Kraj

Mateusz w krainie czarów

Czym wicepremier Morawiecki oczarował prezesa Kaczyńskiego

Może nie elektryczny, ale na pewno nie spalinowy Może nie elektryczny, ale na pewno nie spalinowy Andrzej Sidor / Forum
„Gdybyśmy mieli blachy, tobyśmy produkowali konserwy, ale nie mamy mięsa” – te słowa, przypisywane Władysławowi Gomułce, przypominam wicepremierowi Mateuszowi Morawieckiemu, który swym wizjonerstwem oczarował prezesa PiS.
Andrzej LubowskiAdam Warżawa/PAP Andrzej Lubowski

Jeśli spełnią się jego odważne wizje w rodzaju: za 10 lat po Polsce będzie jeździć milion polskich elektrycznych samochodów – czapki z głów. Szkopuł w tym, że jeśli okażą się mrzonką, w kierunku której będziemy podążać, słono wszyscy za to zapłacimy.

Wygląda na to, że zarówno Mateusz Morawiecki, jak i Jarosław Gowin zrozumieli, że imitacja i montaż tego, co wymyślili inni, to na dłuższą metę kiepski pomysł na sukces. A zatem trzeba nam innowacyjnej gospodarki, i taką chcą budować. Cel szczytny. Ale póki co wiara w sukces ich zamierzeń jest niczym nadzieja, że Legia wyeliminuje Real i Borussię. Czyli na przekór faktom i logice.

Bariery rozwoju

Skąd ten sceptycyzm? Stąd, że pod względem innowacyjności wleczemy się w ogonie Europy, a radykalna poprawa tego stanu rzeczy to zadanie trudne i na długie lata. Na zamówienie Ministerstwa Nauki powstała właśnie Biała Księga Innowacji. Jako swe wytyczne identyfikuje plan Morawieckiego i strategię Gowina. BKI to kolorowy dokument pełen eleganckich wykresów i szumnych zapowiedzi. Na odległość pachnie ręką czy raczej szablonem zachodniej firmy konsultingowej. Na koniec rządowej prezentacji podsumowanie: zgłoszono 340 propozycji, w BKI ujęto 58 rozwiązań, i w rezultacie zmienione będzie 15 ustaw.

A miary sukcesu? W 2020 r. na badania i rozwój Polska będzie wydawać 1,7 proc. PKB, zaś w najbliższych 7 latach powstanie 1500 innowacyjnych start-upów. Przez Księgę przebija wiara, że to brak właściwych ustaw dzieli nas od nowoczesnej innowacyjnej gospodarki, zdolnej konkurować z najlepszymi. Więcej w tym naiwności czy ignorancji?

Jedna z najbardziej zachwalanych przez rząd propozycji to „telefon do naukowca”. Wiceszef resortu nauki klaruje: „Przedsiębiorca będzie dzwonił lub wysyłał maila, opisując problem, jaki ma np. z infrastrukturą, dzięki której może przeprowadzić badania. My przesyłamy ten formularz m.in. do wszystkich centrów transferu technologii. One mają 24 godziny, by sprawdzić swoje zasoby i odesłać nam informację. Potem w ciągu 24 godzin weryfikujemy, która z tych odpowiedzi ma największy potencjał, i przekazujemy kontakt przedsiębiorcy”. Pomysł niby niegłupi, ale czy takie rozwiązania mają „pobudzić gospodarkę i wyrwać Polskę z pułapki średniego dochodu”? – a taki cel przyświeca Białej Księdze.

Ani słowa o tym, jaka była dotychczasowa efektywność wykorzystania środków unijnych. Jak sprawdzają się lub nie parki technologiczne i inkubatory? Ile uzyskaliśmy patentów? Ile powstało nowych firm? Dlaczego uczelnie nie palą się do współpracy z biznesem, i vice versa. Prędzej Arka Gdynia zdobędzie Puchar Europy, niż poradzimy sobie w rywalizacji w samochodach elektrycznych z Teslą, BMW, Mercedesem, Toyotą, Nissanem, Fordem czy General Motors. Bo niby dlaczego mielibyśmy dać radę, skoro nie mamy ani doświadczenia, ani tradycji, ani pieniędzy?

Jako absolwent wydziału historii wicepremier Morawiecki wie pewnie, że Rzymianie dysponowali maszyną parową, ale używali jej jedynie do otwierania i zamykania wrót świątyń. Że Aztecy znali koło, ale służyło im ono jedynie jako zabawka dla dzieci. Że 40 lat temu kupowaliśmy licencje na samochody, maszyny budowlane, pralki i lodówki, nawet na sztucery, ale obiecane inwestycyjne żniwa nigdy nie nadeszły nie dlatego, że zawiodły technologie, lecz instytucje. Centralny planista kiepsko spisuje się w roli arbitra decydującego, na jakie sektory i technologie postawić.

W Dolinie Krzemowej, gdzie mieszkam od 30 lat, urodziły się pomysły, które zmieniły życie planety: Gordon Moore stworzył Intela, Steve Jobs – Apple’a, a Elon Musk dowodzi Teslą. Od polskiego wicepremiera tych wizjonerów różni kilka drobiazgów – swych snów nie ubierali w ideologiczne szaty, nie zaczynali od druzgocącej krytyki poprzedników, zanim czegokolwiek sami nie dokonali, a swych wizji nie realizowali za pieniądze podatnika.

Już w Lizbonie kilkanaście lat temu kraje Unii uzgodniły, że po to aby nie zostać w tyle za szybko uciekającym światem, będą przeznaczać na badania i rozwój (B+R) 3 proc. PKB. Skończyło się na deklaracjach. Tylko Szwecja, Dania i Finlandia osiągnęły ten poziom. My nie doszliśmy jeszcze do 1 proc. Czy mamy pieniądze, aby to zmienić? Czy będziemy je mieli, gdy zabraknie pieniędzy z Unii? W najnowszych rankingach światowych uczelni nasze najlepsze, czyli Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski, nie zmieściły się w czwartej setce. A poza wielkimi i bogatymi trafiły tam uczelnie z południowej Afryki, Portugalii, Grecji, Czech czy Islandii. Jeszcze gorzej niż kondycja wiedzy wygląda proces jej komercjalizacji.

Nasze uczelnie wessały i nadal zasysają ogromne pieniądze z Unii. To finansowanie owocuje publikacjami i stopniami naukowymi. Niestety, wiedza ta w mizernym stopniu przynosi efekty gospodarcze: nowoczesne technologie, produkty czy nowe przedsiębiorstwa. Zbyt łatwy dostęp do dotacji i grantów usypia pracowników naukowo-badawczych polskich uczelni i demotywuje do podjęcia ryzyka i ciężkiej pracy w innowacyjnym start-upie. Dla przedsiębiorców współpraca z uczelniami jawi się jako strata pieniędzy i czasu. Brak symbiotycznej współpracy nauki i biznesu to najważniejsza bariera rozwoju polskiej innowacyjnej gospodarki. Obie strony muszą widzieć we współpracy interes dla siebie.

A jak to robić? Ministrowi Gowinowi polecam wizytę na Stanfordzie i Berkeley – oferuję rolę przewodnika (pro publico bono). A swoją drogą, gdy „dobra zmiana” prowadzi do aresztowania szefa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (które w ostatnich latach energicznie wspierało finansowo innowacje) oraz zwolnienia jego zastępcy, to czy ich następcy będą bardziej czy mniej skłonni do ryzyka? A bez podejmowania ryzyka o innowacjach możemy zapomnieć.

Działania rządowe

Przełomowych innowacji nasza nauka tworzy tyle, co kot napłakał. Ale trochę ich jednak w ostatnich latach było. Niech się zatem nasz naczelny gospodarczy strateg im przyjrzy i przeanalizuje, dlaczego się powiodły. Niech się spotka z tymi uczonymi, których pomysł na dodatek z karaluchów do pasz zyskał właśnie miano jednego z dziesięciu najlepszych start-upów na świecie. Albo z genialnym profesorem Zbigniewem Puzewiczem z WAT, twórcą inteligentnych rakiet, lepszych niż amerykańskie czy rosyjskie. Żaden z tych pomysłów nie urodził się w gabinecie rządowym.

Jedna z lekcji, jakie pobrałem ponad 30 lat temu w Berkeley, uczelni, która zdobyła więcej Nobli niż ZSRR w całej swej historii, brzmiała z grubsza tak: gdyby goście z Merill Lyncha byli w połowie tacy mądrzy, za jakich uchodzą, to dawno by już popijali gin z tonikiem w otoczeniu pięknych kobiet na Karaibach, a nie wydzwaniali do nas w środku kolacji, proponując kolejne genialne inwestycje. Podobnie z pana konsultantami, panie wicepremierze Morawiecki. Gdyby wiedzieli, w co inwestować, byliby w Dolinie Krzemowej, a nie u pana w przedpokoju.

Innowacji się nie dekretuje. Rodzą się albo nie w konkretnym otoczeniu, które albo im sprzyja, albo nie. Wątpię, aby sprzyjały jej akurat głoszone dziś idee repolonizacji czy patriotyzmu ekonomicznego, gdzie z grubsza chodzi o to, aby temperować działania rynku mądrością rządu. Ćwiczono to kilkadziesiąt lat temu w Europie i Azji, gdzie do reguły należały rządowe próby wspierania wybranych sektorów lub firm. Motywacją była zwykle chęć promowania liderów przyszłości. Monstrualne fiasko gospodarki centralnie planowanej wzmocniło przekonanie, że im mniej państwa w gospodarce, tym lepiej, więc takie działania odeszły do lamusa. Obecny rząd, z ogromnym apetytem na zwiększenie swej roli w każdej dziedzinie naszego życia, próbuje odwrócić ten trend. To nie wróży dobrze także innowacjom.

James Buchanan, laureat Nobla z ekonomii za 1986 r., badacz współzależności między polityką i gospodarką, powiada, że rządy to zbiór osobników, których zachowania determinuje interes własny, ten sam, który motywuje ludzi w sektorze prywatnym. Wiara w to, że rządzenie to proces kolektywnego podejmowania altruistycznych decyzji to romantyczna legenda. Ekonomię kontroluje nie grupa mędrców, ale politycy nieustannie walczący o stołki. Większość zrodzonych w rządowych gabinetach pomysłów interwencji na rynku źle się kończyła, a cenę za eksperymenty płacił podatnik. Często były to spóźnione próby ratowania upadających sektorów lub firm: stoczni czy kopalni.

Więcej zrozumienia i sympatii budzi interwencja rządu wtedy, gdy angażuje się on we wspieranie nowych dziedzin, zwłaszcza wtedy, gdy sektor prywatny do tego się nie kwapi z powodu wysokiego ryzyka. Ale i wtedy na działania rządowe czyha wiele niebezpieczeństw: rząd nie ma kryształowej kuli, aby postawić na dobrego konia, a jego działania mogą stać się łupem egoistycznych interesów.

To prawda, że gdyby nie działania rządów, nie byłoby Airbusa i amerykański Boeing byłby praktycznie monopolistą na rynku samolotów pasażerskich dalekiego zasięgu. Pentagon odegrał rolę katalizatora w Dolinie Krzemowej. Rząd francuski stał za udanym programem energetyki nuklearnej (co z naszą?). Południowokoreański gigant hutniczy POSCO czy Jebel Ali w Dubaju, jeden z największych portów na świecie – powstały dzięki środkom publicznym.

Chińczyk Justin Yifu Lin, były główny ekonomista Banku Światowego, którego idee ponoć inspirują Mateusza Morawieckiego, rzeczywiście powiadał, że rząd powinien zachęcać firmy do angażowania się w bardziej złożone przedsięwzięcia, zwłaszcza w nowe technologie. Ale te poglądy odnosił do gospodarek raczkujących. Jednocześnie ekonomista wielekroć przestrzegał przed strategią motywowaną powodami ideologicznymi lub ambicjonalnymi. Zdaniem Yifu Lin podstawowe zadanie rządu to likwidacja przeszkód na drodze funkcjonowania wolnego, otwartego rynku.

Po to aby plany Mateusza Morawieckiego miały szansę realizacji, trzeba nie tylko solidniejszej niż dotąd buchalterii i trzeźwych ocen, na co i jak wydawać publiczne pieniądze, oraz całkiem innej polityki naukowo-badawczej, ale radykalnej zmiany postaw. Liderów innowacji: Dolinę Krzemową, Południową Koreę, Izrael, Szwecję czy Finlandię, poza dobrymi szkołami, sprawnymi instytucjami, stabilnymi i przejrzystymi regułami gry, poszanowaniem prawa, cechuje także przyjazny stosunek do obcokrajowców, tolerancja dla odmienności rozumianej na wiele sposobów, zdolność pozyskiwania talentów – zachęcania wybitnych jednostek, aby się w danym kraju osiedlały, żyły, rozwijały. Czy aby dzisiejsza Polska nie zmierza dokładnie w przeciwnym kierunku?

Przypomina się porządek dzienny na zebraniu w sowieckim kołchozie. Punkt pierwszy – budowa obory. Punkt drugi – budowa komunizmu. Uwagi do punktu pierwszego? Nie ma desek, nie ma młotka, nie ma gwoździ – przechodzimy do punktu drugiego.

***

Andrzej Lubowski – ekonomista, publicysta, autor książek, specjalista w dziedzinie zarządzania. Absolwent warszawskiej SGH, Uniwersytetu Berkeley oraz Uniwersytetu Stanforda. Przez blisko 20 lat pracował w amerykańskim sektorze finansowym. Członek rad nadzorczych polskich i amerykańskich firm, doradca organizacji non profit.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną