Kraj

Premier z Krakowa

Czas na Kosiniaka?

Swoją karierę buduje w krakowskim stylu: niespiesznie. Nie idzie na skróty – co w obecnej kadencji jest powszechne. A swoje aspiracje głęboko chowa. Swoją karierę buduje w krakowskim stylu: niespiesznie. Nie idzie na skróty – co w obecnej kadencji jest powszechne. A swoje aspiracje głęboko chowa. Darek Golik / Forum
Władysław Kosiniak-Kamysz w ostatnim czasie był już szykowany na: lidera opozycji, kandydata na prezydenta oraz szefa rządu – i to zarówno tego antyPiSu, jak i koalicji ludowców z… PiS. Wśród tych plotek i spekulacji jedno jest pewne: szef PSL stał się najistotniejszym elementem opozycyjnej układanki.
Władysław Kosiniak-Kamysz podczas kampanii do wyborów samorządowych w 2018 r.Radosław Czarnecki/Wikipedia Władysław Kosiniak-Kamysz podczas kampanii do wyborów samorządowych w 2018 r.

Kiedy na początku roku dziennikarze zaczęli spekulować, jakie stanowiska młody prezes PSL miałby w niedalekiej przyszłości objąć, i sugerować, że to właśnie on powinien teraz stanąć na czele antypisowskiego frontu, politycy na Wiejskiej podśmiewali się, że w tej wyliczance brakuje tylko najwyższych funkcji kościelnych. Nawet ludowcy na swoim oficjalnym profilu na Twitterze żartowali: „Kosiniak na premiera, Kamysz na prezydenta”. „A Władek na prymasa” – pokpiwał Marek Sawicki.

Prymas to zdecydowanie najbardziej atrakcyjna funkcja, bo tytuł ma się dożywotnio. Więc tak, idę w tym kierunku – ironizuje Władysław Kosiniak-Kamysz. A już tak całkiem poważnie, dystansuje się od wszelkich spekulacji: – Nie wdaję się w te dyskusje, nie emocjonuję się ostatnimi sondażami; tak jak nie płakałem, kiedy przez długi czas PSL miało 2 proc. poparcia, wszyscy twierdzili, że nie przeżyjemy i PiS nas zje.

Ten medialny szum zaczął się od jednego sondażu. Nie notowań partyjnych, bo te wciąż są blisko wyborczego progu, ale od badania, w którym „Rzeczpospolita” pytała, kto byłby najlepszym kandydatem na premiera, jeśli jesienią 2019 r. PiS utraciłby władzę (IBRiS). I tu respondenci wskazali właśnie na Kosiniaka (26 proc.). Na kolejnych miejscach znaleźli się Robert Biedroń i Paweł Kukiz (po 16 proc.), a poza podium – Grzegorz Schetyna (10 proc.). Nawet wśród samych wyborców Platformy to szef PSL miał najwyższe notowania. Kilka dni później doszło kolejne badanie tej samej pracowni (tym razem dla Onet.pl), które pokazywało, że po stronie opozycyjnej to lider ludowców ma najwyższe notowania w kategorii: zaufanie do polityków. Wyprzedził nawet Biedronia.

Na to wszystko nałożyły się wewnątrzopozycyjne rozgrywki, w których to nagle ludowcy stali się najcenniejszym koalicyjnym trofeum. W tle podjazdowej wojenki, zapoczątkowanej przejściem części posłów N do klubu PO (czy – jak kto woli – „pożarciem Nowoczesnej przez Schetynę”), rozpoczęła się próba przeciągania Kosiniaka-Kamysza. Schetyna, choć namawiał prezesa PSL do wspólnego startu w wyborach samorządowych, przyjmował argumenty, dla których ludowcy postanowili iść osobno – w tych wyborach zawsze osiągają dobre wyniki. Ale też nie ukrywał, że przed kolejnym wyborczym starciem najważniejszym zadaniem będzie poszerzenie Koalicji Obywatelskiej o – co najmniej – PSL. Najwyraźniej nie przewidział jednak konsekwencji rozłamu w klubie Lubnauer: emocji, urażonych ambicji, nieufności i chęci odegrania się, które utrudnią mu teraz zorganizowanie szerokiej antypisowskiej listy.

Zdradzona

W rozlatującym się klubie Nowoczesnej kworum poratował nie kto inny jak, wojujący od lat ze Schetyną, Jacek Protasiewicz. I to on po przejściu z klubu PSL-UED do N zaczął forsować pomysł utworzenia, na kontrze do PO, tzw. małej koalicji (PSL, SLD, N i UED), która miałaby stawiać szefowi Platformy „twarde” warunki – bo, jak sam mówi, to w końcu Schetynie najbardziej powinno zależeć na utworzeniu dużej koalicji. Dla Protasiewicza to praktycznie jedyna szansa, aby dostać się do europarlamentu. Za to, jak przed laty w fatalnym stylu pozbawił Schetynę szefostwa dolnośląskich struktur PO, za późniejsze „knowania i wynoszenie wszystkiego do mediów” – jak to ujmują nasi rozmówcy z Platformy – nie ma cienia szans na miejsce na ich liście. Ale wobec Protasiewicza prezes ludowców ma dług wdzięczności, ponieważ to on kiedyś uratował także sypiący się klub PSL. Więc „walczy o niego” w rozmowach ze Schetyną.

Pomysł małej koalicji jest też na rękę przewodniczącej Nowoczesnej, bo jej karta przetargowa w przedwyborczych negocjacjach jest wyjątkowo słaba. W jednym z ostatnich sondaży N odnotowała rekordowo niskie poparcie: 0,9 proc. (czyli niemal tyle, ile Teraz! Ryszarda Petru), a i w pozostałych było niewiele lepiej. Jednak szefowa N „pręży muskuły” – jak to określa jeden z jej partyjnych kolegów – stara się pokazać, że nadal jest istotnym graczem, „spinuje”, że Schetyna „pożera koalicjantów”, więc trzeba z nim „grać na twardo” i promować Kosiniaka jako kandydata na „premiera pokoju”. Jednocześnie próbuje też podtrzymywać wrażenie, że jest „po słowie” z prezesem PSL. Trzyma się więc blisko niego. (W sejmowych ławach siedzi teraz między posłem Kukiz’15 a szefem ludowców). Wybrała się nawet z ludowcami (i kukizowcami) na spotkanie w sprawie proponowanego przez Dudę marszu przeciw przemocy.

To, że poszli tam przedstawiciele PSL, to akurat nic nowego: ludowcy zawsze odpowiadają na zaproszenia z Pałacu, bo – jak tłumaczą – „to jednak prezydent” i „wyborcy PSL go lubią”. Ale Nowoczesna ledwie kilka miesięcy temu głośno protestowała przeciwko sygnowanym przez Dudę antydemokratycznym działaniom PiS. Teraz pozwoliła się wciągnąć w piarowe gierki prezydenta.

Ten ruch przewodniczącej krytykują też niektórzy politycy N. Generalnie: nastroje w partii są złe. Działacze są sfrustrowani, że przez politykę Lubnauer Nowoczesna zostanie z niczym: nie będzie ani miejsc w PE, ani w Sejmie. Słychać nawet, że z klubu mogą się wyłamać kolejne osoby, co byłoby de facto końcem Nowoczesnej. Stąd ta mała koalicja jest tak ważna dla szefowej N. Kłopot w tym, że i lider PSL, i SLD na własną rękę prowadzą rozmowy ze Schetyną.

Frakcyjny

Prezes PSL nie kryje, że choć jest zwolennikiem szerokiego sojuszu, to najważniejsze są negocjacje z Platformą. Z naszych informacji wynika, że punktem spornym pozostaje głównie sprawa „zaklepywania” miejsc na listach – ludowcy chcą, aby to, co wynegocjowali na wybory do PE, obowiązywało również przy układaniu list do Sejmu. A ewentualne koszty personalne poszerzenia koalicji wzięła na siebie PO – oddając kolejnym sojusznikom miejsca ze swojej puli. Jeśli tu dojdzie do konsensusu, reszta powinna iść już gładko.

Platforma jest przecież byłym koalicjantem ludowców (2007–15) i podobnie jak PSL należy do Europejskiej Partii Ludowej. Obie partie łączy też konserwatywna zachowawczość w tzw. kwestiach światopoglądowych. Sojusz ludowców tylko z SLD (którego przewodniczący opowiada się m.in. za aborcją na życzenie do 12. tygodnia) i Nowoczesną (której liderka chce lekcji religii opłacanych z podatku od wiernych) byłby trudniejszy do wytłumaczenia wyborcom PSL. W szerokim bloku mniej jest zaś miejsca na kontrowersje, bo trzeba ważyć różne racje i brać pod uwagę specyfikę z elektoratów.

Jednocześnie w samym PSL słychać komentarze, że start w koalicji to zły pomysł; że może trzeba kolejny raz „się policzyć” i wystawić własną listę, że wybory do PE mogą być „poligonem” przed jesiennym starciem. To nonsens, bo niedługo po majowych eurowyborach są wakacje, a lato z reguły odsuwa politykę na dalszy plan. Promowanie opozycyjnego sojuszu we wrześniu, na kilka tygodni przed wyborami do parlamentu, to przepis na piękną katastrofę. Bo aby się uwiarygodnić w oczach wyborców: przekonać do nowego szyldu, wspólnego programu i autentycznej chęci współdziałania, potrzeba czasu.

Balansujący

Prezes PSL i szef PO – co obaj podkreślają – mają za sobą dobre doświadczenia układania powyborczych koalicji w samorządach. I choć to PSL-owi ciąży opinia partii obrotowej i koniunkturalnej, to nie ludowcy zdradzili, ale radny Kałuża z Nowoczesnej, który przechodząc na stronę PiS, dał partii Kaczyńskiego władzę w śląskim sejmiku. A przecież PiS polował przede wszystkim na PSL – kilkadziesiąt osób dostało intratne propozycje, żadna jednak nie zdecydowała się sprzedać.

To też pokazuje, że Kosiniak-Kamysz, któremu jeszcze rok temu sypał się klub (na przełomie 2017 i 2018 r. Andżelika Możdżanowska i Mieczysław Baszko dołączyli do obozu władzy), w ostatnich miesiącach umocnił się na pozycji lidera.

Niewielu w to wierzyło. Kiedy po wyborach parlamentarnych w 2015 r. przejmował z rąk Janusza Piechocińskiego stery w partii, słychać było, że PiS rozbierze PSL, że młody, wówczas 34-letni, prezes będzie syndykiem masy upadłościowej, bo ugrupowanie nie podźwignie się po aferach i kłopotach, które wokół niego się nagromadziły. Ale Kosiniak – co podkreślają nasi rozmówcy z PSL – wykonał dużą pracę. Przed wyborami samorządowymi objeżdżał teren: spotykał się z działaczami, przekonywał, przepijał, bo i tak – jak opowiada Marek Sawicki – robi się politykę. I udało mu się utrzymać partię w ryzach. Po wyborach z powrotem wsiadł w samochód – aby przygotować grunt pod kolejne kampanie.

Za jego prezesury nie rzucają się też tak w oczy wewnątrzpartyjne tarcia. Długo mówiło się o „dwóch PSL-ach”: o grupie Pawlaka oraz konkurencyjnej – Sawickiego i Piechocińskiego, i to na tych osiach układano opowieść o ludowcach. Ale koncyliacyjne usposobienie Kosiniaka pomaga mu balansować między różnymi ośrodkami wpływu i rozładowywać napięcia.

Rzeczywiście udaje mu się ucinać wszelkie próby konfliktu między nami. Mówi: chodźcie, pogadamy, potem zamykamy temat. Nie dokuczamy sobie nawzajem. To chyba wyniósł z tej krakowskiej tradycji niewadzenia. Sam jestem z Kongresówki i u nas normalne było, że się spieramy i mamy wrogów – opowiada Sawicki. To głównie on zresztą stanowi dziś najgłośniejszą wewnętrzną opozycję, bo często ma odmienne zdanie od Kosiniaka. Jak choćby w najistotniejszej kwestii: do wyborów iść razem czy osobno? – Platforma jest partnerem pierwszego wyboru, ale do budowania koalicji po wyborach, a nie przed. Jeśli będziemy na wspólnej liście z PO, to zamiast 7 proc., dorzucimy tylko 2 proc. głosów, bo 20 proc. naszego elektoratu nie pójdzie do wyborów, a kolejne 20 proc. zagłosuje na PiS – twierdzi.

Ale i Waldemar Pawlak przyznaje, że nie zawsze zgadza się z obecnym prezesem: – W niektórych sprawach ponosi go czasem młodzieńczy temperament i za ostro występuje, ponieważ PSL zawsze miało podejście bardzo centrowe i umiarkowane. Kosiniak niepotrzebnie np. wdał się w taką agresywną konfrontację z PiS przed wyborami samorządowymi. A trzeba było podejść sposobem, nie uderzeniem. Jestem zwolennikiem wschodnich sztuk walki, nie zaś takiego rzucania się na barykady – podkreśla były premier. Ale też zaznacza, że: – Kosiniak bardzo pasuje do PSL na dzisiejsze czasy i wyzwania.

Odklejający

Dlatego, kiedy wiosną ub.r. Jacek Majchrowski – prywatnie przyjaciel ojca prezesa PSL – zaproponował, żeby to młody Kosiniak powalczył o prezydenturę Krakowa, pomysł storpedowali sami ludowcy, którzy bali się, że to rozchwieje sytuację w partii. Teraz widać – jak mówi Jarosław Kalinowski – że miał rację, kiedy już w połowie 2015 r. proponował kolegom zmianę prezesa: – Żałuję, że wówczas tego nie zrobiliśmy. A argumentowałem, że gorzej nie będzie, może być tylko lepiej…

To w kampanii prezydenckiej Kalinowskiego w 2000 r. Kosiniak zdobywał pierwsze polityczne szlify: budował młodzieżówkę, która „wspierała technicznie” kandydata – rozdawał ulotki, koszulki, zbierał podpisy. – Jego szybki awans w słupkach zaufania to miód na serce. Ale to nie zawsze przekłada się na popularność partii – zaznacza Kalinowski.

I nad tym Kosiniak pracuje. – Zostałem prezesem w bardzo trudnym momencie: straciliśmy władzę, ledwo weszliśmy do Sejmu, PiS zewsząd nas rugowało. Przyjęliśmy strategię: powrót do korzeni. Do ideałów, historii i tradycji. To była jedyna rzecz, która nas po tamtych wyborach spajała – mówi. – Drugim etapem jest odmienienie codziennego oblicza PSL: odklejenie tej łatki partii pazernej i obrotowej. Podstawą jest tu stabilność i nieuleganie pokusom. To daje efekty – przekonuje lider PSL.

Zięciowski

To zaangażowanie w politykę – nie tylko prezesura partii, ale wcześniej szefowanie Ministerstwu Pracy i Polityki Społecznej (2011–15) – miało jednak swoją wymierną cenę: odbiło się na życiu osobistym Kosiniaka-Kamysza i w 2016 r. doprowadziło do rozwodu. Teraz prezes PSL na nowo układa sobie sprawy prywatne – związał się z młodszą o kilka lat córką wójta podkrakowskiego Gdowa. Łączy ich nie tylko medyczne wykształcenie: ona jest ortodontką, on – doktorem nauk medycznych, internistą, ale i społecznikowskie zacięcie. Paulina jest wolontariuszką Fundacji Wiewiórki Julii, Władysław od czasów studiów działa w prowadzonym w Krakowie przez oo. karmelitów Stowarzyszeniu Wolontariatu św. Eliasza (jako lekarz pomagał m.in. podczas Światowych Dni Młodzieży).

I choć takie sprawy jak rozwód z reguły ciążą na wizerunku polityka – tym bardziej zdeklarowanego katolika – w tym przypadku jest inaczej. Kosiniak ma zresztą talent do kreowania „normalnego” wizerunku. Mówi np.: – Lubię robić zakupy spożywcze – to najlepsza chwila relaksu, kiedy mogę sobie pojeździć wózkiem po sklepie i powybierać coś dobrego do jedzenia.

Nie kryje się ze swoją wiarą, ale ma umiarkowane poglądy: – Jestem za utrzymaniem obecnego prawa antyaborcyjnego. W kwestii in vitro też nic bym nie ruszał. Bo mało kto to zauważa, ale PiS nie zmienił nawet przecinka w naszej ustawie, ona dalej obowiązuje! Jedyne, co zrobili, to zabrali uboższym rodzinom finansowanie zabiegu. Oszukali wyborców i Kościół – podkreśla. Pytany o nośne ostatnio hasło „świeckiego państwa”, powtarza za papieżem Franciszkiem: – Państwa muszą pozostać świeckie, bo te wyznaniowe źle kończą. Jestem za rozdziałem i za współdziałaniem Kościoła oraz państwa. Więc gdy ktoś stawia warunek, że na spotkanie świąteczne nie wolno zaprosić księdza katolickiego, prawosławnego czy ewangelickiego, to ja się na to nie zgadzam.

Nie przykleiła się też do niego reforma emerytalna, którą jako minister firmował, ani odpryski afery taśmowej, którymi tuż przed wyborami samorządowymi PiS próbował go oczernić. Jest lubiany i poważany, nawet przez politycznych konkurentów. Choć ci czasem krzywią się, że to taki „wzór dobrego zięcia”: który, żeby nie powiedzieć nic przykrego i być miłym dla wszystkich, woli zwodzić. Ale też podkreślają, że jest wyważony, z dużą kulturą osobistą i wyraźnym krakowskim sznytem. Ten Kraków słychać zresztą w jego wypowiedziach: nie tylko za sprawą charakterystycznej tytułomanii, ale i w wymowie, w której nawet nazwa jego partii brzmi: „peezel”.

Niektórzy zwracają też uwagę, że „inteligent z Krakowa” niespecjalnie pasuje do partii chłopskiej. Ale politycy PSL tłumaczą, że struktura ich elektoratu się zmienia. A „Władek” pomaga budować wizerunek „nowego PSL” – czyli partii, która z jednej strony mówi o nowoczesnych rozwiązaniach dotyczących np. bezpieczeństwa energetycznego i środowiska, a z drugiej wyraźnie nawiązuje do dziedzictwa ruchu ludowego oraz ideałów Witosa i Mikołajczyka. Sam Kosiniak-Kamysz lubi podkreślać, że w takiej tradycji został wychowany.

Wrastający

Jego historia rodzinna może być również mocnym punktem kampanijnej opowieści, jeśli kiedyś miałby pokusę powalczyć o najwyższe urzędy. Dziadek, na którego cześć dostał imię, służył w 13. Pułku Ułanów Wileńskich, walczył w partyzantce. Ojciec Andrzej – wieloletni dyrektor krakowskiego szpitala im. Józefa Dietla, szef małopolskich struktur PSL – był ministrem zdrowia w rządzie Mazowieckiego i wiceszefem tego resortu na początku lat 2000. Stryj Zenon – również z epizodami pracy jako podsekretarz – był ambasadorem RP na Słowacji, w Kanadzie, następnie w Singapurze. Drugi z braci ojca, Kazimierz, także próbował swoich sił w polityce, ale związał się ze światem nauki – jest profesorem zwyczajnym, przez lata pracował na krakowskim Uniwersytecie Rolniczym (w latach 90. był tam rektorem).

Władysław w politykę wrastał od małego. Ale poważnie zainteresował się nią dopiero na studiach: z inspiracji ojca współtworzył młodzieżówkę (potem został szefem FML), uczestniczył w znanym (a ostatnio zlikwidowanym przez TVP) programie „Młodzież kontra” i w spotkaniach Salonu POLITYKI, z którym w klubie Pod Jaszczurami gościła Janina Paradowska. Z naszą publicystką poznał go kolega z roku – jej bratanek.

Dziennikarka, która miała oko do wyłapywania osób rozumiejących politykę, zwróciła uwagę na młodego ludowca. To ona zresztą na jednej ze swoich słynnych kolacji z bigosem wspomniała o najmłodszym z Kosiniaków Donaldowi Tuskowi.

A to Tusk miał teraz jako pierwszy wytypować Kosiniaka na premiera i od tego uzależnić swój start w wyborach prezydenckich. Ale nawet prezes PSL przyznaje: – Plany Tuska zna tylko on i nikt więcej. Zbywa też inne plotki kolportowane przez media – niedawno za „źródłami z Nowogrodzkiej”, że PiS mógłby po wyborach wskazać go na szefa rządu i wejść z PSL w koalicję. Albo: że Schetyna proponuje mu poparcie w wyborach prezydenckich. (Z naszych informacji wynika, że w tych pozamedialnych rozmowach z władzami PO mowa była i jest o fotelu wicepremiera).

Krakowski

Władysław Kosiniak-Kamysz dojrzewa politycznie, jest coraz lepszym mówcą, ćwiczy się w negocjacjach i zarządzaniu ludźmi. – To polityk, który odbiega standardami od większości naszej klasy politycznej. Zawsze mówi merytorycznie, z rozwagą, bardzo ładnie po polsku. I zamiast agresją posługuje się faktami – ocenia Jacek Majchrowski.

Ale swoją karierę buduje w krakowskim stylu. – Niespiesznie – jak sam to ujmuje. Nie idzie na skróty, co – szczególnie w obecnej kadencji – jest powszechne. Możliwość objęcia teki ministra miał już na początku rządów PO-PSL, jednak nie przyjął propozycji Pawlaka, któremu – jak wiadomo – „się nie odmawia”. Chciał robić specjalizację i skończyć doktorat.

I choć niektórym (w tym marszałkowi Kuchcińskiemu) zdarza się zapomnieć, że prezes PSL nigdy nie był wicepremierem i tytułować go „panem premierem”, sam Kosiniak stara się powściągać tego typu aspiracje – a przynajmniej jeszcze głębiej je chować. Bo jak przypomina prezydent Majchrowski: – Kto wchodzi na konklawe papieżem, ten wychodzi kardynałem.

Polityka 4.2019 (3195) z dnia 22.01.2019; Polityka; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Premier z Krakowa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną