Cała prawda o 500 zł: Kto dostanie? Kto zapłaci?

Pięćsetka wyborcza
500 zł na dziecko od zaraz – to główne hasło zwycięskiej kampanii wyborczej PiS. Pierwsza z obietnic, która zderzy się z ziemią.
Hasło „500 zł na dziecko” padło na szczególnie wysuszoną glebę. Takiego kontraktu nikt wcześniej wyborcom nie zaproponował: głosujesz i masz konkretną kasę.
Polityka

Hasło „500 zł na dziecko” padło na szczególnie wysuszoną glebę. Takiego kontraktu nikt wcześniej wyborcom nie zaproponował: głosujesz i masz konkretną kasę.

Polacy już masowo polubili ideę 500 zł na dziecko. Chcą, by na dzieci dawać.
Chris Carroll/Getty Images

Polacy już masowo polubili ideę 500 zł na dziecko. Chcą, by na dzieci dawać.

Poseł Henryk Kowalczyk, autor projektu 500 zł na dziecko.
Robert Gardziński/Forum

Poseł Henryk Kowalczyk, autor projektu 500 zł na dziecko.

audio

AudioPolityka Violetta Krasnowska - Pięćsetka wyborcza

Jeżeli obietnica ma być zrealizowana zgodnie z zapowiedziami, musi zostać wpisana już teraz do budżetu na 2016 r. w rubryce „wydatki” i jakoś się odnaleźć w rubryce „dochody”. A chodzi o niebagatelną dodatkową sumę, według różnych szacunków, od 21,5 do 24 mld zł rocznie. To ok. 1 proc. PKB. Słowem – żarty się skończyły.

Do tej pory sprawa traktowana była hasłowo, jak na kampanię wyborczą przystało. Zaczęło się na spotkaniu wyborczym zorganizowanym na podwórku szkolnym w Józefowie pod Warszawą, z rozpoczynającym się właśnie rokiem szkolnym w tle. Beata Szydło mówiła wtedy, że wielu rodziców nie stać na wyposażenie dziecka do szkoły, że w tym celu coraz częściej muszą korzystać z chwilówek i to jest problem, na który ona ma rozwiązanie. I wyciągnęła przed siebie trzymany w dłoni plik kartek: projekt ustawy o pomocy w wychowywaniu dzieci Rodzina 500+. Co można tłumaczyć po prostu „500 zł dodać”. „To jest mój priorytet – mówiła, potrząsając kartkami. – Jeżeli Polacy mi zaufają, jeżeli będę miała przywilej tworzenia rządu, to jest pierwszy z projektów, który zrealizuję”.

Padły też konkretne daty, które całość uwiarygodniały. W artykule 30. zapisano w pierwszym punkcie, że „pierwszy okres, za który przysługuje świadczenie wychowawcze od dnia wejścia w życie ustawy, rozpoczyna się w dniu 1 stycznia 2016 r., a kończy się w dniu 31 października 2016 r.”. Punkt drugi głosił, że „wnioski składane są do dnia 31 sierpnia 2016 r.”, a trzeci, że „świadczenie wychowawcze przysługujące za styczeń, luty i marzec 2016 r. wypłaca się do dnia 30 kwietnia 2016 r.”. To na wypadek, gdyby organizacja wypłat się przeciągnęła. Artykuł następny, numer 31, już kompletnie usuwał niepokój o przyszłość wypłat, podając, że „ustawa budżetowa na rok 2016 uwzględnia kwotę dotacji oraz określi wielkość kosztów obsługi”.

Diabeł w detalu

Po wyborach zadeklarowano najpierw, komu szczegółowo państwo będzie płacić. A więc: 500 zł miesięcznie na drugie, trzecie (i każde następne) dziecko do 18. roku życia, a w rodzinach słabiej sytuowanych, z dochodem do 800 zł na osobę – 500 zł już nawet na pierwsze dziecko. Na dziecko niepełnosprawne przy dochodzie 1,2 tys. na osobę w rodzinie.

Pozostałe szczegóły, które upubliczniono, aż tak konkretne się nie okazały. Począwszy od tego: zgodnie z projektem, żeby ubiegać się o pieniądze, trzeba dostarczyć górę zaświadczeń o wysokości dochodów – od zaświadczeń o dochodzie podlegającym opodatkowaniu podatkiem dochodowym, wystawionych dla wszystkich członków rodziny przez naczelnika urzędu skarbowego; przez zaświadczenia dokumentujące wysokość ewentualnych innych dochodów; po oświadczenie o faktycznie uzyskanych przychodach zadeklarowanych w poprzednim roku podatkowym, przychodach osiąganych przez osoby podlegające przepisom ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym z tytułu umowy najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy lub innych umów o podobnym charakterze itp., itd. Generalnie – ogromne ilości papierów do zebrania w różnych instytucjach. Duże wyzwanie organizacyjne. I, co dziwne, nigdzie nie ma zapisu, że wymóg dostarczenia zaświadczeń dotyczy tylko tych, którzy starają się o pieniądze na pierwsze dziecko z tytułu niskich dochodów. Z projektu wynika, że takie zaświadczenia o dochodach mają składać wszyscy. To by była ogromna bariera, być może nawet eliminująca na wstępie bardzo wiele mniej obrotnych rodzin.

Poseł Henryk Kowalczyk, określany jako autor tego projektu, bagatelizuje sprawę. – To widocznie pomyłka, poprawimy, to nie było naszą intencją – tłumaczy. – W zamierzeniu składanie zaświadczeń o dochodach ma dotyczyć oczywiście tylko rodzin, w których o pomocy decyduje kryterium dochodowe. Ale zapisu nie ma, są już za to deklaracje o sztywnych terminach, którym podlegać będą rodzice starający się o dodatki. Kto się nie wyrobi, dodatku nie dostanie. Co może jednak obniżyć liczbę beneficjentów i całościowy koszt wprowadzenia ustawy.

Ale to nie koniec niejasności. Kolejną jest wiek dzieci uprawniający do otrzymania 500 zł. Zapisano jasno, że państwo płaci tylko na dzieci niepełnoletnie. Nie zapisano jednak, czy drugie bądź trzecie dziecko w rodzinie może mieć pełnoletnie rodzeństwo. Czy dodatek przysługuje rodzinom, które w starsze dzieci już zainwestowały, np. posłały je na studia i wciąż utrzymują, a w domu wychowują ostatnie – nieletnie. Czy zasiłek na dziecko młodsze przestanie być wypłacany, gdy starsze wyprawi 18. urodziny?

Ogromne są też wątpliwości dotyczące tego, które z rodziców może wystąpić o zasiłek. Stan rzeczy na dziś przewiduje, że jeśli oboje sprawują władzę rodzicielską (a tak jest w większości przypadków), to kto będzie pierwszy, ten lepszy. Jeśli zapisy nie zostaną dopracowane, może się okazać, że pięćsetka trafi nie do tej osoby, która faktycznie wychowuje, lecz do tej cwańszej.

Gdyby chcieć ustawę doprecyzować – mamy w polskim prawie zapis, że choć dziecko ma dwoje rodziców, nawet wychowujących naprzemiennie, to ma tylko jeden adres zamieszkania. To mógłby być jakiś punkt wyjścia. Tyle że wówczas może się okazać, że wyborcza pięćsetka skomplikuje i wydłuży sprawy rozwodowe: już nie tylko o dziecko będą się bić rodzice, lecz także o 500 zł.

Rozpytywany, rozpytywana

Jest też w ustawie zapis, że jeżeli w stosunku do osoby ubiegającej się o świadczenie wychowawcze „wystąpią wątpliwości dotyczące okoliczności uprawniających do uzyskania tego świadczenia”, organ właściwy, czyli gmina, może zlecić ośrodkowi pomocy społecznej przeprowadzenie wywiadu środowiskowego. Brak jest jednak określenia, o jakie wątpliwości chodzi i na podstawie czego powzięte. Czy o to, kto te pieniądze otrzyma? Czy też na przykład o to, jak pieniądze są wydawane?

Kolejny zapis ustawy głosi bowiem, że „w przypadku, gdy ośrodek pomocy społecznej lub inny organ publiczny przekazał organowi właściwemu informację, że osoba uprawniona marnotrawi wypłacane jej świadczenie lub wydatkuje je niezgodnie z przeznaczeniem, organ właściwy ogranicza lub wstrzymuje wypłatę należnego świadczenia wychowawczego w całości lub w części albo przekazuje należne tej osobie świadczenie wychowawcze w formie rzeczowej”. Na forach rodzicielskich wrze. Padają pytania: czy wyjazd na wczasy to marnotrawienie środków czy nie? Czy trzeba będzie się tłumaczyć, że szminkę kupiło się z pensji, a nie z tych 500 zł? A niezdrowe hamburgery? A zakup gry komputerowej? A czynsz?

I dalej: jak będzie wyglądała wspomniana kontrola? Czy jak w klasycznym wywiadzie środowiskowym będzie tylko oględnie – rozpytanie sąsiadów, wizyta w domu, sprawdzenie, w jakich warunkach żyje dziecko, czy ma warunki bytowe (jedzenie i posprzątany dom) oraz wsparcie? Czy też kontrole będą dokładniejsze? Np. związane z analizą wydatków? Jak będą przeprowadzane takie analizy?

I dalej, idąc tym tropem: co, jeśli kontrola wypadnie niepomyślnie? Czy pobrane już pieniądze trzeba będzie zwrócić np. drugiemu rodzicowi? Jaka będzie droga odwoławcza, w której rodzice mogliby jednak przedstawić swoje racje? Bo od decyzji administracyjnych taka nie przysługuje. Co zresztą jest jednym z największych problemów dotyczących ustawy o pomocy społecznej: dając pomocy społecznej prawo do egzekwowania odpowiedzialności obywatela, nie pozostawia mu nawet prawa do zabrania głosu we własnej obronie.

Sprawiedliwość społeczna

Wątpliwości wątpliwościami, ale Polacy już masowo polubili ideę 500 zł na dziecko. Chcą, by na dzieci dawać. Niektórzy ekonomiści, jak Stanisław Kluza, były minister finansów w rządzie PiS, w tym wypadku reprezentujący Stowarzyszenie Dużych Rodzin Trzy Plus, przekonywali, że to wreszcie jakiś przejaw sprawiedliwości społecznej. Bowiem ludzie, którzy decydują się na dzieci, wykonują w imieniu państwa ogromną inwestycję – a państwo w żaden sposób im się nie rewanżuje. Mniej pracują (bo przecież są obciążeni dziećmi), podejmują mniej ryzykowne decyzje zawodowe (często siedząc na śmieciówkach po 1,5 tys. zł, ledwo wiążąc koniec z końcem). I aby finalnie móc liczyć na niższą lub wręcz żadną emeryturę – bo matki, które wychowały sześcioro czy siedmioro, traktowane są przez państwo tak, jakby ani dnia nie przepracowały. Internauci wyliczali tymczasem na forach, ile konkretnie kosztują ich dzieci – i ile dodatkowo państwo zdziera z nich przy okazji. Począwszy od podręczników, które darmowe są od niedawna, i dla nielicznych, poprzez kredyty na mieszkania, których przecież od państwa nie dostali, a bez których nie porobiliby tych dzieci, po obłożenie podatkiem VAT wszystkiego, co dla dzieci kupują.

Grunt jest podatny, bo i polityka państwa względem rodzin z dziećmi była oszczędna. Poprzedni rząd, choć ograniczał odpłatność za przedszkola, wprowadzał darmowe podręczniki, ulgi podatkowe i tak dalej, nigdy nie zdecydował się na bezpośrednie wsparcie gotówkowe. Świadczenia rodzinne przysługują tylko, jeśli dochód miesięczny nie przekracza 539 zł na osobę (lub 623 zł, jeśli w rodzinie jest niepełnosprawne dziecko). I są skromne: 77 zł państwo płaciło na dziecko do piątego roku życia, 106 zł na dziecko od piątego do 18 roku życia i 115 zł na dziecko od 18. do ukończenia 24 lat. Jeżeli te kwoty w ostatnich latach rosły, to zaledwie symbolicznie. W sumie na zasiłki rodzinne ze Skarbu Państwa przeznaczaliśmy niecałe 3,5 mld zł.

Do tego dochodzą różne dodatki, także niewysokie. Z tytułu samotnego wychowywania dziecka oraz niskich dochodów – 170 zł miesięcznie (lub 250 na dziecko niepełnosprawne); z okazji rozpoczęcia roku szkolnego – jednorazowo 100 zł na dziecko; w przypadku podjęcia przez dziecko nauki poza miejscem zamieszkania – 50 zł miesięcznie, jeśli dziecko dojeżdża z domu do szkoły, i 90 zł, gdy mieszka tam, gdzie jest szkoła. A jeśli chodzi o pomoc finansową w wychowaniu dziecka w rodzinie wielodzietnej, to jest to 80 zł miesięcznie na trzecie i kolejne dziecko. Do tego jednorazowo 1 tys. zł becikowego, przysługującego tylko przy dochodzie do 1922 zł na osobę w rodzinie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną