi rycerz! Kopia u toku,/Z ramiona mu skrzydła płyną sokole!/Odwaga w piersiach, męstwo gra w oku,/Szyszak jak gwiazda błyszczy na czole!/Zawsze zwycięski zastęp tych wojów,/Do dawnych synów podobny Sparty,/Wśród tylu bitew i krwawych znojów,/Jak mur z żelaza stał nieprzeparty!/A kiedy gnuśność nami owładła,/To i Husarya wtedy upadła!”.

Kiedy zaczęła się chwiać potęga Rzeczpospolitej, opadły też skrzydła towarzyszy pancernych. W tym czasie na polach bitewnych znacznie wzrosła rola artylerii i piechoty. Muszkieterzy dysponowali już bronią z zamkami skałkowymi, bardziej szybkostrzelną niż wcześniej stosowane muszkiety lontowe. Ponadto piechota zaczęła używać tzw. czośników, a owe przeszkody skutecznie powstrzymywały ataki kawaleryjskie, uniemożliwiały atakowanie kopiami. Wprowadzenie tych umocnień oraz nowsza broń palna sprawiły, że ataki husarii – tak jak pod Kliszowem w 1702 r. – były coraz mniej skuteczne.

Z czasem husaria stała się wojskiem paradnym występującym podczas defilad, ale też na pogrzebach, dlatego w XVIII w. przylgnęła do niej mało zaszczytna nazwa „wojsko pogrzebowe”. Ostatecznie husarię zlikwidowano uchwałą Sejmu Rzeczpospolitej w 1776 r.

Nie dało się jednak zlikwidować mitu niezwyciężonej jazdy, do której symboliki wracano zawsze, gdy ojczyzna była w opałach. W czasie zaborów husarię sławili pisarze i malarze, w czasie II wojny światowej symboliki husarskiej używano w polskim wojsku, np. skrzydła pojawiały się na odznace 1 Dywizji Pancernej generała Maczka.

Najbardziej fotogeniczne wojsko

Bez wątpienia liczył się jeszcze wizerunek husarza. Nie było w naszych dziejach oddziałów tak pięknie prezentujących się na obrazach, a później także na ekranach filmowych. Pierwsze malunki powstały jeszcze za życia Jana III Sobieskiego. Urodzony w Neapolu włoski malarz Martino Altomonte został zaproszony do Polski, by na miejscu mógł poznać szczegóły husarskiego uzbrojenia, ale też obejrzeć niektóre trofea zabrane z tureckiego obozu. Jego „Bitwa pod Wiedniem” (oryginał znajduje się dzisiaj w zbiorach Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie), reprodukowany w wielu książkach o wiedeńskiej wiktorii, pokazuje wprawdzie wojsko skrzydlate, lecz są to skrzydła krótkie, niewystające ponad głowy jeźdźców.

Nasi najwięksi bataliści chętnie malowali atakujących husarzy. Do najsłynniejszych płócien należy dzieło Józefa Brandta „Bitwa pod Chocimiem” z 1867 r. Sześć lat później Brandt namalował „Bitwę pod Wiedniem”, przedstawiając atak chorągwi husarskiej królewicza Aleksandra na obóz turecki. Były to lata głębokiej traumy po klęsce kolejnego nieudanego powstania, więc przypomnienie zwycięskich szarż miało wyraźne przesłanie „ku pokrzepieniu serc”.

W 1925 r. Wojciech Kossak namalował „Bitwę pod Kircholmem”, na którym to obrazie można podziwiać całą wspaniałość bojowego wizerunku rycerza. Oficerowie noszą skóry dzikich zwierząt: lamparcie, lwie i tygrysie, spięte na lewym ramieniu pazurem drapieżnika. Do tylnych blach zbroi (a niekiedy do siodeł) przytwierdzone są skrzydła. I tu się pojawia jedna z najważniejszych kwestii dotyczących husarskiej legendy: gdzie właściwie nosili skrzydła i jakiej były one wielkości?

W filmie Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż”, który był epitafium na śmierć Zbigniewa Cybulskiego, akcja przenosi się na chwilę na plan filmu historycznego, w domyśle „Pana Wołodyjowskiego” Jerzego Hoffmana, który powstawał mniej więcej w tym samym czasie. Akurat kręcona jest scena szarży husarii, konnica wjeżdża w kadr, natomiast na pierwszym planie aktor Wiesław Dymny biega dookoła kamery z przymocowanymi do pleców skrzydłami, opowiadając jednocześnie o zmarłym aktorze. „Pan Wołodyjowski” kończył się szarżą husarską i już wówczas pojawiły się wątpliwości historyków, czy naprawdę tak wyglądało nasze sławne wojsko.

Jerzy Cichowski i Andrzej Szulczyński w wydanej w 1977 r. książce „Husaria” udowadniali, że skrzydła wcale nie odgrywały tak wielkiej roli, jak się powszechnie uważa, bo zwyczajnie przeszkadzałyby na polu bitwy. Znawcy militariów przekonywali, iż były przymocowane nie do pleców, lecz do tylnego łęku siodła, co chroniło przed cięciami szablą od tyłu oraz zarzuceniem lassa na szyję. Same skrzydła nie zawsze też były aż tak strojne, jak na obrazach i w filmach, używano bowiem nie tylko piór orlich – choć te były najbardziej pożądane, polskie! – lecz także bardziej dostępnych sokolich i jastrzębich, a nawet, co już brzmi gorzej, gęsich i kogucich. W istocie chodziło przecież o efekt psychologiczny. Jazda pędząca z szumem skrzydeł, z łopotem barwnych proporców umocowanych na długich kopiach, wyglądała imponująco, strasząc wojska wroga, jak również nieprzyjacielskie konie.

Radosław Sikora w wydanej niedawno książce „Husaria pod Wiedniem” pisze z kolei, iż nie da się wykluczyć, że w tej wielkiej bitwie skrzydeł używali tylko pocztowi (czyli czeladź), nie zaś towarzysze pancerni. Przypomina również, iż husaria w XVII w. nie podlegała ścisłym rygorom mundurowym. „Towarzysz husarski wyposażał siebie i swój poczet tak, jak uważał za właściwe”. Sikora komentuje również skrzydła przedstawione na wspomnianym obrazie Altomonto: „W niczym nie przypominają zagiętych nad głowami listew z wetkniętymi w nie piórami. Prezentowane dziś w muzeach skrzydła, widoczne także na obrazach namalowanych w wiekach XIX i XX, i pokazywane w filmach, są wytworami połowy XVIII wieku i ich późniejszymi replikami”.

We włosko-polskim filmie, który mamy właśnie na ekranach, łopocą jednak długie skrzydła. Niestety, siła mitu jest większa niż argumenty historyków.

Duch i siła w jednym

W „Bitwie pod Wiedniem”, topornie wyreżyserowanym przez Włocha Martinellego, trudno dopatrzeć się wielu pozytywów, ale przecież, gdy nasza husaria rusza do boju, zapewne niejednemu widzowi mocniej zabije serce. Miło popatrzeć, jacy byliśmy niegdyś piękni i silni! Towarzysze pancerni pojawiali się też w zagranicznych filmach, a podobno także w jakiejś grze komputerowej. W rosyjskiej superprodukcji „1612”, w której Polakom przypadły raczej mało sympatyczne role, jest scena, gdy nasza husaria wjeżdża do sioła, a tamtejsze dzieci na widok uskrzydlonej jazdy wołają „Angieły, angieły!”.

Może rzeczywiście coś anielskiego było w naszych skrzydlatych jeźdźcach, ale z drugiej strony – ogromna siła, co tworzyło swoisty oksymoron. W którym zawierało się pewne wyidealizowane – i odwieczne – wyobrażenie o nas samych, pięknych duchem, a zarazem mocarnych i walecznych. Tak często zmuszanych do przeciwstawiania się przeważającym siłom zła, w obronie wiary, za wolność waszą i naszą, o honor.

W czasach III RP mit dwóch skrzydeł nie tracił atrakcyjności może również dlatego, że przynajmniej niektórzy z nas wciąż głęboko skrywają przekonanie, iż zasługujemy na lepszy los, niż został nam wyznaczony, pod warunkiem wszakże, iż odrodzimy się duchowo i znów poderwiemy do lotu. Pewnie dlatego wspomniane na wstępie „Skrzydła” nadal są śpiewane. W Internecie można nawet znaleźć bardzo patetyczne wykonanie Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. O tym, że skrzydła dawnej chwały mogą unieść nas także dzisiaj, śpiewano podczas niedawnej manifestacji „Obudź się, Polsko!”. Z husarią, która skruszy kopie na piersiach każdego wyobrażonego wroga.

Jak widać, ze skrzydłami nam wciąż do twarzy, więc społeczna akcja „Husaria pod pałac” zasługuje na wsparcie. Także z tego powodu, że mało mamy w Warszawie atrakcji turystycznych, zwłaszcza przy głównym szlaku. Uskrzydleni wartownicy na koniach – a zgodność skrzydeł z historycznymi realiami nie byłaby w tym wypadku najistotniejsza – nie musieliby nawet stać bez przerwy, wystarczyłoby parę godzin dziennie. Wówczas turyści mogliby sobie robić pamiątkowe zdjęcia. A przeglądając po latach albumy, nie mieliby wątpliwości, że to nie Londyn, Lizbona czy Ateny. Wojsko ze skrzydłami tylko w Warszawie.

Polityka 45.2012 (2882) z dnia 07.11.2012; Temat tygodnia; s. 14
Oryginalny tytuł tekstu: "Polskie skrzydła"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną