Mariusz Błaszczak: pisowiec do misji specjalnych

Pisowiec idealny
Mariusz Błaszczak niepostrzeżenie stał się centralną figurą pisowskiego świata. A przy okazji żywą ilustracją rządzących nim mechanizmów.
Błaszczak to człowiek od naprawdę trudnej roboty, któremu bez obaw można powierzyć najbardziej odpowiedzialne zadania.
Daniel Frymark/Radio Weekend/Forum

Błaszczak to człowiek od naprawdę trudnej roboty, któremu bez obaw można powierzyć najbardziej odpowiedzialne zadania.

Mariusz Błaszczak oddelegowany został do jeszcze bardziej odpowiedzialnego zadania – posprzątania w MON po Macierewiczu.
Adam Chełstowski/Forum

Mariusz Błaszczak oddelegowany został do jeszcze bardziej odpowiedzialnego zadania – posprzątania w MON po Macierewiczu.

audio

AudioPolityka Rafał Kalukin - PiSowiec idealny

Mariusz Błaszczak złogi macierewiczowskie w Ministerstwie Obrony czyści metodycznie. Na zimno, bez emocji i zbędnych komentarzy. A przecież ofiarą bezwzględnych czystek nie padają agenci „totalnej opozycji”, lecz strażnicy pisowskiej ortodoksji. Do takiej roboty trzeba mieć stalowe nerwy. Ale Błaszczak to przecież profesjonalista w każdym calu.

Jeszcze dwa lata temu trąciłoby to herezją, lecz dziś widać wyraźnie, że z perspektywy prezesa PiS wyższość Błaszczaka nad Macierewiczem jest bezdyskusyjna. Nie tylko z uwagi na życiorys prosty jak drut, pozbawiony jakiegokolwiek politycznego zakrętu i podejrzanych afiliacji. Kluczowy okazał się brak wszelkich zobowiązań nowego ministra obrony wobec kogokolwiek poza prezesem. Tym samym nic go nie ogranicza.

Nigdy zresztą nie miał w PiS swoich ludzi, gdyż wiążą się z tym przykre obowiązki. Przede wszystkim trzeba o nich dbać. A to już może być ryzykowne. Bo co zrobić, gdy powinności wobec własnego zaplecza nagle kolidują z powinnościami wobec pryncypała? Spadająca głowa nazbyt pewnego siebie Macierewicza dowodzi, że w PiS nie ma świętych krów. Na szczęście można być pewnym, że Błaszczak nigdy nie będzie miał swojego Misiewicza. Wystarczy, że Kaczyński ma swojego Błaszczaka. Ważnych spraw nie należy komplikować.

Nie ma też swojej gazety, która rozkręci w jego obronie hałaśliwą kampanię szkodzącą całemu obozowi. Nie jest ojcem chrzestnym dziecka ważnego redaktora. Nie stoją za nim fanatyczne kluby. Trudno byłoby pewnie znaleźć choć jednego wyborcę PiS szczerze uwiedzionego przymiotami Błaszczaka. Zresztą nawet w rodzinnym Legionowie, gdzie zaczynał jako samorządowiec, nigdy nie stroił się w szaty dobrego wujka. Nie postawił symbolicznego peronu będącego dowodem jego lokalnej chwały. A jeśli jego biuro poselskie stanowi dla mieszkańców tej podwarszawskiej miejscowości jakikolwiek punkt odniesienia, to głównie dlatego, że pod tym samym adresem przyjmuje weterynarz.

Nie ma też Błaszczak swoich wątków, z którymi mógłby się kojarzyć. Autorskich tematów, które z korzyścią dla partii i siebie samego mógłby obsługiwać. Własnej legendy. I właśnie dlatego jest pisowcem idealnym.

1.

Ale i zapomnijmy o Mariuszu z „Ucha prezesa”. Kreacja Mikołaja Cieślaka okazała się hitem politycznej satyry, lecz z prawdziwym Błaszczakiem nie ma ona wiele wspólnego. Bo nowy szef MON nie jest przecież głupkiem z Nowogrodzkiej, hybrydą lizusa, ordynansa i piorunochronu prezesowskich nastrojów. Błaszczak to człowiek od naprawdę trudnej roboty, któremu bez obaw można powierzyć najbardziej odpowiedzialne zadania. Polityk wielofunkcyjny, na dodatek z prostą instrukcją obsługi. Naciskasz guzik, a on bez zbędnych pytań oddala się do powierzonych mu obowiązków.

Gdy w połowie poprzedniej dekady zaczynały się pierwsze rządy PiS, był jeszcze partyjnym anonimem, który nawet nie zdołał dostać się do Sejmu. Mimo to prezes od razu powierzył mu odpowiedzialną pracę, czyniąc Błaszczaka szefem kancelarii premiera Marcinkiewicza. Miał tam być okiem i uchem partii. Informować o tym, co się dzieje w otoczeniu premiera. Łowić wszelkie niepokojące sygnały i precyzyjnie transmitować na Nowogrodzką. I niech o profesjonalizmie Błaszczaka świadczy to, że wywiązując się z powierzonych mu zadań, jakimś cudem nie zraził do siebie premiera. Wypluty już przez PiS Marcinkiewicz dobrze bowiem wspominał Błaszczaka i podkreślał jego urzędnicze kompetencje.

Gdy na dwie kadencje PiS oddalił się do opozycji, Błaszczak został szefem klubu parlamentarnego. Wtedy z kolei wcielił się w rolę zamiennika prezesa, któremu trudno było zawiadywać jednocześnie partią i klubem. Niewielu jest polityków, którzy byliby obojętni na pokusę wykorzystania takiego stanowiska do zbudowania własnej pozycji. Lecz Błaszczak i tym razem dał radę. To zapewne uczyniło go po zwycięstwie wyborczym PiS niemal idealnym kandydatem na szefa MSWiA.

Bo w tym resorcie zawsze działo się coś dziwnego. Był niejako zarezerwowany dla masywnych partyjnych „dwójek”. Najbliższych współpracowników wielkich liderów, którzy zdobywali szlify w opozycji, żelazną ręką zarządzając partyjnymi egzekutywami. Przechodząc do aparatu państwowego, mieli dowodzić swych menedżerskich kompetencji w głównym siłowym resorcie, wręcz stworzonym dla twardych facetów, z mundurami i ogromnym zakresem władzy. Twardzielem u Mariana Krzaklewskiego był w zamierzchłych już czasach AWS Janusz Tomaszewski. Za Leszka Millera pełnił tę rolę Krzysztof Janik. Za pierwszych rządów Jarosława Kaczyńskiego – Ludwik Dorn. Z kolei za Donalda Tuska – Grzegorz Schetyna.

Każdy z tych duetów początkowo imponował zgraniem, wzajemną lojalnością, zaufaniem. „Dwójki” zapewniały wodzom komfort. Udrożniały partyjne kanały decyzyjne, osłabiały potencjalnych konkurentów. A zarazem znały swe miejsce w szeregu. Rezygnując z własnych ambicji przywódczych, dostawały w zamian gwarancje realnego wpływu. Lecz przeniesienie tego układu na poziom państwowy za każdym razem kończyło się katastrofą. Dawni polityczni przyjaciele wcześniej czy później rzucali się sobie do gardeł. Realna władza nad ogromną resortową strukturą najwyraźniej rodziła ambicje, których nie dawało się już dłużej okiełznać.

Teraz w podobnej roli znajdzie się Joachim Brudziński, obecna klasyczna pisowska „dwójka”. Wchodzący jednak do MSWiA raczej z konieczności niż osobistej chęci. Gdyż Błaszczak doskonale się przecież w tym resorcie sprawdził. Był pierwszym szefem, który nie uległ pokusom władzy i nie rozsmakował się w splendorach. To tylko przed jego zastępcą Jarosławem Zielińskim mundurowi służalcy rozwijali czerwone dywany i sypali na głowę konfetti. Błaszczak pozostał sobą. Koncertowo zdał egzamin lojalności i pewnie dlatego został następnie oddelegowany do jeszcze bardziej odpowiedzialnego zadania – posprzątania w MON po Macierewiczu.

2.

Przez ponad dwa lata spędzone w resorcie spraw wewnętrznych funkcjonował dokładnie tak samo jak wcześniej w partii. Nie zaciągał żadnych zobowiązań wobec podlegających mu struktur. Ani też nie próbował ich wykorzystać do wzmocnienia własnej pozycji. Jedynym punktem orientacyjnym Błaszczaka pozostał prezes.

Już na samym początku urzędowania ostentacyjnie podeptał etos podległej mu służby. Publicznie obsobaczył gdańskich policjantów, którzy podczas Parady Równości zatrzymali lżącą ich prawicową zadymiarę i zarazem córkę radnej PiS. Następnie nawet nie mrugnął okiem, gdy z inicjatywy ministra Ziobry wstrzymano odbycie kary przez narodowca, który napadł na policjanta. Gdy w Ełku antyimigrancko pobudzony tłum ruszył na policję chroniącą przed splądrowaniem lokal z kebabem, Błaszczak usprawiedliwiał to „zupełnie zrozumiałymi obawami ludzi” przed zamachami terrorystycznymi. Za każdym razem uliczny prawicowy żywioł okazywał się ważniejszy od autorytetu policji.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną