Kraj

Kryzys jest testem

Tydzień w polityce — komentuje Radosław Sikorski

Gdy jesteśmy słabi na Zachodzie, to i na Wschodzie niewiele możemy.
Obywatel Janek

Nie wiemy, dlaczego akurat teraz prezydent Putin zdecydował się na spektakularną akcję ostrzelania ukraińskich okrętów na Morzu Czarnym i pojmania ich załóg. Może chciał pokazać, że most przez Cieśninę Kerczeńską nie tylko będzie broniony, ale jest też wrotami na Morze Azowskie, które on kontroluje. Albo pokazać, że może ekonomicznie zdusić ukraińskie porty i przy okazji interesy najbogatszego Ukraińca Rinata Achmetowa. Albo przetestować, jak Ukraińcy odpowiedzą na strzały. Albo – w perspektywie wyborów prezydenckich – sprawdzić, jak na presję zareaguje ukraińska opinia publiczna. Albo subtelnie okazać niezadowolenie z nadchodzącej autokefalii ukraińskiego Kościoła prawosławnego. Albo podbić sobie notowania w kraju. Albo przed szczytem G20 pokazać Zachodowi, kto tu rządzi. Albo wszystko naraz.

Podejrzewam, że taktycznie sprytna zagrywka znowu okaże się strategicznym błędem. Dzięki energicznej reakcji w kraju i wobec zagranicy wigor odzyskała prezydentura Petra Poroszenki, a chyba nie to chciał osiągnąć prezydent Rosji. Niezależnie od szczegółów starcia udało mu się też ugruntować opinię o Rosji jako kraju agresorze. Zareagował nawet spolegliwy wobec Władimira Władimirowicza prezydent Trump. Dekadę po tym, jak porównałem Nord Stream do innych porozumień ponad naszymi głowami, ważni Niemcy odkryli, że jest to „broń wycelowana w Ukrainę”. Co być może najważniejsze, Putin dał próbkę swych metod nowemu, populistycznemu rządowi Włoch, który do tej pory dawał sygnały, że czas zawiesić sankcje. Teraz będzie mu trudniej zawetować ich odnowienie.

Czytaj także: Nikt w Londynie nie wie. Przestroga dla Polaków

Koszty te warto ponosić jedynie przy założeniu, że Ukraina jest dla Rosji jeszcze do odzyskania. Amerykański think tank, w którym kiedyś pracowałem, The American Enterprise Institute, przeanalizował dyslokację rosyjskich jednostek zmechanizowanych wokół granic Ukrainy i wyszło mu, że jest optymalne do koncentrycznego ataku na Kijów. Ukraina – jak przedwojenna Polska przez Niemcy – jest otoczona przez Rosję z trzech stron. Dzisiaj jest to mało prawdopodobne, ale zdolności buduje się na moment, kiedy nadarzy się okazja, jaką byłoby na przykład przejście amerykańsko-chińskiej wojny handlowej w fazę gorącą. Na razie Ukraina będzie nękana głównie gospodarczo i cybernetycznie, tak aby nie zdążyła się wzmocnić do czasu ewentualnego rozstrzygnięcia.

Uważam, że w tłumaczeniu Zachodowi konfrontacji ukraińsko-rosyjskiej nadal użyteczne jest porównanie z dynamiką brytyjsko-irlandzką w pierwszej połowie XX w. Wielu na Zachodzie przyjmuje na wiarę rosyjskie stanowisko, że rosyjskojęzyczni obywatele Ukrainy to w istocie Rosjanie, a co za tym idzie ich „obrona” jest rzeczą naturalną. Ale każdy rozumie, że powiedzenie Irlandczykowi, iż jest Anglikiem, byłoby niepolityczne. Dopiero gdy wskażemy, że język i poczucie narodowej tożsamości oraz lojalności państwowej nie zawsze idą w parze, mamy szansę na pokazanie istoty konfliktu. A ta jest typowym dla Europy procesem przyzwyczajania się byłego imperium do odrębności byłych kolonii. Tym trudniejszym dla Rosji, gdyż kolonie nie były zamorskie.

W pierwszej fazie wychowane na imperialnej ideologii elity i społeczeństwo metropolii nie przyjmują do wiadomości, że ludność kolonii w ogóle stanowi odrębną społeczność. Nasi irlandzcy czy ukraińscy chłopi może mówią z prowincjonalnym akcentem, ale żeby mieli stanowić odrębny naród?! Gdy prowincjusze jednak upierają się przy swojej inności, daje się im autonomię lub jej pozory w nadziei, że to załatwi sprawę. Ale jeśli w wyniku imperialnych błędów i wstrząsu historycznego – wojny światowej lub wielkiego głodu – procesy państwowotwórcze peryferii przyspieszają, metropolia ma do wyboru: przyjąć do wiadomości i dostosować się lub próbować odwrócić bieg wydarzeń. Prawie nigdy nie obchodzi się bez wojny. Imperium odpuszcza dopiero, kiedy byli podopieczni pokazują, że za swą odrębność gotowi są nie tylko umierać, ale i zabijać. Zajmuje to przeważnie jedno lub dwa pokolenia. W Irlandii już się dokonało, wobec Ukrainy jeszcze trwa.

Radosław Sikorski komentuje: Niemcy nie tacy źli

Znamy ten film, bo przecież na Ukrainie też popełniliśmy błędy. Kto wie, jak potoczyłyby się losy Międzymorza, gdyby nasz Sejm skonsumował na czas umowy brzeską i hadziacką. Za jedno z większych osiągnięć ostatnich dekad uważam to, że prawie nikt w Polsce nie chce prowadzić wobec Ukrainy polityki symbolizowanej przez Zaolzie. Pytanie, czy dzisiaj robimy dość, aby pomóc Ukrainie i Rosji znaleźć równowagę, w której ta pierwsza obroniłaby swą państwowość, a ta druga wykształciłaby nowoczesną postimperialną tożsamość?

Dobrze, że minister Jacek Czaputowicz odwiedził Kijów oraz że wręczył tam nagrodę Pro Dignitate Humana na rzecz Ołeha Sencowa, który jest przetrzymywany w Rosji pod sfabrykowanymi zarzutami o terroryzm. Rozmawiali prezydenci, Polska upomniała się o przedłużenie sankcji. W sensie oczywistych ruchów dyplomatycznych – poprawnie. Ale polityka zagraniczna to nie tylko prowadzenie dyplomacji, lecz także wpływanie na bieg wydarzeń. Kryzys jest testem, który pokazuje, kto przewidywał i się przygotowywał, a kto marnował czas.

Podczas poprzedniego kryzysu ukraińskiego, masakry na Majdanie w 2014 r., Polska mogła interweniować, gdyż latami wypracowała pewne atuty: Polak jako ambasador Unii w Kijowie, konsulaty w Doniecku i Sewastopolu, doskonałe relacje z obydwoma stronami sporu. Ponadto miała w Unii renomę kraju odpowiedzialnego, który jest na ścieżce pojednania z Rosją i którego ocenom tejże można zaufać, a przynajmniej poważnie ich wysłuchać. Tylko dlatego mogłem w kilka godzin skrzyknąć do Kijowa misję ministrów spraw zagranicznych Trójkąta Weimarskiego z poparciem całej Unii.

Dzisiaj z Rosją nie rozmawiamy, w Unii jesteśmy na cenzurowanym, a i Ukraińcy za wprowadzających w Brukseli wolą Niemców. Mimo że jako jedyny kraj Unii graniczymy z obiema stronami konfliktu, próby rozjemstwa prowadzą inni. Okazuje się, że rozwiązanie sporu o to, czy lepiej być silnym na Wschodzie czy na Zachodzie, jest zaskakujące: gdy jesteśmy słabi na Zachodzie, to i na Wschodzie niewiele możemy.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną