Legalne wariatki
Dobrze być inną. To rodzaj ulgi. No, i nikt was z nikim innym nie pomyli, bo jesteście charakterystyczne.

Strach jest fatalnym doradcą. A najgorszy jest ten przed ośmieszeniem się. Nic tak nie paraliżuje życiowych wyborów jak lęk, że uznają nas za wariatkę. Bo jak to tak: zrobić coś wbrew reszcie świata? Nie tak jak inni? Przy czym reguły gry są zwykle mocno niejasne, wszystko opiera się na ogólnym poczuciu, że „normalni ludzie tego nie zrobią”. Normalni, czyli jacy – żyjący pod szablon, z takimi samymi uczuciami, myślami i gustem? Kiedy robi się coś, na co ma się ochotę, zamiast mozolnego realizowania scenariusza podsuniętego przez społeczeństwo, człowieka czeka kara. Te komentarze – ale się ubrała, jak ona wygląda, co robi, jak tak można, ja na jej miejscu! Nowa prezydentowa Francji doświadcza tego pewnie co chwilę.

Myślimy sobie, że czasy niepewne, zatem pozostało nam tylko zostać legalnymi wariatkami. Takimi, które doskonale wiedzą, że łamią stereotypy, a ich zachowanie może być nazwane histerycznym. Trudno. W czasach Freuda wszystkie kobiety były uznawane za histeryczki, a eksperci mieli misję, by je leczyć. Kiedy pierwszy raz człowiek usłyszy, że jest „nienormalny”, to może zaboleć. Ale do odrzucenia można się przyzwyczaić, a nawet włączyć przymiotnik „nienormalna” do swojego repertuaru komplementów.

Sylwia czytała książkę „Madwoman in the Attic” (Wariatka ze strychu) o historii literatury wiktoriańskiej z feministycznej perspektywy. Figura wariatki pochodzi z książki Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”, gdzie żona jednego z bohaterów została zamknięta na strychu, jako ta, która odstawała. Strych, przestrzeń dodatkowa, sekretna i tajemnicza, stał się symbolem tych, które nie spełniały wizji idealnych kobiet. Oraz platformą knucia – na strych można zaprosić inne wariatki. Spiskować, bawić się i być sobą bez żadnych reperkusji. Pierwsza Manifa w Warszawie została przygotowywana w mieszkaniu Kazi Szczuki mieszczącym się, tak, tak..., na strychu. Siedziałyśmy na podłodze i kombinowałyśmy, jak obalić patriarchat.

Wariatki nie dają się uciszyć. W lutym tego roku senator Elizabeth Warren postanowiła zaprotestować przeciw mianowaniu na stanowisko prokuratora generalnego USA senatora Jeffa Sessionsa. Zamierzała odczytać list z 1986 r., w którym Coretta Scott King – amerykańska działaczka na rzecz praw obywatelskich, wdowa po Martinie Lutherze Kingu – argumentuje, że Jeff Sessions nie nadaje się nawet na stanowisko sędziego federalnego (a co dopiero na prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych). Kiedy Elizabeth Warren zaczęła czytać list, liderzy republikańscy pospieszyli ją uciszyć. 67-letnią senator zbesztano jak małą dziewczynkę. Kazano jej zejść z mównicy.

W oświadczeniu prasowym napisano: „Została ostrzeżona. A mimo to postawiła się”. Bo senator Warren list jednak odczytała – w całości, i tak żeby na pewno usłyszeli go wszyscy – na Facebook Live. Rozpętało się szaleństwo! Hasztag „postawiła się, mimo wszystko”, #NeverthlessShePersisted, zawojował Twittera, a zdjęcia senator Warren pojawiały się obok tych, które też nie dały się uciszyć: Malali Yousafzai czy Rosy Parks. Senator Warren zaczęto wypytywać, czy wystartuje w kolejnych wyborach na stanowisko prezydenta USA. Nikomu nie przeszkadza, że w 2020 r. będzie miała 71 lat. Ważne, że zrobiła swoje. Stała się wzorem dla kobiet na całym świecie. Bo która z nas nie została kiedyś uciszona przez męskie grono, upokorzona, wyśmiana publicznie, z przykazaniem, żeby się nie odzywała? „Uwielbiam być wojowniczką. I chcę widzieć więcej wojowniczek” – podsumowuje Elizabeth Warren.

Dobrze być inną. To rodzaj ulgi. No, i nikt was z nikim innym nie pomyli, bo jesteście charakterystyczne (co może bywać też kłopotliwe). W filmie Paolo Virzi „Zwariować ze szczęścia” głównymi bohaterkami są właśnie „wariatki” zamknięte w szpitalu psychiatrycznym. Ale zarówno gadatliwa mitomanka Valeria i zamknięta w sobie pankówa Donatella okazują się być wrażliwymi, niepasującymi do życiowej układanki kobietami, które w jednej ze scen przyznają, że po prostu chcą być szczęśliwe. I ciągle jest im smutno, bo nic się nie układa tak, żeby wreszcie mogły poczuć radość. Nie są dziwne czy szalone. Chcą żyć tak, jak chcą.

Podobną bohaterką jest Janina Duszejko stworzona przez Olgę Tokarczuk i przedstawiona w filmie Agnieszki Holland. Mówimy o takich kobietach: stare wariatki. Siwa, rozczochrana, broniąca zwierząt i wykłócająca się z urzędami. Duszejko wiedziała, że może być tak postrzegana, ale nie przejmowała się tym. Miała swój cel. Była sobą i walczyła o to, co dla niej ważne. I przepraszamy, że teraz padnie przykład nieoczywisty: a panie zwane pogardliwie „moherami”? One też chcą być słyszane. Niestety, ich zaangażowanie jest kwitowane pogardliwymi spojrzeniami.

Maya Angelou, znakomita afroamerykańska pisarka, powiedziała: „Jeśli chcesz być normalny, taki, jak wszyscy inni, nigdy nie dowiesz się, jak jesteś niezwykły”. Nie bójmy się pieklić i być nieustępliwymi. Naszym prababkom walczącym o prawa obywatelskie też wmawiano fioła, a jednak wygrały.

Tylko nie wylewajmy dziecka z kąpielą. W Anglii funkcjonuje od niedawna program edukacyjny, uświadamiający, jak opresyjny jest patriarchat. Bardzo dobrze. Tylko że niektórzy młodzi chłopcy zaczęli czuć się odpowiedzialni za winy tego systemu, chociaż „grzeszyli” nie oni, tylko ich męscy przodkowie. Edukowanie jest niezbędne, ale nie wbijanie w poczucie winy generacji, która dopiero wchodzi w życie. Za to na pewno trzeba piętnować zachowania karalne, takie jak to Janusza Korwin-Mikkego, którego pozbawiono pensji europosła za obrażanie ludzi, czy skandaliczne komentarze Trumpa o „łapaniu za cipki”. Walka o bycie sobą to nie wojna płci, a wspólne ulepszanie koślawego systemu.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną