Władysław Frasyniuk powraca do polityki

Kod Władka
Władysław Frasyniuk zostawał liderem zmian, po czym wycofywał się w cień. Czy teraz znów kolej na niego?
Władysław Frasyniuk na manifestacji KOD, 13.12.2016 r. Z tyłu Mateusz Kijowski
Paweł Sonnenburg/Forum

Władysław Frasyniuk na manifestacji KOD, 13.12.2016 r. Z tyłu Mateusz Kijowski

Władysław Frasyniuk
Leszek Szymański/PAP

Władysław Frasyniuk

W lutym 1989 r. przy Okrągłym Stole siedział po lewej stronie Lecha Wałęsy (po prawicy Tadeusz Mazowiecki, za kilka miesięcy pierwszy niekomunistyczny premier powojennej Polski). Wydawało się, że to on po Lechu przejmie władzę w Solidarności. W sierpniu 1980 r. był kierowcą we wrocławskim MPK, potem przywódcą milionowej Solidarności na Dolnym Śląsku, w stanie wojennym jedną z legend podziemia, wreszcie wiceprzewodniczącym i przewodniczącym Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Dziś jest uczestnikiem manifestacji KOD. I jednym z najpoważniejszych kandydatów na lidera ruchu oporu wobec Jarosława Kaczyńskiego i PiS.

To mądrzejszych nie było?

Kiedy zostawał przewodniczącym Zarządu Regionu Solidarności we Wrocławiu miał 26 lat. Wcześniej był rzecznikiem związku. – Od początku miał cechy przywódcze, był dynamiczny, więc kiedy w regionie doszło do kryzysu kierownictwa, objął władzę. Jedną z pierwszych jego decyzji było powołanie Ośrodka Badań Społeczno-Zawodowych. Uważał, że Solidarność takiego zaplecza potrzebuje – mówi prof. Włodzimierz Suleja, historyk, autor książek o dolnośląskiej Solidarności, przez kilkanaście lat dyrektor oddziału IPN we Wrocławiu.

Kiedy powiedział ojcu, że został przewodniczącym, usłyszał: „To nikogo mądrzejszego nie mieli?”. Zapamiętał to na całe życie.

W grudniu 1981 r. dał zgodę na akcję, która przeszła do historii i do filmu. Józef Pinior, Piotr Bednarz i Stanisław Huskowski – tuż przed tym, nim pieniądze zajęła służba bezpieczeństwa – wypłacili 80 mln zł z konta związku i przekazali wrocławskiej kurii. Bezpieka oszalała z wściekłości. Po latach Waldemar Krzystek nakręcił o tym film „80 milionów”.

13 grudnia uniknął internowania, bo wyjechał z Gdańska, zanim milicja otoczyła hotel, w którym nocowali wszyscy najważniejsi w związku. Ostrzeżony przez kolejarzy, że SB czeka już na niego na dworcu we Wrocławiu, wyskoczył z pociągu wcześniej. Ukrywał się. Zszedł do podziemia.

Polityczny romantyk za kratami

Wrocław stał się symbolem solidarnościowego oporu. Twierdzą Wrocław. Ale lider nie nawoływał do walki z komuną na śmierć i życie. – Uważał, że nikt go nie zwolnił z mandatu, który mu powierzono. I trzeba walczyć o ideały Solidarności, ale inaczej – mówi prof. Suleja. W wydanej w podziemiu w 1982 r. „Konspirze” Frasyniuk mówił: „Tyle już było w Polsce powstań: nieudanych, prowokowanych, nieprzygotowanych, że powinniśmy chyba raz na zawsze wybić je sobie z głów”.

Pierwszy raz został aresztowany w październiku 1982 r., proces trwał 10 dni, dostał sześć lat więzienia. Relacjonujący proces dziennikarz „Słowa Polskiego” pisał: „Władysław Frasyniuk prywatnie budzi sympatię: młody ojciec, mąż, ideowiec. Jego poglądy leżące u podłoża późniejszej działalności sąd określił mianem romantyzmu politycznego”. Wyszedł po amnestii w lipcu 1984.

Później skazywano go jeszcze za posługiwanie się fałszywym dowodem osobistym, znieważenie naczelnika więzienia, składanie kwiatów pod tablicą Solidarności, wreszcie w czerwcu 1985 r. (aresztowany został w lutym) na trzy i pół roku za „działanie w celu wywołania niepokoju” (w tzw. procesie gdańskim, razem ze Zbigniewem Lisem i Adamem Michnikiem). Kiedy siedział, jego twarz pojawiała się na publikowanych w podziemiu pudełkach zapałek i powielaczowych kalendarzach, a pod domem odbywały się manifestacje pod hasłem „Uwolnić Frasyniuka”. Wyszedł po amnestii we wrześniu 1986. W sumie spędził w więzieniach cztery lata.

Siwy dym

W 2013 r. dramaturg i tłumacz Krzysztof Kopka (był także współscenarzystą „80 milionów”) napisał powieść „Siwy dym”, opartą na biografii Frasyniuka w stanie wojennym. Jego nazwisko w niej nie pada, bohaterem jest W. Na skrzydełku książki W. mówi: „To były piekielnie trudne chwile. Jak przeżyć w więziennej celi w towarzystwie zatwardziałej recydywy, nie dać się skundlić, nie sypnąć kolegów, nie pójść na współpracę z czerwonym?”.

Prawdziwy Frasyniuk miał w więzieniu status „N”, niebezpieczny. Palił na spacerniaku (choć był niepalący), nie meldował się klawiszom, wybijał okna, bo nie było czym oddychać. Mówił, że jest gościem generała Kiszczaka, a goście nie muszą się meldować. Kończyło się karą izolatki, tzw. termosem (cela w celi z pleksi, w której nie było prawie dopływu powietrza) i biciem. Wytrzymał i – jak mówi – wyniósł z więzienia parę nauk. Żeby liczyć na siebie i że kto raz został kurwą, zostanie nią na zawsze.

– Przy pracy nad książką nie unikał tematów najtrudniejszych, choćby kwestii rozpadu jego małżeństwa w stanie wojennym. Jest jak bohater prozy Hemingwaya, twardy, zdecydowany, który robi coś, bo tak po prostu trzeba, a jednocześnie nosi w sobie ten polski syndrom klęski – dodaje Kopka.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną