2016: czas przełomu

Rok prawdy
Rok 2016 będzie przełomowy. Albo zwycięży wiara w potęgę PiS i pojawi się rezygnacja, oportunizm, uległość pod białą flagą. Albo rosnący opór społeczny zatrzyma ten rozpędzony walec i sprawi, że większość jednak postawi się mniejszości.
Kaczyński wie, że po wielu rzutach trafił w swoje zero i że taki rzut mu się już nie powtórzy.
Adam Lach/Newsweek Polska/Napo Images

Kaczyński wie, że po wielu rzutach trafił w swoje zero i że taki rzut mu się już nie powtórzy.

Demonstracje KOD wyraźnie poruszyły formację rządzącą i jej medialną drużynę, były dla nich przykrym zaskoczeniem.
Taida Tarabula/Forum

Demonstracje KOD wyraźnie poruszyły formację rządzącą i jej medialną drużynę, były dla nich przykrym zaskoczeniem.

PiS będzie dawał do zrozumienia, że występuje w żywotnym interesie całego narodu, a brak większości w społeczeństwie sztukował autorytetem władzy i jej formalnymi możliwościami.
Krystian Maj/Forum

PiS będzie dawał do zrozumienia, że występuje w żywotnym interesie całego narodu, a brak większości w społeczeństwie sztukował autorytetem władzy i jej formalnymi możliwościami.

audio

AudioPolityka Mariusz Janicki Wiesław Władyka - Rok prawdy

Mnóstwo ludzi zastanawia się dzisiaj, jak daleko posunie się w słowach i czynach Jarosław Kaczyński i w jaki sposób można mu się przeciwstawić. Odpowiedź jest prosta: posunie się tak daleko, jak tylko będzie mógł i żadne względy prawne czy estetyczne mu w tym nie przeszkodzą. Przynajmniej dopóki nie napotka siły, która pozostaje poza jego wpływem. Ale musi to być konkret, a nie najsurowsza choćby opinia (np. Unia zagrozi wstrzymaniem wypłat z funduszu spójności).

Opozycja zaś może zatrzymać Kaczyńskiego jedynie przez odebranie PiS większości w Sejmie. Klub rządzących liczy tylko 234 posłów (Jan Klawiter, startujący z listy PiS działacz Prawicy Rzeczypospolitej, został posłem niezrzeszonym). Wystarczy zatem, że kilku posłów PiS zmieni status i wielka maszyna „dobrej zmiany” zacznie trzeszczeć. Oczywiście jest jeszcze sprzyjające PiS ugrupowanie Pawła Kukiza, ale konieczność dogadywania się z Kukizem, czy jakąś rozłamową grupą „kukizowców”, w kwestii finezyjnych, wypieszczonych przez lata koncepcji ustrojowych, to z pewnością koszmarny sen Kaczyńskiego, pamiętającego użeranie się z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem. A niezwykle ostra gra, jaką Kaczyński rozpoczął, nie sprzyja naturalnemu znajdowaniu sojuszników. Jakby nagle pojawiło się ostrzeżenie, że świat nie skończy się w 2019 r., że potem przyzwoita twarz też się przyda.

Pisowski obóz, tak dotąd wydawałoby się pożądany, zaczął znów odstraszać. Może się okazać, że tak jak PiS było samotne w opozycji, także przy władzy może pozostać jako odrębny, niekompatybilny gatunek. „Dokupienie” posłów, na podobnej zasadzie jak wcześniej dokupiono elektorat za pomocą obietnicy 500 zł na dzieci, wciąż jest możliwe, ale mniej prawdopodobne niż jeszcze kilka tygodni temu.

Stan pełnowładzy 

„Wielka rewolucja” PiS wisi zatem na kilku głosach. Taki stan może być długo stabilny, ale bez gwarancji. Zaś partia Kaczyńskiego bez samodzielnej większości dramatycznie straciłaby na znaczeniu i pewności siebie, zaczęłaby się zupełnie nowa rozgrywka (już teraz niemożność zebrania przez PiS większości powoduje czasami przesuwanie głosowań i odwoływanie posiedzeń komisji). Opozycja po cichu liczy na inteligenckie sumienie Jarosława Gowina i jego konserwatystów, że przy tym politycznym hardkorze, z jakim mamy do czynienia, wicepremier w końcu pęknie i skuszony sukcesem Petru, zacznie budować własną prawicę (choć na razie nic na to specjalnie nie wskazuje). Jarosław Kaczyński musi zdawać sobie sprawę, że wszystko, wbrew świetlanym pozorom, jest wciąż dość niepewne, dlatego tak się spieszy z zajmowaniem kolejnych obszarów państwa. A do klubu PiS przyjął po cichu nawet Łukasza Zbonikowskiego, którego w czasie kampanii wyborczej PiS przestał popierać, z sugestiami, aby na niego nie głosować, bo nie można było go już usunąć z listy wyborczej partii. Fakt, że prezes w przypadku Zbonikowskiego odpuścił, jest znamienny. Teraz każda ręka w górze okazuje się bardzo ważna.

Prezes rządzącej partii wciąż dąży do stanu pełnowładzy. Chce ostatecznie zwalczyć tak zwany imposybilizm, który zatruwał mu życie podczas poprzedniej odsłony IV RP. Wszelkie instytucje, które mogłyby zakwestionować jakąkolwiek jego decyzję, mają być opanowane albo uciszone. Już w pierwszym wystąpieniu w Sejmie, po exposé Beaty Szydło, prezes Kaczyński powiedział, że trzeba przywrócić wagę faktom. Wtedy brzmiało to trochę tajemniczo, ale co miał na myśli, okazało się bardzo szybko przy okazji awantury wokół Trybunału Konstytucyjnego. Fakty dokonane mają wygrywać z zapisami prawa. (To specyficzna realizacja teorii cenionego w środowisku prawicy niemieckiego politologa Carla Schmitta).

Ta omnipotencja – poza tym, że sama w sobie jest dla Kaczyńskiego wyraźnie źródłem satysfakcji – ma służyć zbudowaniu autorytarnego, kontrolowanego, scentralizowanego państwa z jedną, tradycyjną, narodowo-katolicką doktryną. Władza ma być mentorem i strażnikiem społeczeństwa, pokazywać kierunek, a najbardziej opornych po ojcowsku upominać, dla ich dobra. Jeden z publicystów z kręgu „niepokornych” napisał ostatnio: „Jarosław Kaczyński nie po to czekał, aż trafi na ruletce zero, by zmiana w Polsce była pozorna lub niezauważalna. Historia III RP właśnie się kończy – histeria systemu tego nie zmieni”. Można odnieść wrażenie, że wszelki opór jeszcze powiększa determinację lidera PiS i jego przekonanie, że „zaostrza się walka klas”, a on sam jest kimś wyjątkowym, połączeniem Piłsudskiego z Dmowskim. Na razie wróciło „mroczne widmo” pamiętne z lat 2005–07.

Dlatego Kaczyński nigdy się otwarcie nie cofnie i za nic nie przeprosi. Jeśli wydaje się, że idzie już na jakiś kompromis, za chwilę okazuje się, że to był czas zastanowienia się nad kolejnym ruchem, a następne uderzenie jest jeszcze mocniejsze. Tam gdzie politycy innych ugrupowań (a nawet jego własnego) jeszcze mogliby się zawahać, poczuć coś w rodzaju zażenowania, niepewności, Kaczyński robi krok nad zwłokami (np. Trybunału czy służby cywilnej) i idzie dalej. Wszelkie hamletyzowanie, kompromisowość, a także reguły zwyczajowej przyzwoitości uznaje za niewybaczalne błędy, krańcową naiwność, wręcz zdradę ideałów. Liczy się tylko etyka misji – coś jest wystarczająco moralne, jeśli służy jej powodzeniu, reszta to histeria.

Kaczyński, jak daje do zrozumienia, zna prawdziwy, ukryty świat wpływów i interesów, wobec których jego działania są oczywiste i usprawiedliwione, tylko nie wszyscy to pojmują. Dlatego zawsze będzie niemiło zadziwiał publiczność, która mówi: no nie, tego przecież nie może zrobić, to wykluczone. Po czym Kaczyński to robi. Oto radykalizm w czystej postaci.

A jednak wielotysięczne, tydzień po tygodniu, demonstracje KOD wyraźnie poruszyły formację rządzącą i jej medialną drużynę, były dla nich przykrym zaskoczeniem. Dlatego PiS nagle znowu wysunął na front zapomnianą już Beatę Szydło, niejako wracając do kampanii wyborczej. Niemniej, nastąpił chyba nieoczekiwany koniec triumfalnego początku nowej władzy, co pokazują także sondaże, w których opozycyjne partie (Nowoczesna, PO, PSL i lewica) mają łącznie już znaczną i rosnącą przewagę nad ugrupowaniem rządzącym. Ledwie kilka tygodni po wyborach.

Od początku było jasne, że w październiku ponownie, jak dziesięć lat temu, mniejszość zdobyła parlamentarną większość, ale teraz widać to jak na dłoni w badaniach opinii. Stwierdzenia polityków PiS, że manifestanci KOD sprzeciwiają się „woli narodu”, brzmią o tyle niewiarygodnie, że jak pokazał niedawny sondaż, aż 40 proc. zapytanych solidaryzuje się z tymi manifestacjami, a tylko 25 proc. z hasłami PiS. Kaczyński wie, że po wielu rzutach trafił w swoje zero i że taki rzut mu się już nie powtórzy.

Zjawisko zauroczenia 

Do zwycięstwa wystarczyła chwila nieuwagi wyborców, na którą lider PiS tak długo czekał. Gdyby wszyscy ci, którzy już rozczarowali się PiS i prezydentem Dudą, nie zagłosowali na tę partię w październiku – to kluczowe 6–8 proc. luźnego elektoratu, które od lat decyduje o wynikach wyborów, dokładane raz do PO, raz do PiS – Kaczyński nie byłby przy władzy. Dzisiaj wszystkie tłumaczenia, że PiS udawał normalną partię, że Kaczyński się chował, że schował Macierewicza, Ziobrę i innych, że Andrzej Duda wydawał się miły, a Platforma była już nie do zniesienia, brzmią dramatycznie słabo. A jeszcze zewsząd było słychać, aby „już nie straszyć PiS”, bo „to już nie działa”.

Zjawisko zauroczenia, traktowanie tak specyficznej partii jak prawdziwego kontrahenta demokratycznej gry, warto stale analizować. Właśnie w taki sposób, na takiej fali, przy obniżonej czujności, autorytarne ugrupowania dochodzą do władzy. Potem nikt nie wie, jak to się mogło stać. Ale i dzisiaj, już po odkryciu kart przez Kaczyńskiego, nadal pewne środowiska polityczne, zwłaszcza nowa lewica, najbardziej rozczarowane są tym, że PiS nie rozdaje obiecanych pieniędzy, a nie jego ustrojowymi ekscesami. Można odnieść wrażenie, że młodzi socjaliści za obietnice 500 zł i tanich mieszkań byliby skłonni „opchnąć” choćby Trybunał Konstytucyjny.

Kiedy wcześniej padały wielokrotne ostrzeżenia (także na naszych łamach), że w ostatnich latach nic się w PiS nie zmieniło, a jeśli już to na gorsze, że Duda będzie tylko posłusznym wykonawcą poleceń prezesa Kaczyńskiego, że premier Szydło będzie mało istotną dekoracją, a władza spocznie w „centralnym ośrodku decyzyjnym” przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, część publiczności postanowiła w to demonstracyjnie nie uwierzyć.

Trudno znaleźć jakiekolwiek racjonalne przesłanki mogące przyświecać tym wyborcom centrum, którzy postanowili dać szansę PiS. Prezes Kaczyński ani jednym słowem nie zanegował i nie wycofał się ze swoich koncepcji IV RP sprzed dekady. Program PiS wisiał na stronie internetowej PiS, a tam było wszystko to, co się teraz dzieje i znacznie więcej. Przez wiele miesięcy był też tam dostępny projekt konstytucji PiS, schowany dopiero w ostatnim okresie kampanii wyborczej, co też powinno było dać do myślenia. Także niżej podpisani ostrzegali wielokrotnie i do znudzenia, że PiS chce podporządkować sobie Trybunał Konstytucyjny, media, prokuraturę, służbę cywilną, sądownictwo, służby specjalne, edukację, życie kulturalne, politykę historyczną, że chce naruszyć regułę rozdziału Kościoła od państwa, zlikwidować in vitro, zaostrzyć przepisy aborcyjne, zakwestionować pozycję Polski w Unii Europejskiej, zacząć od nowa sprawę smoleńską. Do tego dojdzie tzw. ustawa antyterrorystyczna, zapewne ograniczająca część swobód obywatelskich, być może oznaczająca też dogłębną inwigilację internetu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną