Prof. Marcin Król o tym, że czeka nas koniec starego świata

Obyśmy znów nie byli głupi
Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.
Prof. Marcin Król
Albert Zawada/Agencja Gazeta

Prof. Marcin Król

Pola Elizejskie po demonstracji „żółtych kamizelek” 25 listopada 2018 r. „To jest klasyczny protest godnościowo-rewolucyjny”.
LNicollet/Wikipedia

Pola Elizejskie po demonstracji „żółtych kamizelek” 25 listopada 2018 r. „To jest klasyczny protest godnościowo-rewolucyjny”.

audio

AudioPolityka Jacek Żakowski - Rozmowa na Nowy Rok

JACEK ŻAKOWSKI: – Co z nami będzie?
MARCIN KRÓL: – Z Polską?

Z Polską, z Europą, z Zachodem, z demokracją, z kapitalizmem, z Unią… Wszystko się wali.
Będzie się dalej waliło.

Czyli?
Niesłychany bałagan przez długi czas.

Do końca naszego życia?
Do końca mojego i pańskiego na pewno. Dobre kilka dekad. Potem wyłoni się jakaś nowa zasada organizacji wspólnot politycznych. Ale nikt nie wie jaka.

Nie wróci dobry stary świat?
Nic nie wróci. To jest koniec świata demokracji liberalnej, która miała fenomenalne osiągnięcia przez ostatnie 70 lat na Zachodzie, a przez 30 u nas. To było coś nadzwyczajnego w dziejach. Ale się skończyło.

Bo?
Bo to był system narzucony przez mądrych ludzi w celu uniknięcia błędów, jakie popełniono w okresie międzywojennym. Wydawało się, że wszystko dobrze idzie, ludzie byli zadowoleni, ale naprawdę demokracja miała się średnio. Bo to była demokracja odgórna, chociaż bardzo przyzwoita.

Odgórna w jakim sensie?
Nie było demokracji jako rządów ludu. Była demokracja proceduralna. Czyli system praw, zasad, przepisów mających gwarantować równowagę wewnętrzną w krajach i między krajami.

Kaczyński ma rację, twierdząc, że dopiero on ustanawia prawdziwą demokrację?
Nie ustanawia prawdziwej demokracji. Ale wcześniej też jej nie było. Chociaż był bardzo zgrabny system na czasy, gdy ludzie odżywali po okropieństwach pierwszej połowy XX w. – wojnach, rewolucjach, głodzie, nędzy, totalitaryzmie, autorytaryzmie itd.

Dlaczego ten zgrabny system przestał działać?
Bo ludzie już nie chcą być bezsilnym przedmiotem działania takiego systemu. Przecież w żadnym europejskim kraju pojedynczy poseł nie ma żadnego znaczenia. Mało kto wie, kto jest jego posłem. I mało kto próbuje się dowiedzieć. Ja też nie wiem, kto mnie reprezentuje. I mnie to nie obchodzi. Bo on i tak zagłosuje, jak mu partia każe, a nie tak jak ja chcę. Reprezentacja znikła. A bez reprezentacji demokracji nie ma. Praktycznie wszędzie widzimy też upadek partii politycznych. A bez partii również nie ma demokracji. Zagrywka Macrona, który ze starych partii wyssał całe życie, żeby zbudować nową, też się niespecjalnie sprawdza. Czyli partie są kiepskie i to, na co je można przerobić, też jest kiepskie.

Co w zamian?
Właśnie. Macron należy do roztropnych polityków – jak Merkel czy May – którzy uważają, że przy pomocy korekt da się podtrzymać demokrację liberalną przy życiu. A się nie da. To widać we Francji.

Jesteśmy skazani na alternatywy, takie jak „demokracja nieliberalna” Putina czy „demokracja suwerenna” Orbána?
To nie jest rozwiązanie, bo oznacza rezygnację z wolności. Nie ma nowej oferty ustrojowej umiejącej harmonijnie połączyć dzisiejszy świat z wolnością i podmiotowością, której ludzie chcą. Dlatego jesteśmy skazani na chaos. Taki, jaki panował na przykład we francuskiej III Republice od Komuny Paryskiej do II wojny światowej.

Czyli?
Będą powstawały i upadały rządy, partie, ruchy protestu. Będzie coraz więcej obietnic, rozdawnictwa, kryzysów i bezskutecznych reform. Bo 70 lat po wojnie ludziom chodzi przede wszystkim o godność. Ale tego nikt politykom nie mówi. W każdym kraju ludzie to wyrażają inaczej. Postulaty mogą być bardzo różne – od ekonomicznych, przez tożsamościowe, moralne itd., aż po ustrojowe, a zawsze w gruncie rzeczy chodzi o to samo – żeby ludzie na górze słuchali ludzi na dole.

Dlatego żółte kamizelki demolują Paryż?
To jest klasyczny protest godnościowo-rewolucyjny. Niech pan zauważy, że tam nie ma przywódców. Jak przystało na prawdziwą rewolucję. Bo rewolucje wyłaniają przywódców, dopiero gdy się dzieją. Ktoś je przygotowuje, szykuje pod nie grunt, a potem ktoś inny wskakuje na skrzynkę i staje się Wałęsą albo wchodzi na mównicę i staje się Robespierre’em.

Kilkadziesiąt tysięcy żółtych kamizelek, które po pierwszych protestach zostały w całej Francji, to nie rewolucja.
To nie jest jeszcze ta wielka rewolucja, która się wydarzy. Ale ona niweczy zabiegi Macrona, który miał rozsądny plan naprawy Francji i Europy. Dominujący nastrój jest taki, że ludzie już nie chcą naprawiania. Chcą, żeby za nich i dla nich wymyślono jakiś nowy system.

Czy czegoś chcą poza świętym spokojem i poza tym, żeby było lepiej, niż jest?
Chcą poczuć się podmiotowo. Przy wszystkich różnicach podobnie jest z redneckami, którzy głosowali na Trumpa. To, co mówią inteligentni ludzie z Waszyngtonu i Nowego Jorku, ma się nijak do życia amerykańskich wieśniaków z prowincji. Teraz ci wieśniacy się budzą i mówią: „my też chcemy rządzić”. To również dokonało się w Polsce. Moi sąsiedzi z południowego Podlasia finansowo mają się nie najgorzej, a politycznie są uprzedmiotowieni. Przez wszystkich – łącznie z PSL, który teraz mądrzeje ze strachu. W ludziach, którzy nigdy nie mieli poczucia podmiotowości, budzi się obywatelska godność.

Politycznie co z tego wyniknie?
To zależy od polityków. Trudno powiedzieć, co oni z tego rozumieją, co zrozumieją, kiedy znajdą jakąś sensowną odpowiedź, która ludzi usatysfakcjonuje. Bo łatwo jest odpowiedzieć na postulaty buntu ekonomicznego. A na postulaty rewolucji godności – dużo trudniej. Zwłaszcza że ta rewolucja będzie przyjmowała chaotyczne formy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną