Kraj

Biuro narodowo-rządowe

Kto chroni najważniejszych polskich polityków

Pokaz umiejętności funkcjonariuszy BOR podczas święta tej formacji Pokaz umiejętności funkcjonariuszy BOR podczas święta tej formacji Maciej Macierzyński / Reporter
Po wypadku limuzyny premier Beaty Szydło opozycja oskarżyła o nieprofesjonalizm Biuro Ochrony Rządu. I zdziwiła się, kiedy PiS przyłączył się do narzekań, ogłaszając, że zamierza stworzyć w miejsce BOR Narodowe Służby Ochrony.
Wypadek limuzyny rządowej w OświęcimiuŁukasz Pietrzyk/Forum Wypadek limuzyny rządowej w Oświęcimiu
Zgodnie z ustawą BOR chroni prezydenta, byłych prezydentów, marszałków Sejmu i Senatu, premiera i wicepremierów, a także ministrów spraw wewnętrznych i zagranicznych.Leszek Zych/Polityka Zgodnie z ustawą BOR chroni prezydenta, byłych prezydentów, marszałków Sejmu i Senatu, premiera i wicepremierów, a także ministrów spraw wewnętrznych i zagranicznych.

Artykuł w wersji audio

Przekaz wydaje się niejasny. Z jednej strony politycy PiS bronią funkcjonariuszy BOR z konwoju, który miał wypadek w Oświęcimiu, bo, jak twierdzą, nawet bez wyroku wiadomo, że sprawcą był młody kierowca seicento (co akurat nie jest takie pewne). A jednocześnie zaraz po tym zdarzeniu najpierw prezes PiS Jarosław Kaczyński, a po nim minister Mariusz Błaszczak i jego zastępca Jarosław Zieliński ogłaszają, że w BOR panuje „zbyt niski stopień dyscypliny” i niezbędna jest reforma. – Połączyli do kupy oponę w samochodzie prezydenta, wariacką jazdę Macierewicza i wypadek pani premier. No i mają pretekst, którego szukali. Będą robić kolejną rewolucję – mówi nam były oficer BOR. – Zarzucanie chłopakom z Biura braku dyscypliny to ściema, która ma ukryć prawdziwy powód tych zdarzeń.

Tym powodem, według naszego rozmówcy, są ambicje ochranianych polityków. – Wszystko wiedzą najlepiej i zawsze się spieszą, poganiają. A swoich ochroniarzy traktują jak kamerdynerów, którym wydaje się polecenia i oczekuje, że bez dyskusji je wykonają.

A reforma? To parawan, aby w miejsce BOR stworzyć kolejną służbę pracującą dla jednej formacji, prywatną agencję ochrony PiS.

Kariera remontowa

Z zapowiedzi szefów MSWiA wynika, że ustawa reformująca BOR, chociaż ma być gotowa już w połowie marca, na razie nie wyszła poza mgliste zarysy. Najważniejsza zmiana to zapowiedziane wzmocnienie kompetencji szefa tej jednostki, co brzmi niejasno, bo nie sprecyzowano, jakie nowe uprawnienia dostanie dowódca instytucji chroniącej polityków. Na pewno nie będzie to samodzielność od politycznej czapy. Prawdopodobnie większe kompetencje dotyczą rozszerzenia palety zadań o działania operacyjno-rozpoznawcze. I tu jest cała tajemnica reformy – BOR w nowej postaci będzie mógł podsłuchiwać i inwigilować każdego obywatela według własnego widzimisię, bo na to pozwala obowiązująca od niedawna tzw. ustawa inwigilacyjna. Szkopuł w tym, że wśród inwigilowanych mogą znaleźć się także osoby ochraniane, bo aby zapewnić im bezpieczeństwo, trzeba wiedzieć, z kim się kontaktują, spotykają i o czym rozmawiają. To jasne jak słońce, że ktoś będzie chciał z tak zgromadzonej wiedzy skorzystać i to nie w celu skuteczniejszej ochrony.

Gen. Adam Rapacki, były wiceminister spraw wewnętrznych, nie ma wątpliwości, że BOR nie są potrzebne uprawnienia do prowadzenia czynności operacyjno-rozpoznawczych. – To nie poprawi bezpieczeństwa vipów, a jedynie spowoduje konieczność zatrudnienia dodatkowych przynajmniej stu ludzi – mówi. Także większe kompetencje dla szefa BOR, według Rapackiego, wydają się zbędne, bo ten i tak ma wystarczającą samodzielność. Inna sprawa, czy umie z tej samodzielności korzystać. Gen. Rapacki zauważa, że od szefa zależy skuteczność podwładnych. – Kiedy chronią duże eventy, jak ostatnio szczyt NATO czy Światowe Dni Młodzieży, to się spinają i pokazują pełny profesjonalizm – mówi. – Ale w codziennej robocie wychodzą braki w wyszkoleniu i dowodzeniu.

Michał Majewski, autor niedawno wydanej książki „Biuro. Ochroniarze władzy. Za kulisami akcji BOR-u”, mówi, że tej instytucji nie jest potrzebna nowa ustawa, ale przestrzeganie reguł już istniejących: – Nie może być tak, że los i kariera funkcjonariuszy zależy od przychylności ochranianych polityków. Foruje się swoich ulubieńców, tworzy grupy swojaków, lojalnych i oddanych.

Lojalni najpierw biegają po kajzerki na śniadanie dla swojego vipa, wyprowadzają psa na siku i spełniają każde prywatne życzenie pryncypała, a potem dostają nagrody w postaci awansów. Byli ochroniarze wspinają się na kierownicze stanowiska, chociaż ich otoczenie doskonale wie, że nie są przygotowani do ich pełnienia. – Powinno obowiązywać szkolenie polityków w zakresie ochrony i relacji z borowikami, a funkcjonariuszy należy uczyć asertywności – mówi Majewski.

Kariery na wyrost to od lat bolączka BOR. Nasi rozmówcy podają przykład szefa BOR Andrzeja Pawlikowskiego, zdymisjonowanego niedawno w niejasnych okolicznościach, chociaż to przecież za rządów PiS wdrapał się na szczyt. Do BOR dostał się za prezydentury Lecha Wałęsy. Jak opisuje w swojej książce Michał Majewski, ojciec Pawlikowskiego remontował wtedy Pałac Namiestnikowski i zaprzyjaźnił się z Mieczysławem Wachowskim, co zaowocowało posadą dla syna. Wachowski był potem gościem na ślubie Pawlikowskiego. Prawdopodobnie kiedy przy poparciu kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy Pawlikowskiego powołano na szefa BOR, Jarosław Kaczyński nie wiedział o jego zażyłości z otoczeniem Lecha Wałęsy. Później ktoś mu szepnął na ten temat i Pawlikowskiego odwołano.

W BOR zatrudniającym ponad 2,2 tys. osób przynajmniej od roku panuje atmosfera niepewności. Na cenzurowanym są funkcjonariusze zatrudnieni za czasów rządów SLD i PO. Dochodzi do konfliktów. Kiedy szefostwo MSWiA ogłosiło pomysł przemianowania BOR na NSO (Narodowe Służby Ochrony), stało się jasne, że to sposób na pozbycie się osób, które trafiły do Biura nie z poręki PiS, a więc niepewnych. Trik jest prosty. BOR zostanie zlikwidowany, wszyscy dostaną wypowiedzenia, a do NSO trafią już tylko obdarzeni pełnym zaufaniem ekipy rządzącej, czyli swoi.

Ochrona według uznania

BOR wywodzi się z okresu międzywojennego. Działała wtedy Brygada Ochronna podlegająca Urzędowi Śledczemu. Prezydenta chroniła Brygada Ochronna Oddziału Zamkowego. W pierwszym okresie PRL ochroną obiektów państwowych zajmował się Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a bezpieczeństwem vipów Wydział Ochrony Rządu, pozostający w ścisłej relacji z KBW. Biuro Ochrony Rządu powołano w 1956 r. Podlegało ministrowi spraw wewnętrznych.

W 1990 r. BOR nadano status jednostki wojskowej, ale podlegającej wraz z Nadwiślańskimi Jednostkami Wojskowymi (NJW) Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Dopiero w 2001 r. weszła w życie ustawa o Biurze Ochrony Rządu jako jednolitej formacji zbrojnej o charakterze policyjnym, podlegającej ministrowi spraw wewnętrznych. W tym samym roku rozwiązano NJW, a część żołnierzy zasiliło BOR już jako funkcjonariusze.

Zgodnie z ustawą BOR chroni prezydenta, byłych prezydentów, marszałków Sejmu i Senatu, premiera i wicepremierów, a także ministrów spraw wewnętrznych i zagranicznych. Dba o bezpieczeństwo zagranicznych delegacji państwowych odwiedzających Polskę. Chroni niektóre polskie placówki dyplomatyczne za granicami kraju. BOR obejmuje też ochroną wskazane przez ministra spraw wewnętrznych osoby, jak formułuje ustawa, ważne ze względu na dobro państwa. Wśród takich osób był w 2005 r. szeregowy poseł Jarosław Kaczyński. Podstawą ochrony było potencjalne zagrożenie z powodu podobieństwa do brata bliźniaka, który był wówczas prezydentem kraju. Z innych względów ochronę BOR przydzielono też matce braci Kaczyńskich Jadwidze. Jej były ochroniarz Tomasz Kędzierski zaliczył w ostatnim czasie szybki awans, jest dzisiaj p.o. szefa BOR.

Decyzją o ochronie szef resortu spraw wewnętrznych może objąć każdego według własnego uznania. Podczas cyklicznych miesięcznic upamiętniających ofiary katastrofy smoleńskiej przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu funkcjonariusze BOR już od świtu dokonują sprawdzeń pirotechnicznych, a potem sprawują ochronę osób biorących udział w tej na poły prywatnej uroczystości. Kilku z nich zajmuje pozycje na dachach budynków. Ich obecność kosztuje niemałe pieniądze, ale uznawana jest za niezbędną z powodu udziału w miesięcznicach dostojników państwowych. Na polecenie BOR 10 lutego 2017 r. ustawiono przed pałacem barierki, aby jak najdalej odepchnąć Obywateli RP, protestujących m.in. przeciwko zawłaszczaniu tego miejsca przez pisowców. Powód? Rzekome zagrożenie bezpieczeństwa Jarosława Kaczyńskiego i jego świty.

Budżet BOR na rok 2017 zaplanowano na poziomie 232 mln zł, co oznacza wzrost o 10 proc. Dla porównania budżet Straży Granicznej wzrósł o 6,5 proc., Państwowej Straży Pożarnej o 2,5 proc., a Policji o 2 proc. Zaplanowano podwyżki dla funkcjonariuszy BOR średnio o 200–250 zł (przy płacach na poziomie 4–6 tys. zł), ale większość przyrostu budżetu pochłoną wydatki na sprzęt, w tym na nowe opancerzone limuzyny. Jedną z nich po wypadku w Oświęcimiu właśnie skasowano.

W BOR jak się szacuje brakuje do pełnego stanu osobowego ok. 300 pracowników, ale w 2017 r. nie zaplanowano wypełnienia wakatów. Prawdopodobnie po uchwaleniu zapowiedzianej właśnie ustawy, która w miejsce BOR powoła Narodowe Służby Ochrony, zacznie się prawdziwy ruch kadrowy. Operacja zmiany nazwy i filozofii działania spowoduje koszty nieprzewidziane w budżecie, ale dla tego rządu, jak uczy życie, dodatkowe wydatki nie stanowią problemu, przynajmniej na papierze.

Krótki kurs oficerski

NSO, bo chyba do tego skrótu należy już się przyzwyczajać, w miejsce borowików, obarczonych grzechem rozpoczęcia służby pod niewłaściwym kierownictwem, przyjmie nowych ludzi, z narodowym etosem. Gen. Adam Rapacki przypomina, że w latach 2006/07, za czasów premiera Jarosława Kaczyńskiego, obowiązywały w BOR 2-tygodniowe kursy oficerskie. W ekspresowy sposób wymieniano wtedy kadrę. – Zmieniliśmy to po wyborach 2007 r. Kandydaci na oficerów Biura Ochrony Rządu musieli zaliczyć półroczny kurs w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie – mówi Rapacki. – Teraz obawiam się powrotu starych praktyk, bo to będzie znaczyło, że ochroną najważniejszych osób w państwie zajmować się będą nieprzygotowani funkcjonariusze bez odpowiedniego wyszkolenia.

Prezes Fundacji Byłych Funkcjonariuszy BOR płk Leszek Baran w czasie swojej ponad 20-letniej służby w BOR był szefem pionu szkoleniowego. Jak mówi, ludzi przygotowywano do wszechstronnych działań. Kierowcy musieli znać zasady ochrony, a ochroniarze kierować pojazdami w warunkach konwoju. – Wprowadziliśmy szkolenia z zakresu ratownictwa medycznego, bo chciałem, aby każdy funkcjonariusz był jednocześnie ratownikiem – mówi płk Baran.

Ale na szkolenia co roku, jak pamięta, obcinano fundusze. W ośrodku szkoleniowym BOR w Raduczy brakowało toru do nauki jazdy samochodowej w warunkach ekstremalnych. Przez pewien czas kierowcy trenowali w Szymanach pod Szczytnem, ale kiedy reaktywowano tam lotnisko, BOR musiało się wynieść. Braki w wyszkoleniu kierowców mogły być jedną z przyczyn wypadku w Oświęcimiu. Limuzyna wioząca Beatę Szydło została kilkadziesiąt metrów za samochodem otwierającym kolumnę, co w konwoju jest niedopuszczalne. Kierowca nie włączył też sygnałów świetlnych, dzięki którym inni użytkownicy drogi dowiadują się, że jedzie pojazd uprzywilejowany.

Niewątpliwie to błędy kierujących spowodowały pod Lubiczem kolizję samochodu wiozącego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza eskortowanego przez Żandarmerię Wojskową. Szefa resortu obrony na co dzień chroni specjalny oddział żandarmów. Antoni Macierewicz ma swój autorski pomysł na reformę BOR. Chciałby, aby połączyć Żandarmerię i BOR, a nadzór nad nową formacją powierzyć ministrowi obrony. Czyli jemu. – To byłby powrót do klasycznego modelu sowieckiego, tak chroniono Stalina – zauważa gen. Rapacki.

Projekt Macierewicza raczej nie przejdzie, bo jego koledzy z rządu, szef resortu spraw wewnętrznych oraz minister sprawiedliwości zdają sobie sprawę, że rola ministra obrony posiadającego władzę nad nowym BOR wyposażonym w kompetencje do prowadzenia czynności operacyjnych wzrosłaby nadmiernie w stosunku do ich pozycji. A na to ich zgody nie będzie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną