Nowy podręcznik dla pierwszaków: o co chodzi w tym sporze?

Lekcja nieszczerości
Czy to dobrze, że będzie bezpłatny, rządowy podręcznik dla wszystkich pierwszaków? Sprawa wydaje się oczywista, a jednak od wielu tygodni trwa wokół tego pomysłu, firmowanego przez premiera i minister edukacji Joannę Kluzik-Rostkowską, gorąca awantura.
Kancelaria Prezesa RM

Problem w tym, że żadna ze stron nie jest do końca szczera. Do ataku pierwsi ruszyli wydawcy. Słusznie argumentują, że to wielki cios w ich segment, że pracę stracić może kilka tysięcy osób, a dochody branży zostaną uszczuplone (Polska Izba Książki obliczyła ubytek rocznych przychodów wydawców na 350 mln zł). Nie dodają jednak, że branża jest mocno popsuta, że – by zdobyć klientów na swoją produkcję – przez całe lata posuwała się nagminnie do nieuczciwych chwytów, przekupstwa nauczycieli, pakietowania towaru w całe „zestawy edukacyjne”, słowem – żerowania na tym, że rodzic podręczniki kupić musi. Nie przyznaje też, że wydała kupę pieniędzy na zabiegi piarowe w celu kompromitowania rządowego pomysłu.

Przeciw jednolitemu podręcznikowi wystąpił ZNP. Słusznie argumentując, że wolność wyboru podręcznika miała zapewnić nauczycielom swobodę i kreatywność. Tyle że całościowe pakiety edukacyjne wielu nauczycieli zwolniły z jakiejkolwiek kreatywności i autorskości.

Rząd broni swej koncepcji argumentem oczywistym: rodzice wydadzą mniej pieniędzy. I podkreśla: jakiż problem zrobić to błyskawicznie?! Otóż jest problem: zamówiono elementarz w ministerialnym Instytucie Rozwoju Edukacji. Wybrano do napisania książki świetną autorkę, autorytet w nauczaniu początkowym – nie ma więc raczej obaw, że będzie to podręcznik głupi albo ideologicznie sprofilowany. Ale wprowadzono do prawa źle kojarzącą się zasadę, że to władza będzie ustalać, jaka książka obowiązuje wszystkie dzieci. Rząd chce dowieść determinacji i sprawności, odnieść ewidentny sukces. Trudno, oczywiście, by jakikolwiek polityk publicznie wyznał, że wybrał w tym celu drogę na skróty, potencjalnie niebezpieczne skróty.

Zamiast zjednoczyć siły, by podręczniki dla dzieci były tanie, mądre i wolne od niebezpieczeństwa „jedynie słusznej prawdy”, mamy w Polsce kolejny bezproduktywny spór. Lekcję (niewychowawczą) myślenia partykularnym interesem. Lekcję – jak by powiedziały pierwszaki – ściemy.         

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną