Kraj

Od W do B

Komitet Obrony Demokracji daje emocje

W strategii PiS nieodzowna jest figura wroga, a rosnący w siłę KOD stanowi twór prężniejszy niż słabe partie. W strategii PiS nieodzowna jest figura wroga, a rosnący w siłę KOD stanowi twór prężniejszy niż słabe partie. Mirosław Gryń / Polityka
„Słuchaj Narodzie, nadzieja jest w KOD-zie”, to hasło z ostatnich demonstracji pokazuje, że po stronie obywatelskiego społeczeństwa pojawiła się wolnościowa emocja, jakiej nie było od lat. Potrzebna w walce z autorytarną władzą, która rozbudza własne emocje.
KOD to nie tylko tłumne marsze. To również coraz gęstsze struktury lokalne, działalność edukacyjna, wydawnicza, formacyjna.Mirosław Gryń/Polityka KOD to nie tylko tłumne marsze. To również coraz gęstsze struktury lokalne, działalność edukacyjna, wydawnicza, formacyjna.
Tomasz WołekWojciech Stróżyk/Reporter Tomasz Wołek

Artykuł w wersji audio

Sławomir Sierakowski, twórca i szef „Krytyki Politycznej”, wyznał niedawno, że udział w masowych manifestacjach KOD niezwykle go pobudził. Nigdy wcześniej tyle nie pisał i w ogóle nie żył tak intensywnie. Mówi o tym wszystkim z pasją i wielkim przejęciem. Słucham jego wynurzeń z sympatią i zrozumieniem. Sierakowski, mimo niewątpliwych dokonań i okazałego dorobku, wciąż jest człowiekiem młodym. Rocznik 1979, w pamiętnym Czerwcu 1989 r. miał ledwie 10 lat. Biograficznie nie mógł się nawet załapać na tzw. późny NZS (Niezależne Zrzeszenie Studentów) i walkę ze schyłkowym, dogorywającym komunizmem. Całe jego dojrzałe, świadome życie, jak i życie jego pokolenia, toczy się w Polsce odrodzonej. Wolnej i suwerennej.

W demonstracjach KOD uczestniczą wszystkie możliwe pokolenia. Na twarzach tych starszych nierzadko maluje się wzruszenie i sentyment: jakby przeżywali drugą młodość, odnajdując smak niegdysiejszych uniesień i tamtą niezapomnianą atmosferę, nieodparcie kojarzącą się z Sierpniem 1980 r., a już przynajmniej przełomowym Czerwcem 1989 r. Ci młodsi – których stopniowo przybywa – odkrywają emocje wcześniej im nieznane.

„Zrodzony w niewoli, okuty w powiciu, ja jedną taką wiosnę miałem w życiu” – ta Mickiewiczowska fraza przemknęła mi przez myśl, kiedy obserwowałem entuzjazm maszerujących. Oczywiście sam Mickiewicz miał na myśli 1812 r., który rozbudził nadzieje na wskrzeszenie Polski niepodległej. Wiemy, iż nadzieje te okazały się płonne, podobnie jak nie spełniły się marzenia kolejnych powstańczych pokoleń lat 1830 i 1863. Owe „wiosny”, choć przypadały na różne pory roku, nieodmiennie kończyły się mroźnymi zimami, klęską, represjami i niewolą.

„Jedna taka wiosna”

Również nasza historia współczesna układała się cyklicznie według powtarzalnego schematu. Kolejne generacje doświadczały własnej „jednej takiej wiosny”, poruszającego zbiorowego przeżycia, które odciskało się na każdym pokoleniu, formując jego oryginalną tożsamość i przesądzając o zasadniczych, także ideowych oraz politycznych, wyborach i postawach. I zawsze były to wydarzenia o sile wstrząsu; niczym uderzenie pioruna, które żłobi trwały ślad w sercach i umysłach. Wojna i powstanie warszawskie stworzyły pokolenie Kolumbów, czyli tak srodze doświadczoną generację AK. Potem mieliśmy pokolenie odwilży październikowej 1956 r., później pokolenie Marca 1968 r., z którego wywodził się trzon opozycji demokratycznej lat 70., wreszcie wielomilionowe pokolenie Solidarności.

Ten Sierpień 1980 r.! Miałem szczęście i honor być uczestnikiem tamtego strajku w Stoczni Gdańskiej. Nigdy wcześniej ani potem nie żyłem tak intensywnie, radośnie, w stanie nieomal ekstazy. Serce wprost rozpierało uczucie dumy i szczęścia. Przed sierpniową opozycja to była garstka, kilkaset osób, z sympatykami i zapleczem raptem dwa, trzy tysiące. I oto na naszych oczach owa garstka rosła i potężniała w tempie geometrycznym, ogarniając dziesiątki i setki tysięcy, a wreszcie miliony ludzi. Jakby żebrak Marka Twaina w okamgnieniu stawał się księciem. Toteż wiem dobrze, że dla człowieka (któremu, ma się rozumieć, sprawy publiczne i los kraju nie są obojętne) nie ma, nie może być większej satysfakcji niż spokojna pewność, że stoi się po właściwej stronie, że broni się wartości bezsprzecznych, fundamentalnych. Doświadcza się wtedy uczuć porównywalnych z doznaniem szczęścia w życiu prywatnym, rodzinnym, intymnym.

Starsi demonstranci KOD siłę tych uczuć dobrze pamiętają, bo takich rzeczy się nie zapomina. Młodzi, nie kryjąc zdziwienia, dopiero teraz dowiadują się, że nic nie jest dane raz na zawsze. Rodzili się i dorastali w kraju demokratycznym, wolność chłonąc jak powietrze, którym się po prostu oddycha. Aż tu okazało się, iż niewzruszone, zdawało się, wartości mogą zostać zagrożone, a nawet odebrane. Dotarło do nich, że Trybunał Konstytucyjny to nie abstrakcja, tylko coś niezmiernie ważnego, co także ich życia, praw i swobód bezpośrednio, konkretnie dotyczy. I młodzi, dołączając do starszych, wylegli na ulice.

Walka w słusznej sprawie

Wcześniej, niemal przez całe ćwierćwiecze III RP, powodów do takiego emocjonalnego wzmożenia prawie nie było. Polska rozwijała się w rytmie dosyć miarowym, a paroksyzmy wczesnych lat 90. (wyborcza szarża Tymińskiego, lista Macierewicza, marsze z paleniem kukły Wałęsy etc.) miały charakter epizodyczny. Główne, strategiczne cele narodowe – wejście do NATO i UE – zostały osiągnięte. Do Polski popłynęła rzeka pieniędzy na modernizację kraju, który z każdym rokiem istotnie zmieniał się nie do poznania. Korzystały z tego miliony obywateli.

Wszelako wielu było takich, których owe przemiany nie objęły, ale też i tych, którzy mieli subiektywne poczucie drugorzędności, względnie nawet odrzucenia. Nie odnajdując się we wspólnocie Polski bezpieczeństwa i sukcesu – albo chociaż stabilizacji – szukali wspólnoty innego rodzaju. I znaleźli ją: jedni w zamkniętym, często obskuranckim Kościele, inni w klubach „Gazety Polskiej”, klubach Ronina, marszach narodowców, grupach kiboli, formacjach paramilitarnych, wokół PiS i Radia Maryja. Zaś po 2010 r. wszystkie te nurty zlały się w rozedrganą, pulsującą „wspólnotę smoleńską”.

Choć niejedna z tych inicjatyw mogła wypływać ze źródeł czystych – autentyczny patriotyzm, głęboka wiara, szacunek dla tradycji, szczera żałoba po ofiarach Smoleńska – to wnet okazało się, iż podglebie tych uczuć było zatrute. Emocje owe rychło stawały się negatywne, wyrastały bowiem na chorobliwej nieufności i niechęci do obcych, innych. Pojawił się nieodłączny w tym schemacie stereotyp wroga. Agenta, farbowanego lisa, nieprzyjaciela PiS, Kościoła, Narodu, patriotyzmu, polskości. Ten fatalny szlak już wcześniej przetarły rozmaite „listy Macierewicza”, mity „nocnych zmian”, „listy Wildsteina”, polowania na Wałęsę, „resortowe dzieci” itd.

Dobre, pozytywne emocje w gruncie rzeczy wypełniały prawie całe ćwierćwiecze III RP. Lecz kolejne ekipy rządzące (SLD, PSL, AWS, PO) ich nie stymulowały, bo nie widziały potrzeby. Chwalić się nie wypadało. Przecież sprawy, niekiedy utykając, tracąc tempo, w sumie szły w dobrym kierunku. Donald Tusk sławił zalety „ciepłej wody w kranie”. Tyle że ten chwalebnie trafny minimalizm był organicznie niezdolny, aby wywołać uczucia żywsze, a cóż dopiero wzbudzić entuzjazm. Właściwie tylko prezydent Bronisław Komorowski rozumiał potrzebę wywoływania zbiorowych, pozytywnych emocji ze szczyptą patosu. Próby nadania odpowiedniej rangi obchodom 4 Czerwca oraz pochody 11 Listopada, honorujące różne drogi do wolności (od Daszyńskiego do Dmowskiego) były konceptem słusznym, niestety, przyszły późno i nie otrzymały należytego wsparcia. A bulgocący bogoojczyźnianym frazesem PiS totalnie je bojkotował.

Czy jednak dobre emocje mogą wyrastać na podłożu negatywnym, na gruncie sprzeciwu, odmowy, niezgody? Ależ tak, wówczas kiedy biorą w obronę wartości, jakie władza otwarcie kwestionuje. Jeśli sprzeciw, to wobec aktów naginania, a nawet jawnego łamania prawa. Jeśli odmowa, to odmowa bierności w obliczu zła. Jeśli niezgoda, to na dewastowanie demokracji. I tak dalej, i tak dalej. To walka w jednoznacznie słusznej sprawie.

I właśnie KOD Jarosław Kaczyński najbardziej się obawia. O wiele bardziej niźli opozycji parlamentarnej, partii politycznych. Nie tylko dlatego, że ruchu o takich rozmiarach i dynamice zupełnie się nie spodziewał. PO i PSL liżą rany po przegranych wyborach i dopiero próbują się pozbierać, zaś Nowoczesna jeszcze nie okrzepła. W strategii PiS nieodzowna jest figura wroga, a rosnący w siłę KOD stanowi twór prężniejszy niż słabe partie. Toteż awansował na wroga numer jeden.

„Słuchaj Narodzie, cała nadzieja jest w KOD-zie”

Dotychczas to Kaczyński sam typował i wyznaczał wrogów: PO z Tuskiem na czele, wykształciuchy, lemingi, banksterzy, korporacje, lekarze, biznesmeni, prawnicy, profesura, Trybunał Konstytucyjny. I to on wybierał moment kolejnego ataku. Tymczasem KOD go uprzedził i zaskoczył zarówno zasięgiem, jak i determinacją. Gdyż KOD to pełen przekrój społeczny! Wszelkie pokolenia, stany, grupy, profesje. To masowy, powszechny ruch obywatelski i społeczny. Tym groźniejszy, że całkowicie dobrowolny i spontaniczny.

Poza tym KOD to nie tylko tłumne marsze. To również coraz gęstsze struktury lokalne, działalność edukacyjna, wydawnicza, formacyjna. KOD wymyka się schematom, w jakie Kaczyński dotąd wtłaczał swoich oponentów. Stąd bezsilna wściekłość i potoki absurdalnych epitetów, od komunistów po futrzarzy. Ale też nieskrywane groźby (żałośnie nieudolne: „przecież nie strzelamy do demonstrantów” Beaty Kempy) czy kompromitujące przemilczenia w „narodowej” telewizji.

„Słuchaj Narodzie, cała nadzieja jest w KOD-zie”, nucono przy wtórze bębnów na placu Zwycięstwa. No, może nie cała, ale wielka. Pokojowe zgromadzenia KOD poza wszystkim dają bezcenne poczucie wspólnoty, generują dobre emocje i krzepiące energie, gdzie patos sprzymierza się z humorem, powaga z lekkością, troska z kpiną, wzniosłość z pragmatycznym realizmem. Gdzie wśród ludzi wcześniej sobie nieznanych rodzą się ciekawe znajomości i sympatie.

Karol Modzelewski, człowiek lewicy (która, gdyby była na jego miarę, mogłaby być dumą Polski), z melancholią powiada, że z historycznej triady „wolność, równość i braterstwo” po 1989 r. udała się tylko wolność. Cóż, pełna równość jest chyba nieosiągalna. Uczestniczę w tych manifestacjach. I mam dla Ciebie, drogi Karolu, przynajmniej tę dobrą wiadomość: to się niekiedy naprawdę zdarza. Tak, widziałem – i mam nadzieję, że jeszcze zobaczę – braterstwo w Warszawie!

***

Tomasz Wołek, (ur. 1947 r.) – publicysta polityczny, komentator sportowy, w czasach PRL opozycjonista. Ukończył historię na Uniwersytecie Gdańskim. Był redaktorem naczelnym „Życia Warszawy” (1993–95) i „Życia” 1996–2001 oraz 2004–05). W 2011 r. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Laureat Nagrody Kisiela (1997 r.).

Polityka 16.2016 (3055) z dnia 12.04.2016; Polityka; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Od W do B"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną