Naczelny POLITYKI o skutkach wizyty Donalda Trumpa

Ameryka kocha Polskę. I odwrotnie.
Przyjechał – wyjechał. My zostaliśmy. Pytanie: z czym?
Działacze i wyborcy PiS doznawali ekstazy, ilekroć prezydent Stanów Zjednoczonych mówił o wielkiej bohaterskiej przeszłości Polaków, dumie, godności, niezłomności naszego narodu.
Adam Chełstowski/Forum

Działacze i wyborcy PiS doznawali ekstazy, ilekroć prezydent Stanów Zjednoczonych mówił o wielkiej bohaterskiej przeszłości Polaków, dumie, godności, niezłomności naszego narodu.

Kilkunastogodzinna wizyta Donalda Trumpa w Polsce miała przede wszystkim charakter wizerunkowy; zresztą dla obu stron. I z tego punktu widzenia była udana: każdy jakoś tam swoje ugrał. Prezydent Trump, o którym słusznie się mówi, że do polityki ma podejście biznesowe, tuż przed trudnymi spotkaniami w Hamburgu na szczycie G20 zastosował swoją ulubioną technikę negocjacyjną, nazywaną przez niego leverage, czyli w wolnym tłumaczeniu, pompowanie.

Nietrudno się domyślać, że warunkiem jego nieoczekiwanego przyjazdu do Polski były widoki rozentuzjazmowanego tłumu, skandującego „Donald Trump!”, obrazek nie do uzyskania w żadnym kraju Zachodu. To był sygnał dla Angeli Merkel, że, sorry, jest jeszcze inna Europa, która mnie jednak ceni i popiera. Równocześnie, wzywając rozleniwionych Europejczyków do obrony cywilizacji zachodniej, prezydent USA po raz pierwszy tak wyraźnie dał do zrozumienia, że nie rezygnuje z tradycyjnej roli Ameryki jako przywódcy Wolnego Świata. To było czytelnie adresowane i do „Mercrona”, i do Putina. A już do Putina bezpośrednio zostały skierowane drobne przytyki o destabilizującej postawie Rosji w Syrii i na Ukrainie oraz tak wyczekiwana od miesięcy przez sojuszników USA dość miękka (ale jednak) deklaracja respektowania art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego, fundamentu kolektywnej obrony NATO.

Co powiedziawszy w Warszawie, prezydent Trump mógł już jechać do Hamburga na spotkanie z przywódcami największych krajów świata, nie jako nieprzewidywalny, niekompetentny i trochę kabaretowy parweniusz, ale nabierający wagi i rozmiaru „mąż stanu”.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj