Przypominają mi się lata 60. Gomułka, tak jak Szydło, też we wszystkich widział podżegaczy
Kiedy słyszę wystąpienie premier Beaty Szydło, wizytującej strażaków w Krakowie, doznaję nagłego deja vu.
Beata Szydło przemawiająca z mównicy sejmowej
Kancelaria Sejmu/Flickr CC by 2.0

Beata Szydło przemawiająca z mównicy sejmowej

Lata 60. Jakbym słyszała przywódcę partii i narodu Władysława Gomułkę. Ta sama rozciągnięta fraza, te same akcenty, ten sam ciężko poważny i tragicznie zatroskany o losy ojczyzny ton. Nawet słownictwo podobne.

Kiedy słyszę, że „niektórzy politycy koncentrują się na podżeganiu”, że to podżeganie staje się sednem ich działalności, że brak im, politykom, roztropnej troski o wspólnotę – jakbym słyszała tamte słowa.

Premier Szydło ma dokładnie taką samą minę jak Gomułka

Kraj miał dość ustroju społecznej szczęśliwości i tej władzy, chciał wolności, otwarcia na świat, normalnego życia, nie wedle partyjnych nakazów i wzorów. Ale Gomułka widział we wszystkim i wszystkich podżegaczy, przeciwników socjalizmu, wrogów partyjnej religii.

Premier Szydło ma dokładnie taką samą minę jak Gomułka w tamtych czasach. Tak jak on i partia wie najlepiej czego ludziom potrzeba do szczęścia. Tak jak ówczesny partyjny przywódca uważa, że partia, jej partia PiS, może dać ludziom bezmiar szczęścia na ziemi, a może nawet po śmierci. I że ludzie wyłącznie o takim szczęściu marzą.

O szczęściu według PiS. O reglamentowanej informacji, o rządowej, śmiesznej i zakłamanej telewizji, o zgwałconym radiu, o gospodarce, której grozi klapa, o rozdawnictwie na lewo i prawo, o bezczelności rządzących, ich przekonaniu o własnej nieomylności. Po prostu – trzymają za nogi Pana Boga.

Pamiętam grudzień ’70, nagłe podwyżki cen tuż przed świętami, robione w przekonaniu, że zajęci bieganiną ludzie nie zwrócą na nie uwagi. Całkiem jak teraz, kiedy PiS oczekiwało, że przedświąteczne ożywienie konsumpcyjne przesłoni to, co dzieje się w Sejmie. Że można przegłosować wszystko, jak się chce, nie licząc się ze zdaniem opozycji, z oczekiwaniami obywateli. Że można pozbyć się wolnej prasy, o jaką Polacy walczyli. I dziś, nawet jeśli na nią narzekają nie potrafią i nie chcą bez niej żyć. I uważają za swoją.

Polacy wyszli na ulice, w Warszawie i w innych miastach. PiS twierdzi, że to chuligańskie wybryki, efekt podżegania, albo podżeganie, zamiast roztropnej troski.

Gdzie pani premier Szydło nabyła takich manier?

Wczorajsze wypowiedzi polityków rządzącej partii, chyłkiem próbujących wymknąć się z otoczonego Sejmu, z obawy przed spotkaniem z pokojowo nastawionymi demonstrantami świadczą nie tylko o ich bezczelności: tę już mieliśmy okazje poznać. Świadczą o tym, jak bardzo oderwali się od życia, od rzeczywistości. Całkiem jak Gomułka, zaskoczony, że Polacy chcą żyć normalnie, podczas gdy w sklepach mogą kupić po pół kostki masła na osobę i po 10 dekagramów czekoladek przed świętami.

Ciekawe, gdzie pani premier Szydło nabyła takich manier, zastanawiam się. Myślę, że to jest genetyczne, ten sam typ myślenia, te same, gomułkowskie horyzonty, te same ambicje narzucenia ludziom jedynie słusznego sposobu myślenia.

Ale Polacy nie po to walczyli o pluralizm i wolne słowo żeby dać sobie odebrać te zdobycze. Jeśli premier Szydło miała taką nadzieję i oczekiwania, to się zapewne zdziwi, jak zdziwił się kiedyś pierwszy sekretarz, widząc na ulicy protesty uszczęśliwianych przez partię obywateli. Uważał, że winni są podżegacze.

Dobrze, że pani również doznała olśnienia, pani premier, to ich wina, że ludzie krzyczą wam prosto w twarz: hańba!

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną