Kraj

Marce

Marzec ’68 pół wieku później

Pożegnanie na Dworcu Gdańskim, 1968 r. Pożegnanie na Dworcu Gdańskim, 1968 r. Elzbieta Turlejska / Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN
Krzysztof Topolski, emigrant, repatriant, Polak, Żyd: dzisiaj znowu czuję atmosferę Marca ’68, mam to samo wewnętrzne uczucie, które miałem jako 20-latek i szedłem do Ambasady Izraela dowiedzieć się o możliwość wyjazdu z Polski, bo już dłużej nie mogłem wytrzymać.
Krzysztof TopolskiMarcin Kołodziejczyk/Polityka Krzysztof Topolski
Warszawski mural „Marzec 1968”Maciej Łuczniewski/Gazeta Polska/Forum Warszawski mural „Marzec 1968”
Już w sprzedaży najnowszy Pomocnik Historyczny „Rewolta 1968”.Polityka Już w sprzedaży najnowszy Pomocnik Historyczny „Rewolta 1968”.

Artykuł w wersji audio

Ten sam kraj, to samo miasto, pół wieku później, w miesiąc po podpisaniu przez prezydenta Polski Andrzeja Dudę nowelizacji ustawy o IPN, według której do 3 lat więzienia grozi każdemu, kto przypisywałby Polsce i Polakom współudział w zagładzie Żydów.

Krzysztof Topolski: – Rządzący Polską wywołali burzę w 50. rocznicę Marca. Wypuścili dżina z butelki i on długo nie da się zamknąć. Nagle jest zatrzęsienie wpisów antysemickich w internecie. Uważam, że ten dżin nazywa się faszyzm, a jego twórców nazywam faszystami.

Mieszkanie w śródmieściu Warszawy, kilkadziesiąt metrów od gmachu Politechniki Warszawskiej – to w Politechnice, po pyskówce na zebraniu Związku Młodzieży Socjalistycznej, esbecy musieli wytypować studenta Topolskiego jako wzorzec syjonisty i zmienili całe jego życie. Aresztowany 10 marca 1968 r., w siódmym miesiącu śledztwa dostał zarzuty z art. 28 Małego kodeksu karnego – czyli „Dekretu o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa polskiego” – który przewidywał karę do 10 lat więzienia za obrazę narodu polskiego i głoszenie fałszywych informacji.

W 1968 r. na spontanicznym spotkaniu w zarządzie ZMS, którego już od roku nie był członkiem, Krzysztof Topolski powiedział, że jeżeli co tydzień stawia się nowy pomnik polskiemu partyzantowi, należałoby także porozmawiać o polskich szmalcownikach. Mówił też, że Polska ma takie same prawa do Wrocławia, jak Izrael do Jerozolimy – Niemcy wywołali drugą wojnę światową, przegrali i musieli zapłacić utratą Wrocławia, Arabowie wszczęli wojnę sześciodniową przeciw Żydom, ponieśli klęskę i oddali Jerozolimę Izraelowi. W 1968 r. polsko-izraelskie stosunki dyplomatyczne były oficjalnie zerwane. Oczywiście na sali wśród zetemesowców siedział tajniak.

Nazwisko Topolski

Rodzina Toppermanów wywodzi się ze Lwowa. Ojciec Fryderyk był inżynierem, matka Paula lekarką. Dziadek ze strony matki walczył w Legionach Piłsudskiego. Ojciec Krzysztofa zmienił nazwisko na Topolski, kiedy po wojennej tułaczce po ZSRR pod koniec lata 1944 r. przyjechał do Stalowej Woli uruchamiać hutę. Tam mu powiedzieli, że okupacyjny niemiecki dyrektor huty nazywał się Teperman – więc zmienił nazwisko, by się nie kojarzyć z Niemcem. Później w rodzinie krąży anegdota o tym, jak do ojca w Stalowej Woli dołącza mama w szóstym miesiącu ciąży – pyta w mieście o dyrektora Toppermana i, podejrzana o bycie niemieckim szpionem, spędza dwa dni na NKWD. Mąż zapomniał powiedzieć żonie, że teraz jest Topolski.

Topolscy nigdy nie podtrzymywali żydowskich tradycji – oboje rodzice przedwojenni komuniści etosowcy, niereligijni, nawet śladu żydowskości w domu, o wojnie mówili ogólnikowo. Dopiero w latach 60. przyznawali w rozmowach, że z pochodzenia i z Holokaustu uczynili tabu, żeby chronić dzieci – swoje pochodzenie postrzegali jako niepotrzebne brzemię. Krzysztof dokładnie pamięta warszawski skwerek, gdzie w 1952 r. kolega z przedszkola, Józek Blass – dziś jeden z najbogatszych, mówiących po polsku ludzi na świecie – przekazał mu szeptem podsłuchaną w domu wieść: jesteśmy Żydami. I nic to kompletnie nie znaczyło, mówi Topolski, pełen abstrakt, bo wcześniej ani razu nie słyszałem słowa Żyd, a potem długo mnie to nie obchodziło.

O Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym Żydów ojciec powiedział mi, że to organizacja nacjonalistyczna. Nigdy nawet tam nie poszedłem.

Wojna sześciodniowa

W czerwcu 1967 r. wybuchła wojna sześciodniowa – to właśnie wówczas, jak dzisiaj twierdzi wielu świadków wydarzeń, rozpoczął się odgórnie sterowany proces „hecy antyżydowskiej”, który miał swoje apogeum w marcu 1968 r. i skutkował masowymi wyjazdami z kraju Polaków pochodzenia żydowskiego. Kiedy siedem państw arabskich, na czele z Egiptem, Jordanią i Syrią, zaatakowało Izrael z zamiarem wymazania go z mapy świata, wydawało się, że Polska jest przychylna Żydom. O wojnie dużo się rozmawiało prywatnie i mówiło w mediach. Topolski pamięta, że wtedy po raz pierwszy poczuł swoje korzenie. Właśnie zrezygnował z politechniki i przenosił się na socjologię do Łodzi. Pamięta, że gdy odbierał papiery ze studium wojskowego, zastał tam oficerów pochylonych nad mapami Bliskiego Wschodu. Powiedział im, choć sam mało wierzył we własne słowa: panowie, Izrael rozpieprzy Arabów w ciągu tygodnia. Uśmiali się, popatrzyli jak na wariata.

Wojna trwała sześć dni i zakończyła się zwycięstwem Izraela. Już drugiego dnia stosunek władz Polski do walczących zmienił się całkowicie. Obowiązująca wykładnia przyszła z ZSRR – Moskwa, a w ślad za nią Warszawa zerwały kontakty z Izraelem.

19 czerwca 1967 r. przemawiający w Pałacu Kultury i Nauki Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz PZPR, zarzucił polskim Żydom działanie na szkodę PRL i nazwał ich piątą kolumną. Gomułka sam miał wówczas problemy na szczytach władzy. Zaktywizowali się bowiem tzw. partyzanci, frakcja partyjna Mieczysława Moczara, ministra spraw wewnętrznych – jak by się dziś powiedziało: populistyczni nacjonaliści. Partyzanci atakowali syjonistów, czyli domniemanych nacjonalistów żydowskich, na wiecach, zebraniach, masówkach zwoływanych w fabrykach. Moczar przyrównywał działania izraelskiej armii w czasie wojny sześciodniowej do hitlerowskich. Po przemówieniu Władysława Gomułki nagonka antyżydowska ruszyła z większą siłą. Rozpoczęły się czystki – zwalniano z pracy ludzi żydowskiego pochodzenia, od wykładowców na uczelniach po ministrów i oficerów.

Krzysztof Topolski: – Propaganda antysemicka była nagle wszędzie – w gazetach, w radiu, na uczelniach, na ulicach, w zakładach pracy – koszmarny nastrój. Zwłaszcza wśród starszego pokolenia zapanował strach przed kolejnym Holokaustem. W lipcu 1967 r., nie wiedząc zupełnie nic o tym, co to znaczy być Żydem, poszedłem do ambasady izraelskiej spytać o możliwość wyjazdu. Ale jeszcze wtedy z wyjazdu zrezygnowałem. Zawsze czułem się Polakiem. Po przemówieniu Gomułki zacząłem się czuć żydowskim Polakiem.

Po „Dziadach”

Na listopad 1967 r. wszystkie kraje bloku wschodniego szykowały huczne obchody 50. rocznicy rewolucji październikowej – akademie, przemówienia, fety, wydarzenia kulturalne, laudacje naukowe. „Dziady” Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym wpisane były w te obchody – inscenizowano je „nowocześnie”, co od razu po premierze 25 listopada wywołało krytykę kręgów partyjnych. Czas wciąż był niespokojny politycznie i rozdyskutowany – partyjni decydenci odebrali spektakl jako antyradziecki i rozpoczęły się sankcje przeciw „Dziadom”. Najpierw był wydany przez Wydział Kultury KC PZPR zakazu publikacji pozytywnych recenzji – później szef wydziału Wincenty Kraśko punktował spektakl za „religianctwo” oraz „szkodnictwo polityczne”. A Gomułka powiedział arbitralnie: „»Dziady« wbijają nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej”. Dni przedstawienia były policzone. Na darmo reżyser tłumaczył w Wydziale Kultury, że nie chodzi mu o antyradzieckość, a o antycarskość.

Ostatni spektakl „Dziadów” Dejmka zagrano w Narodowym 30 stycznia 1968 r. Natychmiast po przedstawieniu zaczęła się studencka demonstracja: „Niepodległość bez cenzury”, „Chcemy kultury bez cenzury”. Protesty organizowali tzw. komandosi – grupa studentów, którą tworzyli m.in. Adam Michnik, Jacek Kuroń, Henryk Szlajfer, Barbara Toruńczyk, Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński, Aleksander Perski – słynący z nagłego pojawiania się na uroczystościach i konferencjach uniwersyteckich, aby tam, doprowadzając do otwartej dyskusji, rozbrajać oficjalną propagandę partyjną. Milicja rozpędziła manifestujących, było bicie pałkami, 35 osób aresztowano.

8 marca 1968 r. w południe na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się zorganizowany przez studentów wiec – w obronie praw obywatelskich i za przywróceniem na studia usuniętych za politykę kolegów. Cztery dni wcześniej wyrzucono z UW Michnika i Szlajfera – powodem było to, że opowiedzieli francuskim dziennikarzom o sytuacji w Polsce i protestach po zdjęciu „Dziadów”. W pewnym momencie 8 marca na dziedziniec wjechało kilka autokarów z napisem „wycieczka”. Wysiedli mężczyźni w cywilnych ubraniach – jak się potem okazało funkcjonariusze ZOMO i ORMO oraz tzw. aktyw robotniczy – którzy gonili ludzi, wyłapywali ich z tłumu i wywozili. A po południu przyjechało już regularne ZOMO w rynsztunku do pacyfikacji – ci bili wszystkich bez wyjątku. Pomimo że procesy sądowe aresztowanych studentów oskarżanych o „zakłócanie porządku” rozpoczęły się już 9 marca, zamieszki, nie tylko w Warszawie, trwały przez kolejne kilka dni.

9 marca demonstrowała Politechnika Warszawska, był tam Krzysztof Topolski.

Pierwsze cele

Topolski: – Kolega załatwił klucze do radiowęzła obsługującego wszystkie akademiki PW. Siedziałem tam w nocy z 8 na 9 marca i przez kilka godzin ogłaszałem zmienionym, grubym głosem, że 9 marca o 12 robimy wiec na polibudzie. Ale akurat na tym mnie nigdy nie złapali.

Tajniacy działali błyskawicznie. Jeszcze tego samego dnia, kiedy odbył się protest na PW, na biurku płk. Stanisława Kończewicza, dyrektora gabinetu ministra spraw wewnętrznych, leżał tajny „meldunek specjalny nr 2”, w którym donoszono: „w auli Politechniki Warszawskiej przy pl. Jedności Robotniczej zebrała się kilkusetosobowa grupa, wobec której wystąpili z przemówieniami następujący studenci uniwersytetu: Topolski, Świstak, Rubinstein, Wajntraub, Goldberg. (...) domagali się oni większych swobód demokratycznych, uchwalenia rezolucji potępiającej decyzje władz i interwencję MO na terenie UW”. Tajniak donosił dalej: 200-osobową grupą przeszli pochodem w kierunku placu Unii Lubelskiej, śpiewając hymn państwowy oraz krzycząc: „Niech żyją »Dziady«, „Precz z bezpieką!”. „W czasie rozpraszania przez oddziały MO w sile 2 kompanii uczestnicy rozbiegli się, a następnie ponownie formowali małe grupy, które wznosiły okrzyki: »Gestapo!«, »Precz z SS!« itp.”.

10 marca 1968 r. Krzysztof Topolski był już przesłuchiwany w Komendzie Stołecznej MO w Pałacu Mostowskich. Pamięta, że się nie bał, a samo aresztowanie nawet go trochę rozbawiło – sądził, że jak zwykle w podobnych przypadkach posiedzi 48 godzin i go wypuszczą. Mówi: na korytarzu Mostowskich spotkałem Olka Perskiego, zwiniętego 8 marca, który właśnie wychodził – poprosiłem go, żeby zawiadomił moich rodziców, że wracam za dwa dni.

W celi Pałacu Mostowskich rzeczywiście było wesoło – 40 osób w pomieszczeniu przeznaczonym dla 10, sami zatrzymani na Krakowskim Przedmieściu w związku z manifestacjami po „Dziadach”, niektórzy kompletnie przypadkowi. Ale stopniowo innych zwalniano, a Topolski usłyszał zarzut zagrożony karą do 1,5 roku więzienia: „Rozpowszechnianie fałszywych wiadomości mogących wywołać niepokój publiczny”. Przenieśli go do więzienia na Rakowiecką. Tam w sierpniu usłyszał poważniejszy zarzut: obraza narodu polskiego, kara do 10 lat.

Krzysztof Topolski: – Miałem na Rakowieckiej jedną potwornie ciężką noc, bo ja byłem z wolności – kobiety, wino i śpiew – a tu nagle takie coś. Jedna myśl uratowała mnie przed tym, że nie zacząłem walić w drzwi i prosić, że już będę grzeczny: ojciec by się mnie wstydził.

Decyzję o wyjeździe z kraju podjął w dniu, kiedy przedstawiono mu zarzut obrazy narodu polskiego. Był to – jak miało się okazać – dzień szczególny. Gdy Topolski wrócił do celi, czekał tam na niego numer „Trybuny Ludu” z informacją o „bratniej pomocy”, czyli dokonanej z udziałem Ludowego Wojska Polskiego inwazji na Czechosłowację.

Mówi: – To już nie była kwestia tego, czy ja się boję, czy nie, czy jestem Żydem, czy nie. To była kwestia kompletnego braku nadziei na przyszłość w tym kraju.

Młodzieniec w garniturze

Topolski dostał wyrok – 1,5 roku więzienia i 2 lata pozbawienia praw obywatelskich i publicznych. Partyjne gazety pisały o nim w związku z procesem z obowiązującą pogardą, jako o przedstawicielu „bananowej młodzieży” propagandowo oskarżanej o wywołanie rozruchów w marcu 1968 r.: na ławie oskarżonych siedzi młodzieniec w nienagannie skrojonym garniturze. Jako bananowa młodzież Topolski był łatwym celem: miał 21 lat, był synem dawnego ministra przemysłu. Przez sześć kolejnych miesięcy, przeniesiony z Rakowieckiej do więzienia w Strzelcach Opolskich, mógł się widzieć z rodzicami tylko pod nadzorem. Dwa dni po aresztowaniu Krzysztofa jego ojciec został zwolniony ze stanowiska, a później wyrzucony z PZPR.

Topolscy za grosze wyprzedawali majątek, żeby się utrzymać. W podobnej sytuacji znalazło się wielu ich pozwalnianych z pracy znajomych żydowskiego pochodzenia. Wracał strach z wojny, ludzie bali się wychodzić na ulice – a mimo że w przemówieniach Gomułka podkreślał, iż nie ma mowy o antysemityzmie, trudno było to inaczej nazwać, kiedy się oglądało w telewizji masówki antysyjonistyczne w fabrykach, twarze ludzi, okrzyki, transparenty antyżydowskie. PZPR zdecydowała o potrzebie zwoływania takich masówek kilka dni po wiecach z 8 marca – winą za niepokoje społeczne obarczono Żydów. Po latach miało się okazać, że prawdziwy entuzjazm wśród masówkowiczów był wtedy tak niewielki, że aplauz dogrywano z meczów piłkarskich. Propagandę antyżydowską ułatwiał fakt, że wielu spośród zatrzymanych w marcu 1968 r. studentów nosiło „obco brzmiące nazwiska” – koronny populistyczny argument przeciw „syjonistom”.

Dokument podróży

Krzysztof Topolski wyszedł z więzienia w Strzelcach warunkowo, w marcu 1969 r. Zapamiętał pytanie zadane mu przez członka komisji penitencjarnej: jak pan zamierza naprawić szkody, które pan wyrządził klasie robotniczej? Osłupiał, odpowiedział: nie wiem. Pojechał do Warszawy, do rodziców. Dowiedział się, że napiętnowani przez władze ludzie wyjeżdżają masowo za granicę pociągami z Dworca Gdańskiego – najpierw wyjeżdżali młodzi (według różnych szacunków wyjechało wtedy od 15–25 tys. osób). Wśród starszego pokolenia, pamiętającego Holokaust, powszechne było przekonanie, że najpierw należy ratować dzieci. Jechali głównie do Wiednia albo do Rzymu – tam już działały delegacje izraelskich i amerykańskich organizacji żydowskich załatwiające paszporty do wybranych krajów. Krzysztof miał jechać do Szwecji, do dawnego znajomego ojca. Ale na trzeci dzień po powrocie z więzienia odnalazło go pocztowe wezwanie do kompanii karnej w Orzyszu.

Topolski: – W więzieniu się stawiałem, byłem rekordzistą karcerów, wróciłem całkowicie wykończony fizycznie i psychicznie. Kiedy przyszło wezwanie do kompanii karnej, już wiedziałem, że po prostu chcą mnie zniszczyć.

Postanowili w domu, że schroni się w szpitalu dla nerwowo chorych w Tworkach. Był tam znajomy psychiatra, profesor Szumigaj, który stwierdził u Topolskiego nerwicę postreaktywną. Wszyscy lekarze w szpitalu wiedzieli o mistyfikacji, nikt nie doniósł – zresztą mówiło się, że już parę miesięcy temu mieli tam podobnego „pacjenta”, który już szczęśliwie wydostał się za granicę.

Latem 1969 r. Topolski zrzekł się polskiego obywatelstwa – tak wymagały przepisy dla wyjeżdżających – i dostał tzw. dokument podróży (w jedną stronę), zwany też psim paszportem. Na Gdański odprowadzali go rodzice i znajomi, mała grupa, bo większość wyjechała. Nieoczekiwanie na peronie, wśród łez i pożegnań, włączał się czarny humor – to wspomnienie wielu marcowych emigrantów. Krzysiek dostał od znajomych na drogę 5 litrów wódki w stugramowych buteleczkach. Pociąg jechał przez Berlin wschodni, do portu w Sassnitz i promem do szwedzkiego Trelleborga. W przedziale zmieniali się współpasażerowie, niektórzy z nich byli konduktorami lub celnikami – każdy przychodził się napić. Już w okolicach Poznania Topolski był pijany, pijany dojechał do Trelleborga.

Topolski: – Tym pijaństwem pokrywałem skrajny ból, koszmarny smutek, świadomość, że nigdy więcej nie wrócę do Polski. Nie było nadziei. ZSRR wydawał się wieczny.

Marzec 2018

Rodzina Topolskich spotkała się w Sztokholmie w grudniu 1969 r. Stamtąd pojechali do Kanady, Krzysztof założył interes w branży motoryzacyjnej – dorobił się milionów, organizował pomoc dla Solidarności w Polsce, ale to już temat na inną opowieść.

Do Polski zaproszono go w 1988 r. – jakby nigdy nic przyszedł attaché z konsulatu w Toronto z zaproszeniem. Był to pierwszy znak, że czasy się zmieniły i nie jest już dla władz Żydem syjonistą, tylko biznesmenem polonijnym. Zapamiętał, w jaki sposób kilka lat później został przedstawiony przez wicepremiera Henryka Goryszewskiego w jednej z fabryk, z którą miał robić interesy: „Proszę, prezes Topolski, inna wiara, inna rasa, inna religia... a myśli!”.

Krzysztof Topolski wrócił do Polski na stałe w 1990 r. Powodem była kobieta, późniejsza żona, wielka miłość. O zwrot obywatelstwa polskiego nigdy nie prosił: – Nie będę prosił o coś, czego nie wolno mi było wywieźć. Propozycja ponownego nadania obywatelstwa wyszła od prezydenta Kwaśniewskiego.

Zapytany o to, kim się czuje dziś, Krzysztof Topolski odpowiada: – Jestem Polakiem żydowskiego pochodzenia i sprawa mojego pochodzenia jest dla mnie kwestią honoru.

***

Źródła niewymienione w tekście: „Marzec 1968 w dokumentach MSW”, IPN, Warszawa 2008; „Ani tu, ani tam. Marzec 68 – powroty”, Krystyna Naszkowska, Wielka Litera 2018; zapisy prywatnych rozmów z Krzysztofem Topolskim i jego matką Paulą, prowadzone przez Joannę Podgórską.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną