Kraj

Karmin alizarynowy

Partia Razem o sobie i o swoim liderze

„Polakom brakuje po prostu prawdziwej lewicowej partii, która byłaby z nimi w zakładzie pracy, na ulicy i rozumiałaby ich realne problemy”. „Polakom brakuje po prostu prawdziwej lewicowej partii, która byłaby z nimi w zakładzie pracy, na ulicy i rozumiałaby ich realne problemy”. Krzysztof Żuczkowski / Forum
O Razem mówimy tylko razem. O Adrianie Zandbergu też tak będziemy mówić*.
Anka Adamczyk Anka Adamczyk
Szymon Kania Szymon Kania
Marcelina Zawisza Marcelina Zawisza

Wielki marsz w obronie demokracji w Warszawie? Jako partia nie byliśmy. Niektórzy się oburzyli, ale powód jest bardzo prosty. Wiarygodność. Skoro od dawna krytykujemy Platformę Obywatelską, że już wcześniej dopuszczała do łamania praw obywatelskich oraz konstytucji, to nie możemy teraz pod rękę maszerować razem z nią przeciwko PiS.

Nie znaczy to oczywiście, że nie widzimy zagrożenia w tym, co się teraz dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego. Wielu z nas wzięło udział w marszu jako osoby prywatne, a jako partia organizowaliśmy w kilkunastu miastach swoje demonstracje w tej sprawie. My chcemy polityki na innych zasadach – wiarygodnej, bez hipokryzji, blisko ludzi. Musi minąć trochę czasu, ale przyzwyczaimy wszystkich do tego.

Media przyzwyczaimy. Już przyzwyczajamy. Że jak chcą rozmawiać o partii, to nie tylko z Adrianem. Zresztą on i tak już przestał odbierać od dziennikarzy telefony. Media obsługuje Marta, nasza rzeczniczka prasowa – zgłasza zarządowi partii, że jest prośba o rozmowę, więc zarząd decyduje, kto pójdzie tym razem.

Od czasu wyborów chcą nam wykreować lidera i mówią, że to błąd, że go mieć nie chcemy. Albo inni mówią, że to tylko ściema, bo Adrian ma dyktatorskie zapędy i wszyscy po cichu zgadzają się z Adrianem. A prawda jest taka, że jak tylko Adrian w dyskusji użyje zbyt trudnego słowa, a taką ma tendencję, to go strofujemy. Ostatnio w oświadczeniu napisał „promulgacja”, więc od razu mu powiedzieliśmy: Adrian, jak ze słowem „promulgacja” chcesz dotrzeć do robotnika? I zmienił.

Więc krótko mówiąc, jeżeli komukolwiek liderowanie przyszłoby kiedyś do głowy, to go od razu całą partią pożremy. Całą partią, czyli Razem.

Nie spodziewaliśmy się w ogóle, że to wszystko tak szybko się potoczy. Że wystartujemy w wyborach, nie mówiąc o tak dobrym wyniku. 25 października ludzie podchodzili do nas na ulicy, mówili, że dzięki nam uwierzyli i po raz pierwszy od dawna idą na głosowanie. I nie byli to wcale tylko hipsterzy z Warszawy. To prawda, największe poparcie mieliśmy wśród młodych do 39. roku życia, ale były też gminy, np. na Podhalu, gdzie mówili, że przepadniemy, a dostaliśmy więcej głosów niż Zjednoczona Lewica. Adrian mówi, że świadczy to, iż stereotypowo nieprzychylne lewicy regiony są tak naprawdę nieprzychylne postkomunie. Ale najważniejsze jest to, iż Polakom brakuje po prostu prawdziwej lewicowej partii, która byłaby z nimi w zakładzie pracy, na ulicy i rozumiałaby ich realne problemy. Mogą o nas mówić, że jesteśmy za młodzi, odklejeni od rzeczywistości inteligenci, mieszczuchy – taką nam przykleili łatkę. Ale jak się dobrze przyjrzeć, to są wśród nas bardzo różne osoby.

Weźmy na przykład Marcelinę (26 lat) – to od niej rok temu wszystko się zaczęło, a właściwie od podłogi w jej wynajętym mieszkaniu. Do Warszawy przyjechała z katowickiego Nikiszowca, bardziej ze Śląska już chyba być nie można. Doświadczenie: od nawracającej od dzieciństwa choroby i długich obserwacji pracujących w szpitalu lekarzy i pielęgniarek; przez organizacje, jak Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie i Młodzi Socjaliści; pomaganie zwalnianym ze stołówek kucharkom w zakładaniu związków zawodowych; równoległą do studiów pracę na umowie o dzieło w agencji tymczasowej, która wynajęła ją sieci hipermarketów jako specjalistkę od liczenia mrożonek; aż po to styczniowe spotkanie w jej wynajętym mieszkaniu. Siedzieliśmy wtedy u niej w kilka osób i narzekaliśmy, że nie mamy na kogo w Polsce głosować. I tak zaczęliśmy na tej podłodze pisać pierwszą wersję programu partii i list do ruchów lewicowych, wzywający do zjednoczenia. Marcelina, Adrian i Maciej – to oni nas założyli.

Dziś ma to znaczenie o tyle, że zasiadają w zarządzie, ale oprócz nich jest tam też pięć innych osób. Wybieraliśmy ich wspólnie, w demokratycznym głosowaniu na założycielskim kongresie partii w maju. To właśnie wtedy ludzie się przekonali, że partia to jesteśmy my, a nie żaden Miller czy Palikot, którzy w swoich partiach chowali się za młodymi.

To było niewinne i niepozorne – tak nasze początki zapamiętali niektórzy. Dowiadywali się o nas np. przez internet. Jak Szymon z Bielska-Białej, który dziś z dumą nosi partyjną przypinkę. Przez tyle lat – mieszkając w nieuprzywilejowanej dzielnicy Białej, chodząc najpierw do rejonowej podstawówki, a potem do prywatnego liceum, kelnerując za piątkę na godzinę, rozładowując tiry, cały czas wierzył w sprawiedliwość społeczną i w końcu znalazł innych myślących podobnie, czyli nas.

Jakoś w marcu na forum internetowym wypatrzył go nasz człowiek z regionu – tak u nas jest, że województwa opiekują się mniejszymi lokalnymi grupami, które z czasem formalizują się w okręgi. Spotkali się w słoneczny poranek, nasz człowiek był w dresie, na luzie, co zrobiło dobre wrażenie na Szymonie. A jak się okazało, że Szymon mieszka na ulicy Towarzystwa Szkoły Ludowej, to było już pewne, że z nami zostanie. Ma 28 lat, z wykształcenia prawnik, z rodziny prawniczej (ale ojciec postanowił nie prostować mu drogi do zawodu), od sześciu lat zatrudniony w radcowskiej kancelarii, po godzinach udziela bezpłatnych porad prawnych, zasiada w 25-osobowej Radzie Krajowej, organie uchwałodawczym partii, oraz został wybrany na koordynatora okręgu Bielsko-Biała.

Okręgi, czyli struktury lokalne, to bardzo ważna dla nas sprawa. Po majowym kongresie założycielskim, gdy nasze kanały komunikacyjne zapchały się przez napływające z całej Polski zgłoszenia, i uwierzyliśmy, że na start w wyborach mamy jednak siłę, to ludzie z okręgów właśnie zbierali dla nas podpisy pod listami kandydatów na posłów. Co trzeba podkreślić, wszystkie listy były z pełnym suwakiem, czyli na przemian kobiety z mężczyznami. Niektórzy mówią, że się nie da. Chce się, to da się, nic trudnego.

Setki ludzi poświęciły swój czas i zdrowie – bo był to akurat okres najgorszych letnich upałów – na stanie na placach, deptakach i skwerach, pod Biedronkami, urzędami, na dożynkach, festynach i nawracanie ludzi na wiarę w to, że inna polityka jest możliwa. Niektórzy mdleli od udarów słonecznych, na Śląsku był przypadek dźgnięcia zbierającej długopisem – zakrwawione listy poszły do PKW, cóż zrobić, poświęcenie – a jeszcze inni narażali się na ostracyzm tłumu. Jak Anka, koordynatorka okręgu warszawskiego, 29-letnia doktorantka Instytutu Geofizyki PAN, która z listami wybrała się na rekonstrukcję Bitwy Warszawskiej, gdzie w tle okrzyków „Goń bolszewika!” zbierała podpisy na naszą lewicową partię.

Ale tak naprawdę najgorsi wcale nie byli ci, którzy nas opluwali i wyzywali od komuchów, a ludzie zobojętniali. Mówili np.: niech sobie pani da spokój, to nic nie da, niech pan się zajmie pracą, polityka to kanał. To, jak mówi Adrian, wpisuje się w liberalną opowieść o dwóch narodach – tym zaangażowanym i tym, któremu wszystko jedno. Na tym drugim narodzie nie zależy elitom. Ale my wiemy, że ci ludzie po prostu zawiedli się na dotychczasowej polityce i to my, budując oddolne działania, wśród nich i razem z nimi, musimy dopiero odbudować ich zaangażowanie. Jak ktoś wraca do domu po 72 godzinach dyżuru, jak ochroniarze, z którymi rozmawia Anka na swojej uczelni, to nie ma już siły być obywatelem. Ale to się zmieni.

Zbieranie podpisów mimo wielu przeszkód w końcu się jednak udało. W dużej mierze dzięki metodom statystycznym, które nasi informatycy, stanowiący znaczący procent wśród członków partii, zastosowali do wyliczania – w oparciu o podpiso-osobo-roboczo-godzinę – trendów w poszczególnych okręgach, na podstawie których decydowaliśmy, gdzie w danym momencie trzeba przerzucić ludzi.

Wciąż nie byliśmy jednak w stanie przebić się medialnie. Bo wtedy pojawiały się już pierwsze sondaże poparcia dla partii, wywiady w studiach telewizyjnych, gazetach, ale nas, nowo powstałych, mało kto zauważał, choć organizowaliśmy spotkania na poważne tematy – problemy pracowników na umowach śmieciowych, wyprowadzanie kapitału do rajów podatkowych. W dzień przed telewizyjną debatą liderów partii poparcie dla nas sięgało 2 proc. Adrian poszedł tam dlatego, że był jedynką w Warszawie.

I nagle wszyscy doznali objawienia. Choć przecież Adrian, jeden z naszych założycieli, ale przede wszystkim jeden z nas, nie mówił tak naprawdę niczego, czego byśmy wszyscy wcześniej nie mówili, tyle że wcześniej nikt nie słuchał. Komentatorzy zachwycili się 36-letnim historykiem i informatykiem, urodzonym w Danii, wychowanym w Polsce, wieloletnim działaczem młodzieżówki Unii Pracy, Młodych Socjalistów, autorem, razem z Jackiem Kuroniem, listu „Do przyjaciół alterglobalistów” w 2001 r. Czy też – jak niektórzy złośliwie komentowali – etatowym bębniarzem na manifestacjach lewicowych lub – jak komentował Leszek Miller – monotematycznym przeciętniakiem z uzasadnionym kompleksem na jego punkcie, który przekonująco mówił o naszych postulatach. Wprowadzeniu minimalnej płacy godzinowej: 15 zł dla umów o pracę i 20 zł dla pozostałych umów, 35-godzinnym tygodniu pracy, podatku 75 proc. dla zarabiających powyżej 500 tys. zł rocznie, prawie do zakładania związków zawodowych dla pracowników na umowach śmieciowych, obniżeniu wynagrodzeń dla posłów czy zakazie eksmisji na bruk.

Zaczęło się ogólnopolskie rozgrzebywanie przeszłości i teraźniejszości naszego kolegi Adriana. Że ma żonę, dwoje dzieci. Że jego matka to prawniczka, pracownica Kancelarii Senatu, a ojciec Piotr Zandberg związany był z biznesem. Że po powrocie do Polski żyli w mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, które potem Adrian dostał w spadku, a na dodatek uczył się w drogim, prywatnym liceum – co w takim razie z niego za lewicowiec? W dzieciństwie lubił oglądać relacje z posiedzeń sejmowych. Dogrzebały się też tabloidy do jego zdjęć z Barbarą Nowacką, z których wyczytywały romans, choć ani on, ani ona oficjalnie tego nie potwierdzali, mówili o sobie dobrze, ale powściągliwie. Zachwycały się jego brytyjskim akcentem, który zaprezentował na antenie radiowej, deklarując dla radiostacji zagranicznej, że przyjechał „by tube”, czyli metrem. Lub przeciwnie: naśmiewały się, że to już nie te czasy, żeby zachwycać się akcentem.

Czy byliśmy zazdrośni? Ujmiemy to tak: ten zachwyt nad człowiekiem niezaprogramowanym przez piarowców świadczy o słabości klasy politycznej w Polsce, ale tak naprawdę nie mieliśmy czasu się zastanawiać nad „efektem Zandberga”, kontemplować zwycięstwa. W tamtym czasie nasze role podzieliły się tak, że Adrian chodził po telewizjach, my decydowaliśmy o bieżących sprawach, a on się tylko zgadzał. Trzeba było wykorzystać chwilę, aby osiągnąć to, co osiągnęliśmy – 3,62 proc., pół miliona głosów w niecałe pół roku od powstania i co najważniejsze – 14 mln zł dotacji na działalność jako partia polityczna przez najbliższe cztery lata.

Więc teraz tym bardziej nie mamy czasu na triumfowanie, bo te pieniądze trzeba wydać z pożytkiem. Powołać w całej Polsce sieć centrów społecznych, w których dzieci miałyby bezpłatne korepetycje, dorośli punkt bezpłatnych porad prawnych, związki zawodowe miejsce na spotkania, bo w zakładach pracy nie zawsze są warunki. Albo – jak marzy Szymon, nasz działacz z Bielska-Białej – odbywałoby się tam wspólne czytanie konstytucji, a w skromnym wnętrzu wisiał portret Daszyńskiego.

Trzeba rozruszać społeczeństwo obywatelskie, które jakoś zanikło. Rozpocząć cykle edukacyjne, bo ludzie nie wiedzą, jak działa system podatkowy, jakie mają prawa jako pracownicy. A przecież społeczeństwo będzie tak silne, jak silne będą jego najsłabsze jednostki.

Tyle że ludzie muszą działać sami, my im pomożemy, ale to do nich należy inicjatywa. Jeden z przykładów takiego sukcesu to nasz partyjny okręg Konin-Koło-Turek, złożony w 100 proc. z prawdziwych ludzi pracy, górników, pocztowców, rolników. Ostatnio była u nich z wizytą nasza członkini zarządu Marcelina. Przygotowali dla niej stół prezydialny, żeby poprowadziła zebranie, na co ona powiedziała, żeby w 30 osób usiedli na krzesłach w kółeczku i wtedy od razu, jak ręką odjął, zeszło z nich powietrze. Skarżyli się, że w programie partii, jeśli chodzi o rolnictwo i problemy wsi, jest bida. Więc założyli grupę roboczą, w której dyskutują, co z tych kwestii powinno się znaleźć w programie. Dołączają do nich też członkowie z innych okręgów, bo wszystko odbywa się na specjalnie stworzonej platformie do komunikacji w internecie.

A oprócz tego udział w demonstracjach, ostatnio pod Polskim Busem i Biedronką, które utrudniają działalność związków zawodowych, w blokadach eksmisji; zawsze blisko ludzi. Łączymy pracę zawodową z pracą na rzecz partii, robimy to często wieczorami, w weekendy, po godzinach. Tylko Adrian zdecydował, że na dwa dni w tygodniu urywa się i poświęca pracy jako programista, właściciel prywatnej firmy, czasami też wykłada w Polsko-Japońskiej Szkole Technik Komputerowych – musi przecież z czegoś utrzymać rodzinę.

I tak powoli i razem przemalujemy Polskę na karmin alizarynowy. To nazwa barwy w logo naszej partii. Jak ktoś mówi, że to czerwony lub fiolet, od razu go poprawiamy.

***

* W imieniu partii Razem i jej 4422 członków, w tym 30 okręgów i 50 grup lokalnych, wypowiadali się razem Anka Adamczyk, Szymon Kania, Adrian Zandberg i Marcelina Zawisza.

Polityka 1/2.2016 (3041) z dnia 27.12.2015; Polityka; s. 35
Oryginalny tytuł tekstu: "Karmin alizarynowy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną