Chcesz krytykować PiS? Spróbuj go najpierw zrozumieć
Sporo było w ostatnich tygodniach retorycznej mobilizacji. Trochę za mało krytycznego namysłu i próby zrozumienia, co się właściwie wydarzyło i dlaczego się wydarzyło.
.
Mirosław Gryń/Polityka

.

Mamy dziś czas straszenia PiS i pokazywania jego rzekomej potęgi. Tymczasem ta formacja to raczej papierowy tygrys. Spójrzmy na spór o Trybunał albo (wkrótce) o media publiczne. PiS wydaje się, że właśnie czyści pole przed realizacją swoich socjalnych obietnic z kampanii wyborczej. Co z kolei ugruntuje jego władzę i da mandat do dalszej aktywnej przebudowy państwa.

Tymczasem faktycznie prawica robi coś dokładnie odwrotnego. Wzmacnia wszystkich neoliberalnych przeciwników aktywnej polityki, którzy będą teraz mogli dowodzić: „a nie mówiliśmy, że etatyzm tak się zawsze kończy?! Żadnego poszerzenia bazy więc nie będzie. A bez tego i żadnej głębokiej politycznej przebudowy.

Sporo było w ostatnich tygodniach retorycznej mobilizacji. Trochę za mało krytycznego namysłu i próby zrozumienia, co się właściwie wydarzyło. I – co jeszcze ważniejsze – dlaczego się wydarzyło. Dlaczego w praktyce w ciągu zaledwie kilku tygodni PiS wyrzucił do kosza cały dorobek miesięcy poprzedzających wybory prezydenckie (efekt sympatycznego Andrzeja Dudy) i parlamentarne (efekt merytorycznej i skoncentrowanej na gospodarce Beaty Szydło). Albo nawet pomniejsze efekciki związane z dość przemyślną konstrukcją rządu: Morawieckiego, Streżyńskiej czy Gowina.

Inne kluczowe pytanie brzmi: dlaczego PiS zaczęło akurat od zglanowania Trybunału Konstytucyjnego? A więc instytucji, która miała w ostatnich latach całkiem niezły dorobek orzeczniczy. Przypomnę choćby orzeczenie dopuszczające zatrudnionych na śmieciówkach do związków zawodowych. Albo zakwestionowanie bankowego tytułu egzekucyjnego.

To pytania, które stawiają sobie dziś już nie tyle zapiekli krytycy PiS (oni przynajmniej mogą powiedzieć z gorzką satysfakcją „a nie mówiliśmy!”). Ale również (coraz częściej) wielkie rzesze wyborców niezdecydowanych, którzy w wyborczym roku 2015 uznali, że przecież świat się nie zawali, jak PiS dojdzie do władzy. A nawet i w twardym elektoracie PiS zażenowanie złym stylem pierwszych miesięcy prawicy u władzy jest coraz większe.

Oczywiście można odpowiedzieć, że Jarosław Kaczyński oszalał. Albo realizuje cyniczny plan przejmowania władzy dla samej władzy. Podczas gdy reszta obozu rządowego to tylko bezwolne marionetki jego makiawelicznych ambicji. Ale takie odpowiedzi są pójściem na intelektualną łatwiznę. A co gorsza, ani o milimetr nie przybliżają nas do zrozumienia logiki kierującej ugrupowaniem rządzącym. A przecież chodzi nam o to, by rozumieć. Przynajmniej powinno.

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, „dlaczego” od kilku tygodni ze wzmożonym zainteresowaniem czytam prasę prawicową. Wiele jest tam bezsensownej fanfaronady i triumfalizmu spod najgorszego znaku TKM (był kiedyś taki skrót, tych, co go nie znają, odsyłam choćby do… Wikipedii). Ale są i rozważanie idące dokładnie tym tropem, którego poszukuje. Wśród nich szczególnie cennym źródłem informacji są na przykład analizy Piotra Semki w „Do Rzeczy”.

Publicystykę Semki można lubić albo nie (ja akurat lubię), ale nie sposób zarzucić jej brak mu dziennikarskiego krytycyzmu. I tego, że przy swoich oczywistych sympatiach politycznych (kto ich nie ma?) próbuje zrozumieć otaczającą go rzeczywistość. Odtwórzmy więc, jak Semka interpretuje wydarzenia ostatnich tygodni (choćby na podstawie najnowszego tekstu pt. „Wojna manewrowa”). Logika jest tu następująca. PiS chce autentycznie (a nie tylko fasadowo) rządzić. A rządzić znaczy zadzierać z różnymi możnymi grupami interesu. Z mediami, sędziami, Unią Europejską albo wielkim kapitałem. Zwolennicy takiego rządzenia wiedzą, że czasu mają zazwyczaj mało. W tyle głowy jest oczywiście trauma prawicy z czasów Olszewskiego czy lat 2005–2007.

I tu dochodzimy do meritum. Semka mówi tak: „Lider PiS zakłada, że jego elektorat w fazie walki o władze zrozumie. O jaką stawkę toczy się gra i wytrwa u jego boku. A gdy reformy socjalne wejdą w życie baza społeczna PiS się poszerzy. Można uznać taką taktykę za ryzykowną, ale nie można odmawiać PiS trafnej oceny szans i zagrożeń przed programem Dobrej zmiany”.

Jeżeli to wyjaśnienie działania PiS jest trafne, to jednocześnie pokazuje, jak głęboko prawica… błądzi. Za takim stawianiem sprawy kryje się bowiem głębokie niezrozumienie, że reformy socjalne (więcej redystrybucji) to zawsze NAJTRUDNIEJSZA część rządzenia. To nie smakowita wisienka na torcie, którą można sobie spałaszować po załatwieniu innych ważnych i trudnych reform. Odwrotnie. Zmiana modelu redystrybucji (na bardziej socjalny) jest dużo trudniejsza niż wojenki o TK, media publiczne czy służbę cywilną razem wzięte. Z tego prostego powodu, że ona nie jest rozgrywką przeciwko jednej grupie interesu. To wyzwanie rzucone wszystkim potężnym grupom… jednocześnie. Na przykład bogatych (co w kapitalizmie zawsze oznacza „potężnych”) do koncepcji wyższych podatków powszechnych. To dlatego w kraju kapitalistycznym i demokratycznym dużo łatwiej wskazać jedną czy dwie grupy „winne”, że jest źle, niż powiedzieć, że wszyscy musimy się bardziej sprawiedliwie podzielić tym, co wypracowujemy.

Takie przypadki oczywiście w historii były. Na przykład w Europie Zachodniej po drugiej wojnie światowej. Gdy najliczniejsza w każdym społeczeństwie klasa średnia (w tym elity opiniotwórcze) uznały, że dobrze jest się sprawiedliwie dzielić. Ale Polska w roku 2015 ma za sobą 25 lat neoliberalnej transformacji. I wmawiania klasie średniej, że każdy sobie rzepkę skrobie.

Jeżeli PiS liczy, że droga do tego celu to przejęcie Trybunału Konstytucyjnego czy mediów publicznych, to się po prostu myli. Bo raz, że ani TK, ani media publiczne nie były jakimiś szczególnymi bastionami neoliberalizmu (neoliberalnego myślenia jest w tych instytucjach pewnie tyle samo co we wszystkich innych). A dwa, że PiS zapomina o koszcie takiego posunięcia. I o tym, że swoim rozjechaniem Trybunału dało właśnie najlepszy prezent pod choinkę wszystkim przeciwnikom większej ingerencji państwa w gospodarkę. Ci mogą teraz stwierdzić: a nie mówiliśmy, jak to się skończy? Z zapowiadanego przez Semkę „poszerzenia bazy społecznej” dzięki reformom socjalnym zostanie więc figa z makiem.

Trudno też zgodzić się z finałową diagnozą Semki, że operacja „Trybunał” była przejawem szczególnie dużej determinacji i skuteczności PiS. Jest raczej odwrotnie. To był pokaz siły. A pokazy siły są zazwyczaj przejawem czegoś dokładnie odwrotnego niż skuteczność i pewność siebie. Idąc na tę wojnę, obóz prawicy pokazał, że nie bardzo wie, dokąd zmierza. I albo po drodze swój azymut odnajdzie (pytanie czy go kiedykolwiek miał), albo szybko wkroczy na ścieżkę równi pochyłej, po której kroczył już niejeden polski rząd minionego 25-lecia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną