Prezydenta rok pierwszy. W żadnej sprawie Andrzej Duda nie pokazał choćby szczypty własnej woli
Mija rok od zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy. Czy jest prezydentem na miarę tego, co zapowiadał i obiecywał?
Adam Chełstowski/Forum

Usłużni publicyści podsumowują pierwszy rok prezydentury Andrzeja Dudy i nie szczędzą pochwał, jak to ten mąż stanu dojrzewa, jak się szybko uczy, jak jest odpowiedzialny i w ogóle. Rzecz w tym, że przy takim bilansie chyba trzeba zacząć od kwestii ogólnych, tych najbardziej zasadniczych, sprowadzających się do pytania, czy Andrzej Duda rzeczywiście jest prezydentem na miarę tego, co zapowiadał i obiecywał, czy rzeczywiście pokazał kaliber męża stanu. Notabene określenie to prezydentowi przysługuje niejako z urzędu, z konstytucyjnych prerogatyw. Gdy jednak odejdziemy od urzędowych etykiet, to miano męża stanu staje się niejako uznaniowe, trzeba sobie na nie po prostu zasłużyć.

Takich zasług Andrzej Duda nie ma, jest gorzej, ma coraz mniej szans, by o nich choćby pomarzyć. Nic tu nowego nie trzeba mówić, wszystko jest jasne od dawna.

Prezydent prowadzi antydemokratyczną, partyjną politykę Prawa i Sprawiedliwości, ściślej mówiąc: politykę Jarosława Kaczyńskiego. Po kilku próbach pokazania jakiejś własnej odrębności, i to na poziomie wyłącznie słów, został potraktowany przez prezesa z Nowogrodzkiej ostentacyjnie, lekceważąco, co dało taki żenujący efekt, że wszyscy mogli zobaczyć, jak deklarowana niezłomność Andrzeja Dudy sypie się w proch.

Jeszcze do tego bierze aktywny udział w spektaklu, który jak gdyby jest tak celowo reżyserowany, by nie tylko brutalnie, na siłę załatwiać sprawy polityczne, wbrew protestom opozycji i opinii publicznej, ale też uczynić to ostentacyjnie, z niejaką pogardą dla przeciwników i dla kultury politycznej. Nocne zaprzysięganie protegowanych sędziów, podpisywanie ustaw w tempie szalonym, gdy trzeba, i niepodpisywanie innych, gdy też trzeba.

Te szczegóły, te gesty, te fakty i fakciki układają się we wzór przygnębiający, na pewno odbierający prezydentowi autorytet i powagę. W żadnej sprawie Andrzej Duda nie pokazał choćby szczypty własnej woli, jakiegoś smaku, co było choćby widać wokół konfliktu o treść apelu poległych między ministrem Macierewiczem a powstańcami warszawskimi.

Ale za to Andrzej Duda lubi przemawiać, lubi celebrować, lubi uczestniczyć, a już zwłaszcza wtedy, gdy może pokazać swoją silną wiarę i swoje oddanie Kościołowi. W takich i innych ceremoniałach towarzyszy prezydentowi czasami żona, która ogranicza swoją aktywność do noszenia strojów i do uśmiechów. W ogóle rok miniony tej prezydentury powinien być oceniany szerzej, właśnie włącznie z panią małżonką, z najbliższym otoczeniem i współpracownikami, którzy – co tu dużo mówić – nie zostali dobrani szczęśliwie.

Tak oto bilans tej prezydentury jest fatalny, tak rzeczowo sprawy oceniając, ale też zwyczajnie zawstydzający. Gdy Andrzej Duda słuchał krytycznych słów prezydenta Obamy o stanie polskiej demokracji, miał minę nietęgą. Miliony widzów oglądały to z zażenowaniem i ten wstyd stał się jakimś symbolem pierwszego roku tej prezydentury.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną