Kraj

Zrzutka na TVPiS

PiS przymusza do płacenia na media narodowe

TVP pod rządami Jacka Kurskiego coraz mocniej odstaje pod względem oglądalności od Polsatu i TVN. TVP pod rządami Jacka Kurskiego coraz mocniej odstaje pod względem oglądalności od Polsatu i TVN. Adam Chełstowski / Forum
Rząd chce specjalną ustawą zmusić klientów kablówek i platform cyfrowych do płacenia na zadłużone media państwowe. Robi to z finezją radzieckiego spychacza, dzieląc ludzi na lepszych i gorszych, bez zawracania sobie głowy protestami.
Poczta Polska dała do zrozumienia, że nie ma pieniędzy na zbudowanie skomplikowanego systemu, który miałby przetwarzać dane ponad 10 mln Polaków.Daniel Dmitriew/Forum Poczta Polska dała do zrozumienia, że nie ma pieniędzy na zbudowanie skomplikowanego systemu, który miałby przetwarzać dane ponad 10 mln Polaków.
Abonament RTV w wysokości 22,70 zł miesięcznie zapłacą obligatoryjnie wszyscy odbierający telewizję za pośrednictwem łącza kablowego, satelitarnego lub internetowego.Getty Images Abonament RTV w wysokości 22,70 zł miesięcznie zapłacą obligatoryjnie wszyscy odbierający telewizję za pośrednictwem łącza kablowego, satelitarnego lub internetowego.

W środowisku nadawców wrze od kilku tygodni, a obawa miesza się z wściekłością. Choć ustawa uszczelniająca pobór obowiązkowego abonamentu radiowo-telewizyjnego dopiero wpłynęła do Sejmu, na infolinie telewizji kablowych i satelitarnych dzwoni coraz więcej zaniepokojonych klientów. – Wielu na razie pyta, co się stanie po wejściu w życie ustawy, a część już składa rezygnacje. Nie przedłużają umów, sądząc, że jest to droga do uniknięcia opłacania abonamentu. Obawiamy się, że lawina dopiero ruszy, a ta ustawa będzie kamieniem, który ją uruchomi, bo klienci kablówek i platform cyfrowych zechcą wybrać serwisy pirackie, internetowe platformy VOD lub anteny naziemne, których nowe przepisy nie obejmą – przewiduje Krzysztof Kacprowicz, prezes Związku Pracodawców Mediów Elektronicznych i Telekomunikacji Mediakom. W środowisku tzw. kablarzy pojawiają się też sygnały o malejącym zainteresowaniu nowych klientów, którzy wstrzymują się z decyzją o zakupie usług do czasu wyjaśnienia sytuacji.

A sytuacja jest daleka od klarownej. Skonstruowana w Ministerstwie Kultury ustawa to typowy przykład „lex PiS” – czyli projektu przygotowywanego w pośpiechu, z błędami i brakami, tworzonego dla interesu politycznego i zadowolenia jednej grupy kosztem innej, przy ignorowaniu uwag krytycznych, w tym także instytucji państwowych.

Projekt zmian zakłada, że abonament RTV w wysokości 22,70 zł miesięcznie zapłacą obligatoryjnie wszyscy odbierający telewizję za pośrednictwem łącza kablowego, satelitarnego lub internetowego. Wystarczy mieć podpisaną umowę z operatorem na usługę telewizyjną i nie być w gronie obecnie zwolnionych z opłat (m.in. 75-latkowie, kombatanci, inwalidzi pierwszej grupy). Dotyczyć to będzie ok. 10 mln osób. Nowe zasady mogą zacząć obowiązywać już po wakacjach.

Oficjalnie przedstawiciele branży ważą słowa, by nie pogarszać swojej sytuacji negocjacyjnej przed parlamentarną batalią, nieoficjalnie nie kryją rozgoryczenia, a słowa o bublu prawnym i skoku na kasę należą do najdelikatniejszych. Wielu klientów kablówek i operatorów cyfrowych rzeczywiście martwi się o bezpieczeństwo swoich danych, które nadawcy będą musieli udostępnić Poczcie Polskiej. Sami operatorzy najbardziej obawiają się masowego odpływu klientów, którzy nie będą chcieli płacić dodatkowych 22,70 zł miesięcznie. To dla wielu może oznaczać koniec działalności. Zagrożenie jest realne, bo abonament jest często większy, niż wynosi najniższy rachunek za pakiet kanałów z kabla czy satelity – na przykład w Cyfrowym Polsacie to 19,99 zł miesięcznie. W przypadku niektórych nadawców tacy klienci mogą stanowić nawet kilkadziesiąt procent ogółu.

– Proponowany system jest niesprawiedliwy i wybiórczy. Obejmując tylko część społeczeństwa, prawdopodobnie jest również niekonstytucyjny – twierdzi Jan Dworak, były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2010–16) oraz prezes TVP w latach 2004–06. Jego zdaniem PiS poszło na łatwiznę. – Chodzi o ratunek dla TVP, której deficyt z każdym kwartałem się powiększa – mówi Dworak. Wygląda więc na to, że co prawda nie cały naród, ale duża jego część ma budować nie swoją, bo pisowską telewizję.

Dziura w kasie

Media spod znaku TVP i Polskiego Radia, z rzadka zwane już publicznymi, wpadły w tarapaty, których końca nie widać, a które mogą okazać się dla nich zabójcze. Totalna destrukcja personalno-programowa dokonana pod dyktando PiS przez posłusznych i niekompetentnych szefów doprowadziła do utraty części słuchaczy i widzów, a zatem także przychodów. Nie tylko reklamowych, ale i abonamentowych. TVP pod rządami Jacka Kurskiego coraz mocniej odstaje pod względem oglądalności od Polsatu i TVN. Tylko w ciągu roku (kwiecień 2016 – kwiecień 2017) TVP1 straciła prawie 50 tys. widzów, TVP2 – 44 tys. Dla porównania strata Polsatu to niewiele ponad 1,3 tys., zaś TVN – 21 tys. Widownię traci zresztą zdecydowana większość z 12 kanałów publicznej telewizji. W sumie – jak informowała KRRiT w raporcie obejmującym dane z IV kwartału 2016 r. – w ciągu 12 miesięcy odpłynęło z nich ponad 200 tys. widzów (pozostało ponad 2 mln). Wzrosty notują tylko TVP ABC – z kreskówkami – oraz TVP HD.

Gdy w styczniu 2016 r. „dobra zmiana” weszła na Woronicza, TVP miała odłożone na kontach co najmniej 77 mln zł. Dziś ma jakieś dwa razy tyle, ale długu. Kurski zresztą otwarcie się do tego przyznaje, choć nie poczuwa się do winy, obciążając jej poprzedników. „Trzeba sobie jasno powiedzieć, że doszliśmy do ściany. W warunkach kiedy nie ma realnego wsparcia abonamentowego, budżet realny oznacza »budżet śmierci«. De facto oznacza to zwijanie tej firmy” – mówił, podsumowując rok swych rządów na Woronicza.

Już wtedy nie ukrywał, że czeka na pomoc rządu. „Stoimy w blokach startowych. Ale bez pieniędzy, tych, którymi powinniśmy dysponować, może nas spotkać wariant niekorzystny” – apelował. Jedną z osób, która słuchała tych słów, był świeżo mianowany wiceminister kultury Piotr Lewandowski, główny autor kontrowersyjnej ustawy o abonamencie. To on przejął do realizacji wynegocjowane przez Kurskiego polecenie z Nowogrodzkiej, by szybko podłączyć TVP do życiodajnej kroplówki. To rzeczywiście zaczęła być kwestia życia lub śmierci, bo po kilku latach stabilizacji wpływy mediów społecznych z abonamentu spadły w pierwszym roku rządów PiS o 28 mln zł. Dziś abonament płaci w terminie około 40 proc. objętych tym obowiązkiem gospodarstw domowych. W zeszłym roku było to 722 mln zł. Połowę wpływów z daniny trafiło do TVP, reszta do rozgłośni ogólnopolskich i regionalnych Polskiego Radia. W przypadku telewizji to około 25 proc. jej rocznych przychodów (61 proc. zapewnia reklama). Ale gdyby zapłacili wszyscy, a nie tylko 1,4 mln z 3,4 mln objętych tym obowiązkiem gospodarstw domowych, do kas radia i telewizji wpłynęłoby dodatkowo jakieś 1,4 mld zł – tyle wynosiły zaległości abonamentowe Polaków na koniec 2016 r. Z tego TVP mogłaby mieć 700 mln zł. W sumie więc Jacek Kurski teoretycznie dysponowałby sumą ponad trzy razy większą niż obecnie – miliardem złotych. Takimi pieniędzmi można zaspokoić wiele potrzeb, wypłacać wysokie pensje, nagrody, honoraria, dawać hojne zlecenia. Także, jak już zapowiedział prezes Kurski, dofinansować i rozbudować regionalne oddziały TVP, w sam raz na wybory samorządowe.

Równi i równiejsi

Plan naprawczy przewiduje więc sięgnięcie do kieszeni każdego posiadacza umowy na dostarczanie płatnej telewizji. Bo to właśnie oni często unikają płacenia na media publiczne – jedni przekonani o tym, że uiszczają ją w ramach opłaty dla operatora, inni uważając po prostu, że nie będą płacić dwa razy.

Jak pokazują badania CBOS, abonament to w ogóle bardzo niepopularny podatek – tylko niespełna jedna trzecia Polaków twierdzi, że powinien obowiązywać. Większość, czyli dwie trzecie, uważa, że media publiczne powinny być finansowane bezpośrednio z budżetu państwa (zwłaszcza teraz, kiedy są jednoznacznie tubą rządu), ale bez zasilania go dodatkowym zastrzykiem w postaci powszechnej opłaty audiowizualnej. Tę poparło jedynie 35 proc. ankietowanych. PiS zna te dane, więc z wprowadzaniem szumnie zapowiadanej na początku swych rządów opłaty wcale się nie spieszy.

Jeden projekt, przygotowany przez obecnego szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego i zakładający pobór opłaty wraz z rachunkami za prąd, wylądował już w koszu, drugi – z opłatą naliczaną dla płatników PIT, CIT oraz zarejestrowanych w KRUS – zapowiadany jest na przyszły rok. Tyle że jego wprowadzenie będzie wymagało zgody Komisji Europejskiej, a taka procedura trwa nawet do dwóch lat. Można więc ten projekt odwlekać, szczególnie gdy powiedzie się przygotowywany właśnie skok. PiS jest w tej kwestii pewny swego i łatwo to zrozumieć, patrząc na inny sondaż – Kantar Millward Brown dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Co prawda pomysł na uszczelnienie generalnie nie podoba się Polakom, ale już sami abonenci płatnej telewizji zapytani o to, czy rozważyliby rozwiązanie umowy ze swoim dostawcą, gdyby ten miał przekazywać ich dane osobowe, są mocno podzieleni: 48 proc. odpowiedziało twierdząco, ale niemal tyle samo (45 proc.) było przeciwnego zdania.

Może gdyby wiedzieli, ile niejasnych, niesprawiedliwych czy wręcz niebezpiecznych z punktu widzenia praw konsumenta zapisów znalazło się w tym „lex Kurski”, zmieniliby zdanie. Ustawa uszczelniająca zakłada przede wszystkim, że każdy, kto podpisał umowę na dostarczanie telewizji płatnej, ma również telewizor, czyli zgodnie z ustawą o radiofonii i telewizji musi płacić abonament. A jeśli ktoś nie ma telewizora, bo kupił pakiet usług, np. telewizję z internetem i telefonem, gdyż tak wychodziło taniej? Będzie musiał zapłacić? Będzie. No, chyba że – jak mimochodem podpowiada Ministerstwo Infrastruktury w uwagach zgłoszonych do projektu – taka osoba zdecyduje się „wzruszyć domniemanie” o posiadaniu telewizora przez napisanie odpowiedniego oświadczenia i złożenia na poczcie.

Mnóstwo kontrowersji dotyczy odbiorców tzw. telewizji naziemnej. Rząd sięga co prawda do kieszeni około 10,5 mln abonentów kanałów kablowych i satelitarnych, ale pomija jakieś 5 mln właścicieli anten tradycyjnych, dziś już także odbierających programy cyfrowe. To znaczy oni też muszą płacić, ale tylko formalnie, bo faktycznie, jeśli ktoś nigdy nie zarejestrował telewizora lub radia na poczcie, nic nie ryzykuje, bo nikt go nie sprawdzi. Wszyscy obywatele niby są równi, ale niektórzy równiejsi. Ten zapis narusza art. 32 konstytucji mówiący o równości obywateli wobec prawa, ich równym traktowaniu przez władzę publiczną oraz zakazie dyskryminacji m.in. w życiu społecznym i gospodarczym.

Najmocniej krytykowany jest jednak przepis nakładający na operatorów kablówek, platform cyfrowych oraz dostawców usług typu IPTV (czyli poprzez łącza internetowe) obowiązek przekazywania danych o swoich klientach. Jeśli Sejm niczego nie zmieni, czeka nas w tej kwestii wolna amerykanka.

Skok na bazy danych

Te dane to imię i nazwisko lub w przypadku odbiorcy instytucjonalnego nazwa firmy, na którą zawarta została umowa dostarczania sygnału telewizyjnego, adres, numer PESEL, NIP lub KRS, a nawet adres e-mail, co jest dość zaskakujące, bo pierwotny projekt tego akurat nie obejmował, a przedstawiciele rządu zapewniali, że wymagać będą tylko tych danych, które są potrzebne do identyfikacji abonenta i ani jednej więcej. Wszystkie dane operatorzy będą musieli przesłać Poczcie Polskiej. Jeśli tego nie zrobią w terminie, może im grozić kara w wysokości 5 proc. rocznego przychodu lub 500 tys. zł, gdy nadawca dopiero zaczął oferować usługę telewizyjną. Jeśli zrobią, ale wybiórczo, za każdego pominiętego abonenta zapłacą 500 zł.

Informacje od nadawców Poczta porówna ze swoją bazą danych – by wyłuskać tych, którzy powinni zapłacić. Na niewielką tylko pobłażliwość mogą liczyć abonenci, którzy zalegali z opłatami, choć wcześniej mówiło się, że aby zachęcić do płacenia dłużników, rząd anuluje im dług. Abolicji jednak nie będzie, kar z odsetkami da się uniknąć, jedynie płacąc abonament pół roku do przodu, czyli 136,20 zł. Kto się nie zastosuje, zapłaci karę w wysokości 30-krotności miesięcznego abonamentu, czyli 681 zł plus zaległości.

W ogóle ustawa skonstruowana jest tak, że dróg ucieczek dla tych, którzy nie chcą płacić na upartyjnione media publiczne, jest niewiele. Pozostaje właściwie wyrejestrowanie telewizora, ale dopiero po wygaśnięciu umowy, żeby nie narazić się na kary umowne od operatora albo scedować umowę na osobę, która ustawowo jest zwolniona z płacenia abonamentu (to m.in. osoby powyżej 75. roku życia, z pierwszą grupą inwalidztwa oraz kombatanci).

Nadawcy kablowi nie mogą wyłączyć pasm TVP (o co apelują klienci), gdyż mają obowiązek dokładania do swoich pakietów kanałów telewizji publicznej. Podobnie jest ze spekulacjami, według których zamiast umów na odbiór telewizji nadawcy będą podsuwać klientom aneksy do umów zmieniających ten rodzaj usługi na „usługę multimedialną”. Autorzy ustawy przygotowali się na taką możliwość, zapisując w niej, że umową na dostarczenie telewizji płatnej jest „każda umowa, w ramach której przynajmniej jednym ze świadczeń jest udostępnianie programów telewizyjnych rozprowadzanych przez dostawcę usług telewizji płatnej”.

I jeszcze jedno: czy abonenci dostaną od swych nadawców możliwość wcześniejszego wypowiadania umów wskutek ich zmiany, czyli ewentualnego dodania zapisu o zgodzie na przekazywanie danych osobowych abonenta Poczcie Polskiej? To również mało prawdopodobne – UOKiK właśnie pogroził palcem tym, którym taki pomysł błądzi po głowie. Według urzędu aneksowanie nie będzie potrzebne, bo ustawa nie nakazuje zmian w regulaminach świadczenia usług, ale przekazanie danych abonentów. Przedstawiciele rządu powtarzają z kolei, że ta ustawa to niejako „przypomnienie obowiązku” płacenia abonamentu, więc o co całe zamieszanie? Tyle że odmienną opinię na ten temat ma inny organ państwowy, czyli generalny inspektor danych osobowych, który w uwagach do projektu napisał, że zmiana warunków umów obowiązujących między operatorami a klientami w drodze ustawy „wydaje się wysoce wątpliwa z punktu widzenia ochrony praw konsumentów, będących podmiotami tychże danych”.

Oznacza to, że za chwilę nadawcy znajdą się między młotem a kowadłem. Jeśli będą aneksować umowy, niechybnie narażą się na postępowanie ze strony UOKiK i prawdopodobne kary. Jeśli tego nie zrobią, prawdopodobnie zostaną pozwani przez abonentów argumentujących, że w umowach z operatorami nie wyrażali zgody na przekazanie swych danych innym podmiotom.

Fundacja Panoptykon, powołując się na wyrok TK z 2002 r., w ogóle zakwestionowała możliwość sięgania po dane osobowe klientów kablówek i platform satelitarnych bez ich formalnej zgody. Fundacja w stanowisku przesłanym do ministra kultury zwróciła uwagę, że administracja publiczna, zbierając dane obywateli, musi udowodnić, że jest to „czynność niezbędna, a nie jedynie użyteczna lub najdogodniejsza z możliwych”. Podobne zastrzeżenia – także w sprawie nierównego potraktowania widzów telewizji płatnych i darmowych – zgłosił rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar. Gra nie jest więc skończona.

Janosikowy charakter

Zastrzeżenia ma też sama Poczta, która zdaje się traktować ustawę jak gorący kartofel. Jej biuro prasowe nie odpowiedziało nam co prawda, jak będzie wyglądało przetwarzanie danych ponad 10 mln Polaków, a przede wszystkim, czy poczta będzie na to gotowa. Jednak na etapie prac rządowych narodowy operator jasno dał do zrozumienia, że nie ma pieniędzy na zbudowanie skomplikowanego systemu, który miałby przetwarzać dane tak wielu osób, i liczy w związku z tym na wsparcie budżetowe. Ten apel pozostał jednak bez echa.

Firma ma zbudować system sama, co może trwać długie miesiące, jeśli nie lata – ze względu chociażby na procedury przetargowe. Według poczty samo dostosowanie jej systemów do wymagań ustawy zajmie minimum pół roku. Tymczasem, jak wiadomo, operatorzy telewizyjni mają przekazać dane swoich klientów już po trzech miesiącach od wejścia w życie ustawy. Rząd i na to znalazł sposób – dane ponad 10 mln osób mają być do tego czasu przekazywane mailem lub... w wersji papierowej. Nie wiadomo jednak, kto i jak miałby zadbać o bezpieczeństwo tak przekazywanych danych. Ani kto poniesie odpowiedzialność za ich ewentualne przedostanie się w niepowołane ręce. Cała ustawa przypomina pole minowe pełne wybuchowych niespodzianek. Na przykład z ustawy nie wynika, co to jest „odbiornik telewizyjny”, bo resort kultury nie zaryzykował napisania definicji. Daje to możliwość pobierania abonamentu nawet od właścicieli smartfonów czy tabletów, bo na nich także można oglądać telewizję. Nie wiadomo też, jaką opłatę wnieść ma właściciel większej liczby mieszkań, w których są zainstalowane dekodery płatnej telewizji. Płaci jeden raz czy za każde łącze?

PiS takie argumenty oczywiście ignoruje, zakładając, że może sobie na wiele pozwolić, nie oglądając się na koszty. Bo te będą dla rządzącej partii niezbyt dotkliwe – nawet jeśli elektorat rządzącej partii nie zaakceptuje narracji lojalnościowej, nakazującej płacić na media narodowe, albo nie zamieni kabla lub talerza na naziemną antenę cyfrową, to zawsze można mu podsunąć jakiegoś kozła ofiarnego, na przykład poprzedni rząd. Całą akcję partia przeprowadza więc w swoim stylu, bez oglądania się na wyrażane jednym głosem protesty całego środowiska nadawców, wedle klasycznej zasady „cel uświęca środki”.

Nowa ustawa ma janosikowy charakter – dociska jednych, ale drugich zostawia w spokoju. Najpewniej łamie konstytucję, ale organ, który mógłby to sprawdzić, de facto nie działa. Dla tych, którzy chcieliby bronić swoich praw, pozostaje właściwie tylko Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu. I oczekiwanie, że operatorzy coś jednak wymyślą.

Polityka 23.2017 (3113) z dnia 06.06.2017; Temat z okładki; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Zrzutka na TVPiS"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną