Kraj

Potrzeba komisji ds. reprywatyzacji z bezstronnym szefem. Mam pewnego kandydata

Potrzeba komisji ds. reprywatyzacji z bezstronnym szefem. Mam pewnego kandydata

Hanna Gronkiewicz-Waltz / Facebook
W imię hasła wykutego na warszawskich murach: „Cały naród buduje swoją stolicę” warto, by cała Polska domagała się dzisiaj bezstronności w wyjaśnianiu tej bolesnej kwestii.

Od 1989 roku w Warszawie zawsze istniał problem pilnego rozwiązania „kwestii reprywatyzacji” i był to problem nie do rozwiązania. Żadna z opcji politycznych nie znalazła  skutecznego i kompleksowego remedium. Bolesne, ale przez wszystkich postrzegane jako konieczne, było rozliczenie ze spadkobiercami przedwojennej warszawskiej społeczności żydowskiej.

Zdarzało się, że problematyczne i nie całkiem zrozumiałe dla społeczeństwa były decyzje Komisji Majątkowej dla Kościoła katolickiego, która – na mocy ustawy – nieodwołalnie zwracała parafiom, zakonom i innym instytucjom kościelnym nieruchomości o nierzadko sporej wartości i wykorzystywane dla pożytku publicznego, np. jako szkoły, place zabaw itp. Mniej emocji budziły zwroty gruntów instytucjom innych wyznań. Wreszcie zaczęły się męczarnie z pozostałymi nieruchomościami znacjonalizowanymi na podstawie tzw. dekretu Bieruta, czyli gruntami przekazanymi po wojnie gminie (wtedy to była gmina) miasto stołeczne Warszawa.

Piszę tu o męczarniach, bo brak ustawy reprywatyzacyjnej dał się mieszkańcom stolicy we znaki. Budynki i tereny możliwe do odzyskania miasto traktowało jak nieswoje, nie inwestując w nie. Nawet gdy chodziło o kamienice będące częścią komunalnego zasobu mieszkaniowego, pozwalano im niszczeć, aż z niego były wykreślane jako nienadające się do zamieszkania.

Niby da się to zrozumieć, ale przy tym przez wiele lat miasto nie budowało zbyt wielu nowych mieszkań komunalnych.

Stare budynki wypadały z użytku (odzyskiwane lub zdewastowane), w odzyskanych kamienicach czynsze rosły. „Szacuje się, że „odzyskane" budynki zostały »wyczyszczone« z ok. 40 tys. ludzi, którym odebrano prawo do obrony na jakimkolwiek etapie postępowania administracyjnego” – alarmuje Rafał Woś w mocnym tekście pt. „V RP urodzi się w Warszawie”.

Krótko mówiąc, rosły też kolejki osób rozpaczliwie potrzebujących mieszkań. I choć ostatnio to się zmieniło, miasto zaczęło oddawać do użytku nowe budynki komunalne, a kolejka zmniejszyła się o kilkadziesiąt procent, z punktu widzenia osoby oczekującej w takiej kolejce, każdy rok, a nawet każdy miesiąc jest istotny.

Efektem tej decyzji jest również słynny na cały kraj warszawski urbanistyczny nieład. Przy reprezentacyjnych ulicach, w tym Chmielnej – jednej z najdroższych ulic handlowych w Europie Środkowej – wciąż stoją rozsypujące się rudery. Pierzeje kamienic urywają się raptownie, otwierając bezsensowne dziury w tkance miejskiej. Warszawa jest też wciąż miastem, w którym do wszystkiego jest daleko – to niezamierzony skutek zablokowania zdolności do wielowymiarowego planowania miejskiego.

Dlaczego wszyscy się na to godzili? Czy faktycznie była to kwestia zmowy milczenia, „sitwy”, czy wręcz „mafii reprywatyzacyjnej”, w tajemniczy sposób zdolnej podtrzymywać konsensus na wszystkich szczeblach, łącznie z mediami? Tym z pewnością powinna się zająć nadzwyczajna komisja Rady m.st. Warszawy do spraw reprywatyzacji. Jednak trzeba pamiętać, że jak dotąd nikomu nie udało się zaproponować społecznie satysfakcjonującego rozwiązania, bo też w istocie niemal żadna partia nie sformułowała, choćby na własny użytek, koncepcji sprawiedliwości społecznej, z której takie rozwiązanie można by wywieść.

Na reprywatyzacyjny stan rzeczy w Warszawie godzono się, gdyż od początku transformacji ustrojowej jej naczelną zasadą pozostawało uwłaszczenie. Była to bezpośrednia reakcja na nacjonalizację i centralizację z czasów PRL. Państwowe uznano za niesprawiedliwe, bo zbudowane na krzywdzie wywłaszczonych, i niewydolne, nieefektywne (faktycznie, instytucje publiczne z transformacji ustrojowej wyłoniły się praktycznie bez środków na inwestycje). Stąd dążenie do tego, by wszystkiemu, co się tylko do tego nadawało, znaleźć jakiegoś prywatnego właściciela. Oczywiście z czasem narosła potrzeba wzięcia pod uwagę rosnących cen gruntów i budynków, rozwoju miasta, potrzeb samorządu związanych z zadaniem kreowania przestrzeni publicznej. Co więcej, rykoszetem uderzyło to w popularne w Warszawie spółdzielnie, nierzadko z przedwojennymi tradycjami jak żoliborska WSM. Tendencję do uwłaszczania widać nawet w najnowszych ustawach, gdzie przyznaję się wyraźny prymat wspólnotom mieszkaniowym nad spółdzielniami.

Druga wizja, w pewnym sensie odziedziczona po PRL, też zdaje się niepozbawiona zalet. Z dzisiejszej perspektywy kraju na progu między gospodarkami rozwijającymi się a już rozwiniętymi, państwo, mając do dyspozycji pieniądze z podatków, stało się interesującym inwestorem, zdolnym realizować ciekawe wizje przynoszące społeczne zyski, niezwiązane obowiązkiem krótkoterminowego zwrotu nakładów (prywatne inwestycje mają dziś za zadanie zwrócić się w ciągu 12 lat. Żegnajcie, kina w typie Feminy, żegnajcie tanie mieszkania czynszowe w dobrych dzielnicach). Tyle tylko, że wciąż nie jest to inwestor najbardziej wydolny, a i o jego priorytety można by się było spierać, np. o gigantyczne pieniądze włożone w wyłączenia z przestrzeni miejskiej niezwykle atrakcyjnych terenów pod niedochodowy Stadion Narodowy na prawym brzegu Wisły.

Trudno się dziwić, że wywodzący się z socjaldemokracji prezydent Aleksander Kwaśniewski „ideologicznie” zawetował jedyną (do 2015 roku – ta jednak ustawa niewiele wnosi w kwestii stawianych tu pytań) przeprowadzoną przez Sejm i Senat ustawę reprywatyzacyjną. Skonstruowana przez prawicę, miała umożliwić nieskrępowaną reprywatyzację bez oglądania się na dobro społeczne. Prawne analizy pokazały, że umożliwiłaby nawet… reprywatyzację Zamku Królewskiego w Warszawie. Kłopot w tym, że po zawetowaniu rzeczonej ustawy żadna siła polityczna nie była w stanie zaproponować nic w zamian, i tu zaryzykuję twierdzenie, że właśnie ze względu na brak wizji owej społecznej sprawiedliwości.

SLD złożył w końcu (w 2014 roku) projekt ustawy przewidującej niezbywalność praw do gruntów objętych dekretem Bieruta i ustalenie odszkodowań w wysokości iluś procent dzisiejszej wartości gruntów, czyli na poziomie do udźwignięcia przez budżet miasta (i państwa).

Z perspektywy społecznej demokracji taki projekt wydaje się sprawiedliwy i sensowny. Jednak zarazem rodziłby nieoczekiwane skutki prawne dla praw własności gdzie indziej w kraju, godząc w zasadę równości wobec prawa, na co słusznie zwróciła uwagę Krajowa Rada Sądownictwa. Na podstawie tej i innych opinii w tym duchu rząd oddalił projekt. Znowelizowano natomiast ustawę o gospodarowaniu nieruchomościami, administracyjnie upraszczając proces dochodzenia roszczeń. Z perspektywy pytania o wizję sprawiedliwości nie zmieniło się właściwie nic.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Podobnie jak Rafał Woś uważam, że sytuacja w Warszawie to dobry moment, by rozpoczęła się ogólnonarodowa dyskusja o społecznej sprawiedliwości. Ujawnione nieprawidłowości wołają o wyjaśnienie i potwierdzają wieloletnie poczucie mieszkańców Warszawy, że coś nie działa, a handel roszczeniami, choć prawem dopuszczalny, rodzi wiele wątpliwości, jest źródłem nieporozumień, przyspieszonych decyzji administracyjnych i zaskakująco wysokich zysków handlarzy prawami do nieruchomości.

Jednocześnie przeraża mnie myśl, że w miejsce społecznej, rozważnej i mającej dalekosiężne skutki debaty otrzymamy medialny spektakl-pokazówkę już to z minimalizowania strat, już to z niszczenia politycznych wrogów tej opcji, która ma dziś władzę w kraju i tęsknym okiem spogląda na stołeczny ratusz, a przecież każda z opcji politycznych obecnych i w Warszawie, i w sejmie miała szansę przez 27 lat pokazać swoje umiejętności – a jednak nie podjęła się kompleksowego rozwiązania kluczowej sprawy dla bytu stolicy i sytuacji finansowej mającej wpływ nie tylko na budżet miejski, ale budżet Polski.

Miasto to organizm żywotny i tak jak poradziło sobie za PRL, tak i teraz zapewne by sobie poradziło z narzuconą opcją na użytek „uaktualnionej patriotyczno-historyczno-politycznej historii sztuki opartej na obiektywnej prawdzie” (sformułowanie to zapożyczyłam z listu Legionu im. św. Ekspedyta do Wicepremiera - Ministra Kultury Piotra Glińskiego, zacytowanego przez Jana Bińczyckiego na łamach krakowskiej „Wyborczej”. Czy warszawiacy jednak sobie życzą takiego eksperymentu, pozostaje kwestią otwartą, do rozstrzygnięcia w wyborach.

Zorganizowanie komisji ds. reprywatyzacji, w odczuciu większości warszawiaków niezwykle potrzebnej, pod przewodnictwem którejkolwiek ze stron sporu na linii władze miasta (PO) – władze państwa (PiS) oznaczałoby zamianę okazji do oczyszczenia sytuacji i dalekosiężnej debaty w ustawiony medialny spektakl i ostatecznie plebiscyt za tą czy inną twarzą na czele warszawskiego ratusza.

Wszystkie strony (także partie opozycyjne, które miałyby spore szanse na znakomity wynik i wybicie się w tych wyborach, gdyby coś zaproponowały od siebie, a nie były pogrążone w marazmie) powinny wyłożyć karty na stół i jasno wytłumaczyć, co uznają za społeczną sprawiedliwość: własność? a może własność tylko dla osób zameldowanych w Polsce? co dla Kościoła? priorytetem żywe, otwarte i tolerancyjne miasto? a może przedsiębiorczość za wszelką cenę? jakim kosztem? itd. itp.

Ale jeśli komisja reprywatyzacyjna zamieni się w spektakl, proces pokazowy, tym bardziej agresywny, im bardziej trzeba będzie chronić swoich (prezydent Gronkiewicz-Waltz wciąż powtarza, że proceder nie zaczął się wczoraj, a jeszcze za kadencji Lecha Kaczyńskiego. Jako mieszkanka stolicy dodam: a może i wcześniej?), tę szansę stracimy.

Dlatego w imię hasła wykutego na warszawskich murach: „Cały naród buduje swoją stolicę” warto, by cała Polska domagała się dzisiaj bezstronności w wyjaśnianiu tej bolesnej kwestii.

Na czele komisji ds. reprywatyzacji może (i moim zdaniem powinien) stanąć ktoś znający te problemy, bezpartyjny, np. pozostająca poza klubami radna miasta Paulina Piechna-Więckiewicz, która swoją pracą w komisjach, wypowiedziami, interpelacjami i składanymi wnioskami udowadnia od kilku kadencji, że dobro miasta leży dla niej ponad interesami partyjnymi. Nie musicie się zgadzać z tą propozycją. Ale Piechna-Więckiewicz ma niewątpliwą kartę merytoryczności i bezstronności – i to wydaje się niezwykle istotne.

Tak czy owak, Narodzie, któryś cały budował swoją Stolicę, warto wykorzystać warszawską okazję do wyrażenia swojego zdania i poszerzenia politycznego pola debaty w całym kraju. Nie pozwól, by odebrano Ci możliwość omówienia i zadecydowania, o jaką sprawiedliwość społeczną Ci dzisiaj chodzi.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Destrukcyjne relacje w rodzinie

Poradnik dla skrzywdzonych przez rodziców.

Anna Tylikowska
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną