Wyznawcy miłości, orędownicy nienawiści
Świat dzieli się na wyznawców miłości i orędowników nienawiści.

Druga rocznica zamachów terrorystycznych w Brukseli minie 22 marca. Ich ofiarą padło ponad 30 osób, jedną z nich była Loubna Lafquiri, żona Mohameda El Bachiri, mieszkańca dzielnicy Molenbeek w Brukseli. Dwa lata temu Loubna jak co rano wsiadła do metra. Niedługo potem Mohamed usłyszał, co się stało. „Tego ranka mój świat się zawalił” – opowiadał na spotkaniu autorskim poświęconym jego książce pt. „Dżihad miłości” („Un jihad de l’amour”). Dziś Mohamed, ojciec trójki maluchów osieroconych przez Loubnę, bierze udział w debatach, spotkaniach z uczniami i wszystkimi, którzy chcą go słuchać. A chcą, bo Mohamed opowiada o miłości. Nie tylko tej do żony. „Nie byliśmy jakąś wyjątkową parą. Ot, dwoje ludzi, którzy się kochają, mają wspaniałe dzieci, układają razem życie”. Tylko tyle? Aż tyle. Książka, którą napisał po śmierci żony, jest pełna poezji, ciszy i miłości właśnie. Najbardziej ujmuje w niej to, że spoza miłości do kobiety wyziera miłość do ludzi.

Humanistyczny, pacyfistyczny przekaz Mohameda wszystkich porusza. Do tego stopnia, że prowadząca spotkanie, a także współautor książki, belgijski pisarz David Van Reybrouck, nie mogli się opanować, żeby nie zadać pytania, które wszystkim nam, słuchającym Mohameda, cisnęło się na usta: „Ale jakim cudem im wybaczyłeś? Przecież zabili ci najbliższą osobę! Powinieneś ich nienawidzić”. Tak, my w Polsce wiemy, jak wielka potrafi być siła nienawiści. Nienawiści kogoś, kto stracił bliską osobę. Jak strasznie bywa zaraźliwa. Jak ją można zapuszkować, opakować, sprzedawać, a nawet eksportować. To dziś nasz flagowy produkt, nienawiść à la polonais.

A tu, w Brukseli, siedzi ten człowiek, któremu żonę, matkę jego dzieci zabili ludzie z dzielnicy, znani mu z imienia i nazwiska. I on, który mógłby żyć nienawiścią – mówi o miłości! Tytuł jego książki wydanej po holendersku zawiera słowo „dżihad”. Francuski wydawca się tego słowa wystraszył. Niesłusznie, bo Mohamed El Bachiri nadał słowu znaczenie klasyczne, a nie to, w które ubrali go fanatycy, manipulujący uczuciami religijnymi wyznawców, nawołujący do pójścia na „świętą wojnę”. Pojęcie dżihadu „istniało na długo przed pojawieniem się islamu, na terenach zamieszkanych przez Beduinów. Oznaczało ono głównie opiekę nad rodem, troskę o rodzinę, walkę o przeżycie. Wraz z pojawieniem się religii islamskiej zostało ono przetransponowane na grunt religijny” (Wikipedia).

Mohamed El Bachiri mówi: „Mój dżihad potrzebuje miłości, żeby istnieć”. Dla niego, muzułmanina, oznacza to duchowy wysiłek, żeby być lepszym człowiekiem. O terrorystach mówi: „Nie mamy tej samej religii. Moja religia głosi miłość. Ich – nienawiść”.

Przy lekturze tej wzruszającej książki jedno staje się jasne: że świat nie dzieli się na wyznawców Jezusa i wyznawców Mahometa. Świat dzieli się na wyznawców miłości i orędowników nienawiści. Bywa, że mieszkają w tej samej dzielnicy, np. w brukselskim Molenbeeku. Ci ostatni odpalają bomby, w których ginie żona sąsiada, matka trójki dzieci. Albo mieszkają na warszawskim Ursynowie, w Łodzi, w Białymstoku i zaczepiają sąsiadów, sąsiadki o ciemnej karnacji. Wyzywają ich, biją, każą „wracać do siebie”.

Owszem, wskazane byłoby „wrócić do siebie” – w sensie powrotu do podstaw chrześcijańskiej wiary. Do głoszenia miłości, a przede wszystkim jej okazywania. Powrót do tego, co wedle ewangelii głosił ponad dwa tysiące lat temu naiwny, charyzmatyczny młody człowiek (chyba jednak nie nordycki blondyn, tylko śniady brunet). Stał murem za swoją wiarą – wiarą miłości – za co został ukrzyżowany w wieku raptem 33 lat. Czy jego celem było namawianie do plucia na sąsiadów, wyganianie ich z domów? Gdyby tak było, malowałoby się go i rzeźbiło z twarzą wykrzywioną nienawiścią.

„– Żywi zamiast trupów, opoka zamiast rozróby i patrzenie w przyszłość zamiast kąpieli w krwawej historii. Słyszałaś kiedyś o takiej Polsce? – Nie. Ale zawsze o takiej marzyłam”. Bohaterka powieści „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego wyraża marzenie większości z nas, czy to mieszkających w Polsce, czy gdzie indziej. W Libanie, Kuwejcie, Jordanii, Maroku zapytano ludzi, takich zwykłych, z ulicy, czym dla nich jest dżihad? W odpowiedzi padało: „poświęcenie się swojej pracy”, „wytrwałość w osiąganiu celów”, „dbanie o pokój”, „harmonijne współegzystowanie”. Termin odnosi się też ostatnio do walki o prawa kobiet. „Święta wojna” to wąska opcja, dla nazioli, wszystko jedno w co wierzących. Ale, niestety, skutecznych. To przez orędowników nienawiści dziś w Damaszku bomby lecą na cywili, umierają maluchy, kobiety, młodzi i starzy, ludzie, którzy chcą po prostu żyć. Mohamed El Bachiri drugi rok sam wychowuje dzieci.

W Polsce też cierpimy. To cierpienie – historyczne, histeryczne, przewlekłe, starcze, podagrowe – politycy utrwalają i wykorzystują, żeby zmajstrować z niego układankę – nagonkę. Dziś wyziera z niej swastyka. Dla niepoznaki ubrana w kształt złocistego, dożynkowego kłosa.

W bajkach zazwyczaj pojawiają się rozstaje. Można pójść w prawo albo w lewo, wybrać drogę wąską i kamienistą albo jasną, zapraszającą. Żadna nie jest taka, jaką się na początku wydaje. Ale najważniejsze jest to, co znajdzie on na końcu tej drogi. Jaki skarb? Tym skarbem jest sam wędrowiec. Jakiego siebie odnajdzie na końcu drogi? Takiego jak Mohamed El Bachiri, czy takiego jak jego sąsiedzi zamachowcy? Takiego jak Władysław Bartoszewski, czy takiego jak ksiądz nawołujący na stadionach do polskiej wersji dżihadu w znaczeniu „świętej wojny”?

Na rozstajach sytuacja łatwa nie jest, wiadomo – namowy, pokusy, presja tłumu. Ale drogę wybiera się samemu. Odpowiedzialności za konsekwencje tego wyboru nie da się potem na nikogo zwalić.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną