Jak zgodnie z prawem rozliczyć PiS

Prawo i sprawiedliwość dla PiS
Prędzej czy później państwo PiS się skończy. Czy da się je rozliczyć bez politycznych nacisków na sądy i prokuraturę, zachowując demokratyczne standardy? Dążenie do rozliczenia za wszelką cenę byłoby powielaniem metod dzisiejszej władzy.
Czy można odbudować państwo prawa bezprawnymi metodami, naciskami polityków na prokuraturę i sądy?
Getty Images

Czy można odbudować państwo prawa bezprawnymi metodami, naciskami polityków na prokuraturę i sądy?

W sprawie ułaskawienia Kamińskiego ma się wypowiedzieć – jeszcze w maju – Sąd Najwyższy.
Andrzej Bogacz/Forum

W sprawie ułaskawienia Kamińskiego ma się wypowiedzieć – jeszcze w maju – Sąd Najwyższy.

Prokurator generalny ma teraz prawo pokazać akta dowolnej sprawy, komu tylko sobie zażyczy.
Krystian Maj/Forum

Prokurator generalny ma teraz prawo pokazać akta dowolnej sprawy, komu tylko sobie zażyczy.

audio

AudioPolityka Ewa Siedlecka - Prawo i sprawiedliwość dla PiS

Dziesięć lat temu, gdy padała IV RP, rozliczanie skończyło się na nieprawomocnym wyroku na Mariusza Kamińskiego i jego podwładnych z CBA za aferę gruntową. I na przegranych MON w procesach cywilnych o ochronę dobrego imienia, wytaczanych przez osoby niesłusznie umieszczone jako tajni współpracownicy WSI w raporcie z likwidacji tej służby. Odszkodowania płaciło państwo.

Mówi się, że wtedy do pociągnięcia do odpowiedzialności funkcjonariuszy PiS za IV RP zabrakło woli politycznej. Ale to prawda tylko w wypadku Zbigniewa Ziobry: zabrakło posłów PO do przegłosowania wniosku o postawienie go przed Trybunałem Stanu. Wszelkie inne sprawy o odpowiedzialność karną czy konstytucyjną nie wypaliły, bo prokuratura i sądy albo nie znalazły podstaw do odpowiedzialności, albo uciekały od oskarżania i skazywania. W praworządnym państwie władza wykonawcza nie może niczego narzucać organom wymiaru sprawiedliwości. A III RP miała być państwem praworządnym.

Czy można odbudować państwo prawa bezprawnymi metodami, naciskami polityków na prokuraturę i sądy? Ten sam dylemat mieliśmy po 1989 r. Postanowiliśmy nie budować nowego ładu na bezprawiu. Skończyło się przekonaniem, że ani PRL, ani IV RP nie zostały rozliczone. Przekonaniem, które działa jak wolno uwalniająca się do tkanki społecznej trucizna. Brak rozliczenia demoralizuje też każdą następną władzę, która działa w poczuciu bezkarności. Rozliczyć może ją jedynie opinia publiczna, a tą łatwo manipulować.

Z drugiej strony łamaniem prawa nie zaprowadzi się praworządności. To równie demoralizujące jak bezkarność. Prędzej czy później pozbawia autorytetu wymiar sprawiedliwości i samo prawo.

Za co więc można rozliczyć PiS nie tylko politycznie, czyli w wyborach?

Uchwalanie ustaw sprzecznych z konstytucją. Prawo stanowi parlament. Nie ma możliwości pociągnięcia parlamentarzysty do odpowiedzialności karnej za głosowanie na niekonstytucyjne rozwiązanie. Można sobie wyobrazić np. pociągnięcie do odpowiedzialności ministra, w którego resorcie zainicjowano niekonstytucyjny projekt, i urzędników, którzy nad nim pracowali. Ale oni powiedzą: przecież to nie my ustanowiliśmy to prawo, tylko posłowie i senatorowie. A podpisał prezydent.

W każdym kraju zdarza się ustanowić prawo sprzeczne z konstytucją. Dla eliminowania takiego prawa powołano sądy konstytucyjne. Jednak uchylenie przepisu przez sąd konstytucyjny nie jest podstawą do ukarania rządzących za jego wymyślenie i ustanowienie. Trudno więc będzie pociągnąć kogokolwiek za pięć ustaw, którymi PiS zniszczył Trybunał Konstytucyjny. Samo zniszczenie Trybunału jest złamaniem konstytucji, jednak odbyło się na mocy ustanowionego przez parlament prawa. I znaleźli się eksperci, którzy twierdzili, że jest ono zgodne z konstytucją. Podobnie z innymi ustawami wprowadzającymi „dobrą zmianę”: w prokuraturze, mediach publicznych, służbie cywilnej, inwigilacji, handlu ziemią itd.

Odpowiedzialność prezydenta za łamanie konstytucji. Prezydent Andrzej Duda rozpoczął urzędowanie od dwóch aktów, którymi – jak uważa większość prawników, w tym np. Komisja Wenecka – złamał konstytucję i ustawy. Po pierwsze, nie zaprzysiągł wybranych w październiku 2015 r. pięciu sędziów TK. I nie wykonał wyroku z 3 grudnia, który rozstrzygał, że trzech z tych sędziów wybrano prawidłowo.

Po drugie „ułaskawił” Mariusza Kamińskiego i trzech innych funkcjonariuszy CBA, skazanych nieprawomocnie za przekroczenie uprawnień podczas prowokacji w Ministerstwie Rolnictwa.

Obie sprawy niewątpliwie nadają się do Trybunału Stanu. Ale prezydent może się bronić, że prawo dotyczące ułaskawień i zaprzysięgania sędziów nie jest jasne. Pamiętajmy, że opinia Komisji Weneckiej na ten temat została zanegowana przez tzw. Zespół Kuchcińskiego. I są opinie prawników wynajętych przez PiS, którzy uważają, że prezydent mógł nie zaprzysięgać sędziów. I że niepublikowany wyrok Trybunału nie jest wyrokiem. Obrońcy prezydenta Dudy zapewne podnosiliby, że zgodnie z zasadą domniemania niewinności wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego.

W sprawie ułaskawienia Kamińskiego ma się wypowiedzieć – jeszcze w maju – Sąd Najwyższy, odpowiadając na pytanie prawne sądu, do którego odwołały się osoby pokrzywdzone działaniami CBA. Ale jeśli SN uzna, że prezydent nie mógł ułaskawić, to znowu: dla uznania go winnym trzeba by dowieść, że umyślnie złamał prawo, bo przepisy o ułaskawieniu nie budzą wątpliwości. Skoro jednak sąd zadaje pytanie prawne Sądowi Najwyższemu – to można twierdzić, że budzą.

Prezydent podpisuje ustawy na pierwszy rzut oka budzące wątpliwości konstytucyjne, zamiast je posłać przedtem do Trybunału. Ale nie on pierwszy. Po drugie: nie ma oczywistego konstytucyjnego obowiązku posyłania prewencyjnie ustaw do Trybunału.

Przed zarzutem mianowania Julii Przyłębskiej prezesem Trybunału Konstytucyjnego – mimo że jej wybór nastąpił z naruszeniem prawa – prezydent też może się bronić nieświadomością. I wiarą w kompetencje sędziów TK, którzy przedstawili mu kandydatury na prezesa. Z drugiej strony „starzy” sędziowie TK i Piotr Pszczółkowski uprzedzili pisemnie, że wybór został dokonany nielegalnie. Znowu z trzeciej strony ci sami sędziowie po mianowaniu Przyłębskiej przez prezydenta uznali, że jest legalnym prezesem. A Kancelaria Prezydenta wydała opinię prawną, że wszystko z wyborem Przyłębskiej na prezesa jest w porządku. Więc znowu: prezydent może się zasłaniać zasadą domniemania niewinności.

Odpowiedzialność premier Szydło za brak publikacji wyroków TK. To przestępstwo nadużycia władzy. I złamanie konstytucyjnej zasady ostateczności wyroków TK, trójpodziału władzy i niezależności sądów. Ale…

Prokuratura, jeszcze za czasów, gdy była niezależna od rządu, odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie nieopublikowania wyroku. Stwierdziła, że pani premier mogła sądzić, iż ma prawo weryfikować poprawność wydanego przez Trybunał wyroku. Potem wszczęcia postępowania odmówiła też prokuratura Ziobry, nie dopatrując się przestępstwa. A więc znowu można argumentować: skoro są wątpliwości, należy je rozstrzygać zgodnie z zasadą domniemania niewinności.

Występuję tu w roli adwokata diabła. Osobiście sądzę, że bardziej prawidłowym, a przede wszystkim sprawiedliwym i służącym ochronie państwa prawa, byłoby uznanie, że prezydent czy premier nie mogą tłumaczyć się niewiedzą; tym że zostali wprowadzeni w błąd przez doradców lub że przepis jest niejednoznaczny. Noblesse oblige. Ich odpowiedzialność jest nie tylko polityczna. Szczególnie wtedy, gdy niszczą podstawowe zasady ustrojowe. Ale decyzja należy do sądów, a te potrafią zachowywać się kunktatorsko. Przykładem dwa niedawne orzeczenia NSA o tym, że decyzje ministra Szyszki o wycince Puszczy Białowieskiej i ministra Glińskiego o połączeniu Muzeów Westerplatte i II Wojny Światowej nie są decyzjami administracyjnymi i nie podlegają orzecznictwu sądów administracyjnych.

Odpowiedzialność Zbigniewa Ziobry za polityczne sterowanie prokuraturą i nadużywanie władzy dla załatwiania własnych interesów. IV RP charakteryzowało używanie prokuratury i służb do celów politycznych. Najbardziej spektakularna była prowokacja w Ministerstwie Rolnictwa w celu odsunięcia Samoobrony od władzy i wobec posłanki Beaty Sawickiej – aby skompromitować konkurencyjną Platformę Obywatelską. Były też inne prowokacje. I nielegalne podsłuchy. Było wymuszanie zeznań szantażem i zastraszaniem (sprawa doktora G.). Była sprawa tragicznie zakończonej próby zatrzymania Barbary Blidy, posłanki SLD. Było udostępnianie akt sprawy tzw. mafii paliwowej Jarosławowi Kaczyńskiemu, wówczas zwykłemu posłowi. Ręczne sterowanie prokuraturą i łamanie prokuratorskiej niezależności. Za wszystkie te sprawy Zbigniew Ziobro ciągany był po prokuraturach. Skończyło się na niczym. Sejmowej komisji śledczej, tzw. naciskowej, nie udało się potwierdzić bezprawnych nacisków politycznych na śledztwa. Wszyscy przesłuchiwani prokuratorzy zgodnie zasłaniali się tajemnicą śledztwa i zapewniali, że zostali przekonani przez przełożonych i zmieniali zdanie z własnej woli. Podsłuchy, na które zgodę wyłudzano od sądu, uznano za legalne – bo przecież tak czy inaczej sąd wydał zgodę.

Zostawszy na powrót ministrem sprawiedliwości-prokuratorem generalnym, Ziobro zadbał, by zalegalizować wszystkie tamte nadużycia. I tak: zmiana ustawy o prokuraturze dała mu pełną władzę nad każdym śledztwem. Może wydawać polecenia co do czynności procesowych i zmieniać decyzje prokuratorów.

Prokurator generalny ma teraz prawo pokazać akta dowolnej sprawy, komu tylko sobie zażyczy. Może też, bez wiedzy i zgody prowadzącego śledztwo, publicznie ujawniać szczegóły postępowania.

Nielegalne podsłuchy, zdobywanie dowodów w drodze przestępstwa czy np. wymuszanie zeznań biciem co prawda nie przestały być przestępstwami, ale materiał dowodowy zdobyty z naruszeniem prawa sąd ma OBOWIĄZEK uwzględnić. A prokurator ma nie ponosić odpowiedzialności dyscyplinarnej za nadużycia, jeśli działał „w interesie publicznym” (czy działał – oceni prokurator generalny, czyli Zbigniew Ziobro).

Sprawa prywatnego oskarżenia przez rodzinę Ziobrów lekarzy o spowodowanie śmierci ojca Zbigniewa Ziobry nabrała przyspieszenia, odkąd syn został prokuratorem generalnym. Do tej sprawy przystąpił – po stronie rodziny Ziobrów – prokurator. Zażądał nowych ekspertyz medycznych i zakwestionował legalność wydania dotychczasowych. Śledczy pojawili się w domach biegłych, którzy je sporządzili. Trwa śledztwo pod kątem zawyżenia przez biegłych kosztów ekspertyzy. Prokurator usiłował nie dopuścić do wydania wyroku, wnioskując o odsunięcie sędzi. Ostatecznie zapadł wyrok uniewinniający lekarzy. Ale rodzina Ziobrów nie musi płacić za opinie biegłych, bo z inicjatywy Ministerstwa Sprawiedliwości zmieniono prawo tak, że teraz płaci za nie Skarb Państwa (!).

Takie manipulowanie prawem, procesem i prokuraturą dla załatwiania własnych interesów to przestępstwo nadużycia władzy. Ale…

Ziobro osobiście się w tę sprawę nie mieszał. Wszelkie decyzje podejmowali podlegli mu prokuratorzy. I nie ma dowodu na piśmie, że cokolwiek im kazał. Jeśli któryś z prokuratorów nie zezna, że był przez Ziobrę naciskany, nie będzie materiału na zarzut karny. A to już ćwiczyliśmy: prokuratorzy nie lubią się przyznawać do ulegania naciskom.

Ale to nie znaczy, że nie da się ludzi władzy pociągnąć do odpowiedzialności. Najłatwiej zrobić to za pomocą spraw wnoszonych przez pokrzywdzone osoby fizyczne, organizacje czy firmy. Jedyne przegrane PiS za IV RP to były takie właśnie sprawy: stwierdzenie wobec doktora G., że „ten pan już nikogo więcej życia nie pozbawi”, prowokacja w Ministerstwie Rolnictwa czy bezprawne umieszczenie kilkudziesięciu osób w raporcie z likwidacji WSI. W tych sprawach winowajcy – Ziobro i Macierewicz – nie ponieśli konsekwencji, bo państwo nie chciało od nich dochodzić zwrotu przynajmniej części odszkodowania/zadośćuczynienia wypłaconego pokrzywdzonym. Ale możliwości prawne są.

• Sędzia Justyna Koska-Janusz wydała, nie po myśli Ziobry, wyrok w jego procesie z byłym szefem PZU Jaromirem Netzlem. Zostawszy ministrem sprawiedliwości, Ziobro odwołał ją z delegacji do sądu wyższej instancji, motywując to tym, że w sprawie pijanej kobiety, która wjechała samochodem do przejścia podziemnego, „wykazała się nieudolnością” (posłała oskarżoną na badania psychiatryczne, jak się okazało – słusznie). Sędzia Koska-Janusz złożyła przeciw ministrowi Ziobrze pozew o ochronę dóbr osobistych. Jeśli wygra, może się to stać podstawą do pociągnięcia ministra do odpowiedzialności za nadużycie władzy.

• Osoby, których zdjęcia zrobione podczas demonstracji pod Sejmem 16 grudnia 2016 r. zostały opublikowane na stronie internetowej Policji w trybie, w jakim poszukuje się groźnych przestępców, mogą dochodzić odszkodowania za naruszenie ich dobrego imienia.

• Jeśli producent francuskich caracali, które miała kupić polska armia, poniósł konkretne straty na skutek unieważnienia przetargu przez MON, może dochodzić odszkodowania od polskiego rządu. Wtedy Skarb Państwa mógłby żądać zwrotu części odszkodowania od szefa MON i innych odpowiedzialnych za te decyzje. Podobnie inne przedsiębiorstwa polskie i zagraniczne, które poniosą straty na skutek nieudolności, zaniechań czy celowego łamania prawa i umów przez rządzących. W takich wypadkach nie trzeba udowadniać winy – funkcjonariusz odpowiada na zasadzie ryzyka.

• Złamanie przepisów o ochronie informacji niejawnych wydaje się oczywiste w sprawie udostępnienia szefowi zespołu smoleńskiego Wacławowi Berczyńskiemu poufnych dokumentów z przetargu na śmigłowce, mimo że nie miał on certyfikatu dostępu do tajemnic. Pewnie jacyś urzędnicy poniosą konsekwencje, ale wątpliwe, by ktoś z nich przyznał np., że działał na polecenie Antoniego Macierewicza. Podobnie z podejrzeniem korupcji i działania na szkodę interesu państwa w przypadku zakupu z wolnej ręki trzech samolotów Boeinga dla VIP za 2,5 mld zł. W negocjacjach uczestniczył, w charakterze doradcy Macierewicza, Wacław Berczyński, zatrudniany przez Boeinga. Wcześniej, jak chwalił się publicznie, doprowadził do unieważnienia przetargu na caracale.

• Kolejna możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności: ujawnienie przez IPN danych blisko tysiąca oficerów i agentów wywiadu PRL i III RP, po odtajnieniu tzw. zbioru zastrzeżonego. Można to uznać za działanie na szkodę państwa, bo odstraszy potencjalnych tajnych współpracowników od pracy dla służb specjalnych. A także działanie na szkodę osób, których dane ujawniono. Te osoby mogą dochodzić sądownie odszkodowania.

Rozliczenie PiS za niszczenie konstytucyjnego ustroju może więc nie ograniczyć się do odpowiedzialności politycznej. Z punktu widzenia PiS istnieje zagrożenie, iż ugrupowanie, które przyjdzie po nim, nie przywróci – a przynajmniej nie od razu – zniszczonych przez PiS mechanizmów kontroli władzy. Możliwe też, że nowa władza sama zrobi czystkę personalną w sądach, prokuraturze, administracji publicznej i publicznych mediach, pod hasłem pozbywania się ludzi z PiS.

Może też sięgnąć w ramach „depisyzacji” po te (dziś przez opozycję kwestionowane) instrumenty, przygotowane przez PiS dla porachunków z przeciwnikami: naciski na prokuratorów, sędziów, inwigilacja, specjalne komisje z prawem konfiskaty majątku itd. Tak, wszystko, co dziś robi PiS, może być użyte przeciwko niemu. I dobrze, żeby politycy tej partii o tym pamiętali.

Niezależnie od szans i sposobów na pociągnięcie rządzących do odpowiedzialności karnej, konstytucyjnej czy cywilnej trzeba dokumentować wszelkie przypadki łamania przez władzę prawa. Bo pamięć jest krótka, a polityką historyczną można dowolnie historię zakłamać. Do takiego dokumentowania nieprawości władzy namawiał zmarły niedawno prof. Wiktor Osiatyński. I takie archiwum nieprawości powstaje przy internetowym dzienniku OKO.press. Dzięki niemu nikt nam nie powie, że białe było czarne, a czarne było białe.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną