Kraj

Dwa Kościoły

Papież Franciszek zmieni polskich biskupów?

Polski kościół skupia się na samym sobie, na umacnianiu własnej pozycji społecznej, politycznej i materialnej i swojej wersji polskości. Polski kościół skupia się na samym sobie, na umacnianiu własnej pozycji społecznej, politycznej i materialnej i swojej wersji polskości. Daniel Adamski / Agencja Gazeta
Czy polscy biskupi przetrzymają papieża Franciszka?
Franciszek nie jest pierwszym papieżem o reformatorskim nastawieniu.Alessia Giuliani/CPP/Polaris/EAST NEWS Franciszek nie jest pierwszym papieżem o reformatorskim nastawieniu.

Nowy papież bywa porównywany do przeprowadzającego w ZSRR pierestrojkę Michaiła Gorbaczowa. Franciszek chce odnowić Kościół powszechny, ale czy to nie rodzi ryzyka, że swymi reformami doprowadzi do rozpadu Kościoła? W końcu Gorbaczow też chciał tylko poprawić, unowocześnić System, a sprowokował niszczącą lawinę. Ale Franciszek działa ostrożnie, ewolucyjnie. Ma większe niż Gorbaczow szanse osiągnąć swój cel, o ile dane mu będzie pokierować Kościołem jeszcze przynajmniej kilka lat.

Reformatorski zapał papieża Franciszka, radykalna zmiana stylu, nie wszędzie w Kościele jest witany z otwartymi ramionami. W Polsce też niekoniecznie. Ale i w Watykanie natrafia na opozycję. – Na przykład w korpusie dyplomatycznym przy Stolicy Apostolskiej, w środowisku księży polskich w Rzymie czy wśród „czarnej” rzymskiej arystokracji, tradycyjnie związanej z papiestwem – mówi pisarz i dziennikarz katolicki, biograf Jana Pawła II, Jacek Moskwa. Biurokracja watykańska jest w szoku, potwierdza ks. Kazimierz Sowa, szef kanału Religia.tv. Szokuje to, że papież pozbył się dworu, swobodnie udziela wywiadów. – Tego nie było za czasów Jana Pawła II i Benedykta XVI. Wtedy wywiady były mocno cyzelowane i poprawiane przez otoczenie tych papieży.

Wstrząsem jest też to, że Franciszek nie korzysta z atrybutów papieskiego splendoru. – To musi zaskakiwać zwłaszcza tych, którzy przywykli do majestatu Benedykta XVI – stwierdza dominikanin o. Maciej Zięba, teolog, znawca pontyfikatu Jana Pawła II i społecznej myśli Kościoła. – Już wybór Jana Pawła II był trzęsieniem ziemi, które zachwiało ustalonymi hierarchiami i formalizmami. Wtedy Kuria Rzymska się otorbiła, wypracowała pragmatykę, by zbytnio „nie obciążać Ojca Świętego” i ile się da załatwiać we własnym, głównie włoskim, gronie. Benedykt XVI tego stanu rzeczy nie zmienił, raczej go utrwalił.

Franciszek nie jest pierwszym papieżem o reformatorskim nastawieniu. Ma wybitnych poprzedników. Choćby Jana XXIII, który zwołał pół wieku temu przełomowy II Sobór Watykański. Po nim reformowali dalej Paweł VI i Jan Paweł II. Papież Wojtyła w 1988 r. ogłosił tak zwaną konstytucję apostolską Pastor bonus, szczegółowo regulującą funkcjonowanie centralnej administracji kościelnej (czyli Kurii Rzymskiej).

W epoce posoborowej reformy szły w kierunku decentralizacji i odchodzenia od teatralnej sakralizacji papiestwa. Zniesiono na przykład zwyczaj noszenia papieża w lektyce, odstawiono do muzeum monarszą tiarę, Jan Paweł II przestał używać królewskiej formy „my”. Chodziło o sterowność Kościoła w epoce masowej demokracji i komunikacji, epoce pełnej wstrząsów i rywalizacji pomiędzy różnymi ofertami religijnymi i duchowymi. W takim świecie szczególnie ważne jest pytanie: kim jest papież? Jak ma sprawować swój urząd, tak by ludzie nie czuli się tylko petentami u stóp papieskiego tronu? Papieże reformatorzy nie podważali oczywiście samej katolickiej zasady prymatu papieskiego, dyskusja dotyczyła sposobu jej realizacji. – W teologii rozróżniamy pojęcie „primatus” (prymatu biskupa Rzymu) i „papatus” (sposób sprawowania urzędu), przypomina o. Zięba – Franciszek wyraźnie chce zredefiniować „papatus”.

Filozof i psychoterapeuta

Do tego potrzeba mu zmian w Kurii Rzymskiej jako uwertury do głębszej reformy Kościoła powszechnego, która ma przynieść duszpasterską, duchową i moralną odnowę światowego katolicyzmu, terapię instytucji i mentalności. Kuria Rzymska, czyli aparat wykonawczy papieża, biskupa Rzymu, przez długie wieki wypracowywała swoje struktury, procedury i interesy. Jak każda korporacja, ma swoje biurokratyczne zalety i wady, ale nic jej na razie nie zastąpi w roli pasa transmisyjnego polityki papieskiej.

Już wstępny przegląd instytucji watykańskich pokazuje słabe punkty całej konstrukcji i kierunek ewentualnych zmian. Gołym okiem widać, że niektóre urzędy dałoby się połączyć z podobnymi, inne zredukować lub zlikwidować, otworzyć niektóre ważne stanowiska dla świeckich – czy szefem każdej dykasterii musi być kardynał lub biskup? – w tym dla kobiet. To między innymi nad tym debatuje tak zwana Grupa Ośmiu, szykująca dla Franciszka plan reformy Kurii Rzymskiej. Skład owej Rady Kardynałów pokazuje, że to nie jest jakaś kolejna fasadowa biurokratyczna fikcja.

Radę tworzą doświadczeni dostojnicy, reprezentujący odmienne kultury świata katolickiego. To przybysze z różnych stron globu i Kościoła. Koordynatorem jest kard. Oscar Rodriguez Maradiaga z Hondurasu, postać barwna i znacząca, zaliczany przed konklawe w 2005 r. do kandydatów na papieża. – To nie tylko różne kontynenty – podkreśla Maciej Zięba – większość z tej ósemki była ongiś wybrana na przewodniczących zgromadzeń kontynentalnych, a to znaczy, że mają w Kościele autorytet, siłę przebicia i znajomość wszelkich mechanizmów analitycznych, decyzyjnych, prawnych. Ważne jest ich wykształcenie. Tylko jeden dyplomata i jeden prawnik (zazwyczaj w podobnych gremiach kościelnych to dyplomaci i prawnicy trzymają „pakiet kontrolny”), a tu psychoterapeuta, matematyk, literaturoznawca, filozof.

Ale jeśli Franciszek powołał G8, aby podzielić się odpowiedzialnością za rządzenie, to sama Rada nie wystarczy, zauważa Jacek Moskwa. – Franciszek wydaje się osamotniony w obliczu całej struktury Kościoła ukształtowanej w sposób bardzo konserwatywny, także w ciągu ostatnich pontyfikatów. Gdyby papież na serio miał się wziąć za reformę nie tylko Kurii Rzymskiej, ale całego Kościoła powszechnego, Rada Kardynałów to za mało. Jan XXIII w podobnej sytuacji zwołał Sobór Watykański II. Efekty okazały się niespodzianką, także dla niego samego, a być może poszły wbrew jego oczekiwaniom. Franciszek chyba o tym pamięta.

 

Niewykluczone, że konstytucja Pastor bonus zostanie w ogóle zastąpiona nową. Ten zamiar o. Zięba, z wykształcenia także fizyk, nazywa „przewrotem kopernikańskim”, oczywiście gdyby rzeczywiście Franciszek podpisał taki dokument. Bo zamiast, jak jego poprzednicy, tylko wprowadzać poprawki „dodawać kolejne epicykle do ruchów planet, uzyskując opis coraz dokładniejszy, ale też coraz bardziej skomplikowany” – Franciszek stworzyłby nowy fundament Kurii Rzymskiej. Ale może napotkać bierny opór części watykańskiej biurokracji. – Jeśli reforma przyniesie likwidację lub połączenie różnych instytucji i struktur, oznacza to pożegnanie się z posadami części około 40 najważniejszych urzędników Watykanu – przewiduje ks. Sowa. – Franciszek już im to zresztą zapowiedział na specjalnym spotkaniu poświęconym zmianom w Kurii, w połowie września.

Konkrety? Najważniejsze to prócz G8 powołanie nowego „premiera”, sekretarza stanu abp. Pietro Parolina i próba uzdrowienia banku IOR, potocznie zwanego „papieskim”. Jacek Moskwa przypomina, że próby sanacji podejmował wcześniej Benedykt XVI, a teraz, podjęte znów przez Franciszka, zaczynają przynosić efekty. – Nie tylko personalne. Wypowiedzenie przez IOR umów około 900 klientom, wśród których były ambasady takich krajów jak Syria, a niewykluczone, że także organizacje przestępcze, mówi samo za siebie. Te działania papieża naruszają bardzo potężne interesy, a Franciszek toleruje bardzo poważne rozluźnienie środków bezpieczeństwa wokół siebie.

W Watykanie i okolicach słychać głosy zaniepokojenia na tym tle. Przypomina to nieco spekulacje w Polsce po wyborze Karola Wojtyły, czy przypadkiem służby specjalne obozu radzieckiego nie dostaną rozkazu zabicia papieża Polaka. Co gorsza, do zamachu faktycznie doszło, choć strzelał skrajny nacjonalista turecki, ale do dziś nie ma pewności, czy i kto stał za nim. Pontyfikatu może Franciszkowi na głębokie reformy nie starczyć z powodu biologii: jest w podeszłym wieku, dopiero kompletuje „swoją ekipę”, która zna watykańskie tematy, ale mniej rozeznaje się w personaliach.

Ale jeśli pontyfikatu mu starczy, będzie reformował Kościół bardziej do wewnątrz, inaczej niż Jan Paweł II, nastawiony na ewangelizowanie bardziej na zewnątrz i globalnie. U Franciszka istotna jest jego duszpasterska wrażliwość, uważa o. Zięba, mało obciążona dyplomacją, jurydyzmem, kościelną tradycją włoską, ale jeszcze ważniejsze jest branie pod uwagę przemian cywilizacyjnych: dzisiejszej łatwości komunikacji, współczesnej formy rozdziału Kościoła od państwa i znacznie mniejszego niż na progu nowożytności zideologizowania państwa świeckiego. Ale też – słabnięcia Europy, rozwoju Kościoła na innych kontynentach – gdzie budowanie go na modłę włoską wydaje się zbędne i sztuczne.

Polska chata

Kościół w Polsce sprawia wrażenie, jakby wciąż był w szoku po dymisji Benedykta XVI i wyborze na papieża Jorge Bergoglio, kardynała z dalekiego kontynentu. Benedykta rozumiał, nawet czcił za jego konserwatyzm i profesorskość. Oczywiście kochał i rozumiał papieża Wojtyłę. A z Franciszkiem ma kłopot. Nie wypracował jeszcze techniki oswojenia tego pontyfikatu, przykrojenia do tutejszych potrzeb i interesów kościelnych, słowem, jego „spolszczenia”. Tak by przekaz Franciszka dawał się pogodzić z przekazem kościelno-katolickim u nas. Bo na razie zgrzyta prawie na całej linii. Od pedofilii po ubóstwo.

Zestawmy główne tematy Franciszka z kościelnym przekazem w Polsce. Przemiany cywilizacyjne? Jakie przemiany, wszystkie zmierzają ku „cywilizacji śmierci”. Komunikacja z wiernymi? Tak, ale głównie przez TV Trwam i Radio Maryja. Współczesny, nieantagonistyczny rozdział państwa od Kościoła? Nie w Polsce! Tu prawicowi wojownicy kulturowi marzą o „katolickim państwie narodu polskiego” w duchu przedwojennego ONR. Polega ono na tym, że Kościół ma do państwa stosunek roszczeniowy, a do społeczeństwa – paternalistyczny. Kościół instytucjonalny żąda, a państwo spełnia żądania, choćby materialne lub legislacyjne. Mimo to Kościół atakuje rządzących polityków pod pozorem rzekomej dyskryminacji katolików czy służenia obcym interesom. Rzecz niesłychana we współczesnych demokracjach, ale nie u nas.

Kościół otwarty na innych, na inne kultury, wrażliwości, doświadczenia? Znów nie u nas! Tu poseł oświadcza z trybuny sejmowej, że zwycięstwo Obamy oznacza koniec cywilizacji białego człowieka. Ma się rozumieć – chrześcijańskiej. Kościół nie reaguje na równie bulwersujące, napastliwe i obskuranckie wypowiedzi duchownych w kwestiach politycznych czy światopoglądowych, np. homofobii, pedofilii, in vitro. Milczy kler, milczą kościelne media, katolickie organizacje lekarzy, prawników, dziennikarzy. Jeśli się odzywają, to w obronie Kościoła jako rzekomo zagrożonej instytucji i katolickiego status quo, czyli dominacji katolicyzmu w życiu publicznym. Opinia katolicka w Polsce nie jest tym, czym powinna być: systemem ostrzegania Kościoła przed jego własnymi błędami; jest tylko jego świeckim ramieniem.

Przykład idzie z góry. Jak Polak katolik, tak formowany w domu, szkole, parafii, ma się odnaleźć w „ewangelicznym” Kościele Franciszka, gdy nie ma wsparcia w tym dążeniu ze strony własnego proboszcza, katechety, biskupa, Radia Maryja i TV Trwam? Dominujący przekaz i styl radiomaryjny to antypody przekazu Franciszkowego. Ta dominacja jednego kodu – narodowego, autorytarnego, nieufnego – blokuje możliwość dialogu nawet wewnątrz Kościoła, a co dopiero w szerszej opinii publicznej.

 

Do tego stanu rzeczy przyczyniły się – o czym dziś często już nie pamiętamy – długie rządy kardynała Stefana Wyszyńskiego. Nadały one polskiemu katolicyzmowi kształt trwalszy niż jeszcze dłuższe rządy Jana Pawła II. Papież był potężnym symbolem, lecz interreksem był Wyszyński. I do dziś Kościół w Polsce chętniej mówi i myśli Wyszyńskim. Sprawia wrażenie, jakby był jakimś autokefalicznym Kościołem narodowym pod najwyższym protektoratem Maryi Królowej Polski, Wojtyły, Wyszyńskiego, ks. Popiełuszki, św. Faustyny Kowalskiej i, zachowując proporcje – ks. Rydzyka. Ma swojego papieża, prymasa tysiąclecia, męczenników i wizjonerów. To zamknięty świat żyjący w poczuciu dumy ze zwycięstwa nad bezbożnym komunizmem, który obalił Jan Paweł II. Kto w tym świecie się wychował, uważa Kościół w Polsce za coś wyjątkowego, co w istocie nie powinno podlegać żadnej krytyce, a jedynie odbierać hołdy. Wdzięczność dla Kościoła ma być bezdyskusyjna i wieczna.

Poczucie wyjątkowości rodzi taki skutek, że Kościół skupia się na samym sobie, na umacnianiu własnej pozycji społecznej, politycznej i materialnej i swojej wersji polskości. Duma z Polski jako katolickiego wyjątku w Europie nie zachęcała do zdobywania wiedzy o doświadczeniach Kościołów na wolnym i demokratycznym Zachodzie, do studiowania zmian społecznych i kulturowych, którym podlegały wraz ze swymi społeczeństwami. Polski kler na ogół nie był ciekaw świata, zwłaszcza w kwestii przemian i przyszłości katolicyzmu.

Wystarczyła neomesjanistyczna narracja, że „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. Tak utrwalała się mentalność oblężonej twierdzy, mająca uzasadnienie w czasach narodowych opresji, ale toksyczna dla katolicyzmu w epoce wolności. Co gorsza, po 1989 r. katolicyzm w Polsce odwrócił się od nurtu nazywanego Kościołem otwartym, którego twarzami byli Jerzy Turowicz i ks. Józef Tischner. Okazało się, że nie zakorzenił się głęboko i został wypchnięty z katolickiego mainstreamu. Puste miejsce zajęło to, co wydawało się już litanią przeszłości. Paradoksalnie nowe zanikło, a stare ma się coraz lepiej.

Złe skutki wsobności Kościoła w Polsce obserwujemy dzisiaj na przykładzie problemu pedofilii z udziałem duchownych. Kościoły w USA, Irlandii, Belgii zmagają się z nim od dziesięcioleci. Wypracowanie jakiejś zdrowej metody rozwiązywania problemu zajęło im dużo czasu, ale przyniosło efekty. Wystarczy przeczytać znakomity tekst na temat tego, jak doszło do kryzysu pedofilskiego w Kościele irlandzkim i jak z niego wyjść. Napisał go nie kto inny jak sam prymas Irlandii abp Diarmuid Martin. Polski przekład opublikowano w katolickim miesięczniku „Więź” już dwa lata temu.

A w Polsce przywódcy kościelni reagują tak, jakby nie czytali ani Martina, ani nikogo, kto rozumie, że pedofilia jest potężnym ciosem w wiarygodność Kościoła jako nauczyciela moralności. Tymczasem w Polsce prymas uchyla się od przyjęcia moralnej, a może i prawnej, odpowiedzialności za księży pedofilów. Szef Konferencji Episkopatu, kryjący przez lata proboszcza pedofila z Tylawy, zostaje bez problemu wybrany na drugą kadencję. Oznacza to, że biskupi w ogóle sprawy tylawskiej nie brali pod uwagę, jakby to był jakiś nic nieznaczący incydent, a najpewniej zmowa złego świata.

Przetrwać Franciszka

Nawet gdy Kościół instytucjonalny zaczął mówić o pedofilii bardziej komunikatywnie, jedna wypowiedź abp. Józefa Michalika (o prowokujących dzieciach) storpedowała te bardzo jeszcze chwiejne, niepewne i nieprzekonujące wysiłki. Dostrzegł to znany watykanista i dziennikarz włoski Andrea Tornielli, który powiedział to, czego wciąż nie potrafią przyznać polscy obrońcy ordynariusza: słowa Michalika to był straszny błąd. Podważył szczerość deklaracji, że w Kościele nie ma tolerancji dla pedofilii. A to, jak Kościół w Polsce radzi sobie z kwestią pedofilii kleru, jest ważne nie tylko dla rodziców i wychowawców katolickich, ale dla całego społeczeństwa, bo Kościół jest uważany za instytucję pożytku publicznego.

Polscy hierarchowie traktują wiernych podobnie jak to robili za feudalizmu, zaborów, sanacji i komunizmu. Wierzące masy są bazą społeczną (tak samo konserwatywną jak kler, który z niej się rekrutuje), dają na tacę, klękają i czapkują, lecz nie są tu, w Polsce, celem najważniejszym. Tym celem jest panowanie nad umysłami i ciałami wiernych. To dlatego niektórzy księża przyznają, że właściwie większym zagrożeniem dla Kościoła jest liberalizm niż autorytaryzm. Komunizm i inne ruchy autorytarne XX w. ceniły przecież kolektyw i wspólnotę etniczną; Wyszyński z aprobatą mówił o modelu państwa, jakie w Portugalii zbudował Salazar (zm. 1970 r.) – autorytarnego, odwołującego się do katolickiej nauki społecznej i konserwatyzmu.

Co do Franciszka, Kościół w Polsce jest wyraźnie zmieszany, niepewny, ale raczej na zasadzie „dłużej klasztora niż przeora”: jakoś przetrzymamy ten Franciszkowy epizod, potem wszystko będzie jak dawniej, jak za naszego Jana Pawła II i za Benedykta. Niewykluczone, że ta taktyka przeczekiwania może się powieść, zwłaszcza jeśli reformy w Watykanie pójdą w stronę decentralizacji, udzielenia lokalnym Kościołom jeszcze większej autonomii, która może sprzyjać osobnemu i wsobnemu, specyficznemu Kościołowi narodowemu.

W Polsce w zasadzie nie ma niezależnej krytycznej opinii katolickiej ani oddolnych ruchów katolickich, takich jak europejski ruch „My jesteśmy Kościołem”; słabe są rady parafialne. Nie ma publicznych protestów przeciw biskupom uwikłanym w tuszowanie skandali pedofilskich (były przeciw biskupom uwikłanym w skandale lustracyjne). A wszelkie głosy krytyczne podnoszone wobec kleru i episkopatu łatwo są interpretowane jako brutalne, bezbożne, judaszowe ataki na katolicyzm i religię. Papież ma tu właściwie tylko jeden instrument wpływania na sytuację: politykę personalną. Może nie przedłużać rządów tego czy innego ordynariusza, może nawet odwołać biskupa z urzędu, jeśli działa w jawnej sprzeczności z linią pontyfikatu. Może wezwać episkopat na rekolekcje z „franciszkanizmu”. I wymusić choćby zmianę języka, zachowań, procedur. Pytanie, czy znajdzie czas i uwagę, aby rozeznać się w niuansach polskiego katolicyzmu? I dość determinacji, by ten duży europejski Kościół, zastygły w pozycji „trwam”, ruszyć z posad? Niemniej, pontyfikat Franciszka stanowczo jest wart mszy intencyjnej.

 

Dlaczego papież Franciszek nie zmieni polskiego Kościoła – rozmowa na www.polityka.pl/kraj

Polityka 42.2013 (2929) z dnia 15.10.2013; Kraj; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Dwa Kościoły"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Wojna secesyjna: arystokrata Lee kontra łachmyta Grant

150 lat temu skończyła się wojna secesyjna. Armiami stron dowodzili generałowie Robert Edward Lee i Ulisses Grant. Reprezentowali dwie bardzo odmienne wersje sukcesu z amerykańskiego snu.

Grzegorz Mathea
14.04.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną