11 listopada czekają nas brunatne marsze. Skąd ta bezsilność władz?

Czyje ulice
Koncern IBM ostrzegł pracujących w jego wrocławskim biurze obcokrajowców, by 11 listopada, w święto polskiej niepodległości, nie pojawiali się raczej na ulicach w centrum miasta.
Marek Edelman powtarzał: „Złe rzeczy zaczynają się zawsze od drobiazgów. Najpierw są nienawistne napisy, potem bicie, a na końcu zabijanie”.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Marek Edelman powtarzał: „Złe rzeczy zaczynają się zawsze od drobiazgów. Najpierw są nienawistne napisy, potem bicie, a na końcu zabijanie”.

Jeśli się więc pojawią, będą narażeni na niebezpieczeństwo ze strony uczestników tzw. Marszu Patriotów. Najłatwiej byłoby skwitować ten apel słowami „przesada” czy „histeria”. Tyle że się nie da. Już się nie da.

Dowodem choćby niedawne demonstracje narodowej prawicy właśnie na ulicach Wrocławia – z wzywającymi do agresji transparentami i rasistowskimi okrzykami. Co gorsza, do zgromadzeń w podobnej stylistyce dochodzi także w innych miastach, i to coraz częściej.

Towarzyszy im zwykle kompletna bezradność lokalnych władz. Godzą się one na zawłaszczanie miejsc publicznych przez nacjonalistów – a to powołując się na szacunek dla wolności słowa i przekonań, a to sugerując, że ewentualny zakaz demonstracji czy też polecenie rozwiązania marszu, kiedy dochodzi do naruszenia prawa, mogłyby prowadzić do trudnych do opanowania zamieszek.

Rzecz w tym, że oba argumenty są chybione. Wolność przekonań nie obejmuje nawoływania do nienawiści z powodów choćby rasowych ani głoszenia faszyzujących haseł. Teza o konieczności uniknięcia większych rozrób świadczy najwyżej o bezsilności władz (wprost postawił ją zresztą ostatnio przedstawiciel wrocławskiego ratusza) i jedynie rozzuchwala brunatnych bandziorów.

Prawidłowość ta dotyczy zresztą nie tylko demonstracji. Za podobnie symboliczny przełom, a i złamanie dobrych obyczajów, można uznać zapraszanie do mediów przy okazji niedawnych kampanii wyborczych – publicznych i prywatnych, także tych uchodzących za poważne – osób pokroju Grzegorza Brauna czy Janusza Korwin-Mikkego. Zwłaszcza że dziennikarze zwykle nie potrafili sobie radzić z ich demagogią.

Gdy swego czasu o początki brunatnych ruchów w Niemczech i Polsce okresu międzywojennego pytałem Marka Edelmana, dowódcę powstania w getcie warszawskim, a potem obrońcę praw człowieka o międzynarodowym autorytecie, powtarzał: „Złe rzeczy zaczynają się zawsze od drobiazgów. Najpierw są nienawistne napisy, potem bicie, a na końcu zabijanie”. Dlatego już w wolnej Polsce domagał się delegalizacji trącących faszyzmem organizacji typu Młodzież Wszechpolska czy NOP, bronił grup i ludzi nękanych przez narodowców czy protestował przeciwko obsadzaniu funkcji publicznych ludźmi obnoszącymi się ze skrajnymi poglądami. Dmuchał na zimne, bo z doświadczenia wiedział, że w człowieku łatwo obudzić zło i agresję, a dużo trudniej – dobro.

Tymczasem polskie ulice coraz częściej robią się właśnie brunatne.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną