Danuta Hübner o tym, po co nam dziś Europa

Ze Wschodu mróz z Południa burza
Danuta Hübner, eurodeputowana PO, pierwsza polska komisarz w Komisji Europejskiej, o tym, że Unia ma się całkiem dobrze, ale Polska w niej już nie.
„U nas ciągle, zwłaszcza gdy taka jest potrzeba polityczna, próbuje się postrzegać Unię jako coś zewnętrznego i stosuje taki przekaz: niech oni się najpierw uporządkują, a potem my się do tego ustosunkujemy”.
Grzegorz Klatka/Forum

„U nas ciągle, zwłaszcza gdy taka jest potrzeba polityczna, próbuje się postrzegać Unię jako coś zewnętrznego i stosuje taki przekaz: niech oni się najpierw uporządkują, a potem my się do tego ustosunkujemy”.

„Małżeństwo jest nie tylko na dobre momenty i tak samo jest z Unią”.
Rafał Latoszek/Fotonova

„Małżeństwo jest nie tylko na dobre momenty i tak samo jest z Unią”.

Janina Paradowska: – Była pani pierwszym polskim komisarzem w Komisji Europejskiej. Pamięta pani pierwszy dzień w pracy?
Danuta Hübner: – Pamiętam, i to z dość, być może, osobliwego powodu. Otóż coś wtedy postanowiłam, a członkini mojego gabinetu, Portugalka, powiedziała: ależ pani komisarz, u nas takich rzeczy nigdy się nie robi. Ja jej wówczas odpowiedziałam: od teraz będziemy tak robić. Zapewne chodziło o drobiazg i rzecz nie w decyzji, ale w tym, że po latach negocjacji mieliśmy przekonanie, że już jesteśmy u siebie. Dla nas powrót do Europy był spełnieniem wielkiego marzenia. A zmagaliśmy się z wieloma stereotypami, z niedobrymi opiniami o Polsce, w której też przecież trwała ożywiona, często bardzo demagogiczna dyskusja o Unii.

Z drugiej strony musimy pamiętać, że nie wszyscy w Unii marzyli o tym wielkim rozszerzeniu. To było przedsięwzięcie pilotowane, nawet wymuszane, przez Niemców. W trakcie negocjacji nasi partnerzy byli Polską zmęczeni; tą naszą wewnętrzną wojną, opóźnieniami w zamykaniu kolejnych rozdziałów negocjacyjnych.

Było zresztą ryzyko, że w ogóle wypadniemy z pierwszej transzy rozszerzenia. Postulowali to na przykład Węgrzy.
Nasi węgierscy koledzy mieli i takie pomysły. Ale mieliśmy trochę szczęścia. Wchodziliśmy w dobrym czasie dla Unii Europejskiej. Wszystkie główne problemy wydawały się załatwione: ustanowiono wspólną walutę, dla której pierwsze lata były pomyślne, sprawnie działała strefa Schengen. W dodatku okazało się, że nowe kraje zupełnie dobrze przygotowały się do rozszerzenia.

Pani zamykała ostatnie rozdziały negocjacji. Czy te kwestie, które dziś są przedmiotem otwartego już sporu z UE, jak choćby pozycja Trybunału Konstytucyjnego, czy takie, które zapewne staną się nimi, czyli służba cywilna, były podczas negocjacji jakoś szczególnie ważne?
To był punkt wyjścia. Kryteria z Kopenhagi z 1993 r. mówią nie tylko o tym, że do członkostwa trzeba być przygotowanym w sensie gospodarczym, ale przede wszystkim instytucjonalnym, z gwarancją, że bardzo precyzyjnie opisane w art. 2 wartości europejskie będą przestrzegane. Naszą mocną stroną była już wtedy pozycja Trybunału Konstytucyjnego, zmagaliśmy się ze służbą cywilną, z pluralizmem mediów, ochroną mniejszości, trybem przyjmowania uchodźców. Akceptacja unijnych standardów w tych obszarach była zasadniczym warunkiem naszego wejścia do UE.

Stąd teraz tak głębokie rozczarowanie i zaniepokojenie tym, co dzieje się w Polsce. Dziś w Unii sporo jest radykalnych ugrupowań, ale one wciąż są marginesem. Jeśli jednak państwo, i to duże, znaczące, które w ostatnich latach wyrobiło sobie znakomitą opinię, zaczyna kwestionować wartości europejskie, podcinać demokrację i instytucje będące jej gwarantami, to sprawa wygląda poważnie. Taka polityka państwa zaczyna zagrażać całości Unii, i to widać i słychać w Parlamencie Europejskim, w sferach politycznych, w wielu kręgach społecznych.

Rząd polski mówi: niech się Unia nie zajmuje Polską, ma tyle własnych problemów.
Problemów rzeczywiście jest dużo, ale to są nasze wspólne problemy. U nas ciągle, zwłaszcza gdy taka jest potrzeba polityczna, próbuje się postrzegać Unię jako coś zewnętrznego i stosuje taki przekaz: niech oni się najpierw uporządkują, a potem my się do tego ustosunkujemy. To samo przecież dotyczy przystąpienia do strefy euro, do unii bankowej i wielu innych kwestii. I ten sposób myślenia jest wielkim zaskoczeniem dla tych, którzy obserwują Polskę i nie pojmują tej „osobności”. Przecież jeśli Unia nie rozwiąże problemów, jakie ma, to wszyscy stracą. Zasadą działania Unii jest solidarność; może nie jest ona na miarę marzeń, ale jest zasadą. Demonstrowanie pogardy dla zasad jest zaś kompletnie niezrozumiałe.

Pamiętam wiele rozmów z politykami różnych krajów o tym, że w każdej organizacji, także takiej jak Unia, musi być przywództwo, grupa polityków, która narzuca tempo. Oni liczyli, że Polacy będą właśnie w tej grupie i to się udawało. Teraz jesteśmy gdzieś na końcu, wśród tych, na których nie można liczyć, a jest ryzyko, że będą szkodzić. Cóż, dziś u władzy są politycy, którzy nie czują się współwłaścicielami procesu integracji, który myśmy przepracowali. Nie wiedzą, jaki to był wysiłek, zwłaszcza tu, w kraju, żeby się dostosować do unijnych reguł.

Tymczasem pojawił się pomysł referendum w sprawie wystąpienia z Unii. Powołano też komisję w Sejmie, która policzy straty, jakie Polska poniosła w wyniku rozszerzenia.
Takie pomysły mogą przychodzić do głowy tylko komuś, kto nie ma zielonego pojęcia, jak funkcjonuje Unia, na czym polega nasza w niej obecność i jak bardzo ważne jest, żebyśmy dzisiaj, w świecie rzeczywiście coraz groźniejszym, byli w środku dużej organizacji. Gdyby Unia się rozpadła, stalibyśmy się państwem bez znaczenia w świecie, i to nie tylko my. Wszyscy, łącznie z Niemcami, samodzielnie jesteśmy tylko niedużym fragmentem bardzo wielkiej, na różne sposoby integrującej się całości. Oczywiście niektórzy, na przykład Niemcy, lepiej sobie poradzą, inni gorzej, ale stracą wszyscy. Wielkim oszustwem wobec ludzi jest mówienie, że jeśli nie będzie Unii lub będzie ona jakąś luźną gospodarczą wspólnotą, to staniemy się bardziej suwerenni, będzie nam lepiej. Będzie gorzej pod każdym względem: poziomu życia, szans rozwojowych, bezpieczeństwa. To jest tak oczywiste, że trudno nawet z takimi głupstwami polemizować.

Unia nie jest jednak w dobrej kondycji i to dodatkowo napędza ten sposób myślenia.
Małżeństwo jest nie tylko na dobre momenty i tak samo jest z Unią. Rzeczywiście, w ostatnich latach, kiedy myśleliśmy więcej o wyzwaniach globalnych, o kształtowaniu i doskonaleniu polityki europejskiej, uderzyły w nas kryzysy. Różne. Wewnętrzne, polegające na tym, że nie skończono budowania strefy euro i trzeba było w niesprzyjających warunkach wprowadzać zmiany. I kryzysy w świecie zewnętrznym. Przytrafił się nam więc czas trudny. Ale całe moje doświadczenie unijne mówi mi, że nigdy nie było takiej mobilizacji na rzecz reform jak właśnie teraz.

Trudno jakoś w to uwierzyć.
Jeśli spojrzymy, jak w tych ostatnich latach przebudowano całą strefę euro, ze wszystkimi mechanizmami zabezpieczającymi, jak systematycznie porządkowany jest rynek finansowy, to nie da się powiedzieć, że nie było woli reform. Te sfery funkcjonują dziś w zupełnie nowych ramach prawnych, bo gdy tworzono strefę euro, brakowało wyobraźni, że taki kryzys może się przydarzyć, że może dojść do takiego przypadku jak grecki, kiedy to fatalna polityka wewnętrzna doprowadziła praktycznie do bankructwa państwa. Nie chcę mówić, że wszystko już zrobiono, prawdą też jest, że w organizacji liczącej tyle państw ten proces bywa czasem zbyt długi. W sferze ekonomicznej dzieje się jednak bardzo wiele, pracujemy obecnie nad ostatnimi elementami unii bankowej, stopniowo powstaje unia fiskalna. I dzisiaj przesądzone jest pogłębienie współpracy w strefie euro, a naszym wyborem jest, czy wchodzimy, czy pozostajemy na peryferiach.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną