Kraj

Narrator dla elektoratu

Prof. Paruch – czołowy strateg PiS

Politolog Waldemar Paruch przeważnie zaleca swej formacji, aby zwolniła tempo, uspokoiła sytuację, jeszcze lepiej wsłuchiwała się w oczekiwania elektoratu. Politolog Waldemar Paruch przeważnie zaleca swej formacji, aby zwolniła tempo, uspokoiła sytuację, jeszcze lepiej wsłuchiwała się w oczekiwania elektoratu. Jacek Domiński / Reporter
Jeszcze rok temu mało kto o nim słyszał. Dziś oświetla go aureola czołowego stratega PiS oraz jednego z głównych intelektualistów Nowogrodzkiej i okolic. Skąd wzięła się nagła kariera prof. Waldemara Parucha?
U Parucha każda decyzja władzy poddana jest kalkulacji wyborczej.Bartosz Frydrych/Forum U Parucha każda decyzja władzy poddana jest kalkulacji wyborczej.
Centrum Analiz Strategicznych po raz pierwszy jako idea pojawiło się w exposé premiera Mateusza Morawieckiego.Mateusz Włodarczyk/Forum Centrum Analiz Strategicznych po raz pierwszy jako idea pojawiło się w exposé premiera Mateusza Morawieckiego.

Zaszczyca swą obecnością telewizyjne studia i prasowe łamy mediów z obu stron politycznej barykady. W TVP Info jest stałym bywalcem, ale i zdarza mu się przyjąć zaproszenie do TVN24. Owszem, nie zawsze i nie każdego zaszczyci rozmową, na przykład prośbę POLITYKI o rozmowę zignorował. Niemniej uchodzi za polityka otwartego.

Styl retoryczny Parucha jest wyważony i spokojny. Profesor stara się nie mówić o zdradzie, donoszeniu na Polskę, postkomunistycznych układach, resortowych koligacjach. Nawet opozycja nie jest totalna. I żadnych przekazów dnia, z wyraźnym glejtem na swobodę wypowiedzi. Jak przystało na eksperta i naukowca; profesor lubi zresztą podkreślać swój akademicki status.

Politolog Waldemar Paruch przeważnie zaleca swej formacji, aby zwolniła tempo, uspokoiła sytuację, jeszcze lepiej wsłuchiwała się w oczekiwania elektoratu. Realizuje z kolei te zalecenia Paruch-polityk, będący jedną z głównych twarzy technokratycznej korekty „dobrej zmiany” w roku podwójnych wyborów. I tak jedno z drugim się dopełnia.

PiS ponad wszystko

W wystąpieniach Parucha rzuca się w oczy wymieszanie logiki państwowej, społecznej i politycznej. Nie ma tu rozróżnienia pomiędzy racją stanu, potrzebami obywateli oraz interesami partii rządzącej. Są to wartości wymienne, w sumie tożsame.

Powiada na przykład: „Reformy i obietnice PiS zmieniały także ład społeczny w Polsce. W kilku segmentach. Przede wszystkim było to znaczące przesunięcie wydatków państwa w kierunku Polski wiejskiej i małomiasteczkowej, bo tam mieszka większość beneficjentów programu 500 plus. To z kolei pozwoliło PiS przekroczyć, i to stabilnie, próg 40 proc. poparcia”.

I dalej: „Po zrealizowaniu obietnic wyborczych obóz rządzący musiał wyznaczyć kolejne zadania, funkcjonalne w kontekście kolejnych kampanii wyborczych. (…) Mówiąc o tych nowych zadaniach, musimy także pamiętać, że wiemy już więcej nie tylko o stanie państwa, lecz również o tym, jak zachowują się stronnictwa opozycyjne” („wSieci”).

Po ubiegłorocznym proteście niepełnosprawnych: „Z całej tej historii płynie ważna lekcja. Otóż obóz rządzący musi rozpoznawać problemy społeczne, zanim staną się one narzędziem w rękach opozycji. To trudne zadanie, wymagające wiedzy, doświadczenia i subtelności, ale nie ma innej drogi”.

O swojej roli „stratega”: „Jako naukowiec dokonuję różnych analiz: geograficznych i segmentowych, społecznych i politycznych. One na pewno stworzą mapę możliwości wygrania wyborów przez PiS jesienią 2019 r.” („Dziennik Gazeta Prawna”).

U Parucha każda decyzja władzy poddana jest kalkulacji wyborczej. Nie istnieje sfera wyjęta spod tej logiki, która byłaby obszarem poważnej polityki państwowej, zorientowanej na osiąganie celów w długiej perspektywie. Rządzenie jest tu prostą sumą zysków i kosztów. Pierwsze należy maksymalizować, drugie – bezwzględnie ograniczać. Jak we współczesnej bankowości, gdzie zamiast wspierać długofalowe inwestycje wytwarzające konkretne dobra, niemal cały kapitał inwestowany jest w krótkoterminowe instrumenty finansowe. I tak system ulega rozchwianiu.

Oczywiście Paruch nie wymyślił tej rabunkowej metody. Jest ona zresztą sporo starsza niż same rządy PiS (choć „dobra zmiana” niewątpliwie rozciągnęła zakres jej obowiązywania). Używając swego profesorskiego autorytetu, politolog z Lublina legalizuje jednak ten model, dostarcza mu uzasadnień, zrywa z hipokryzją. Przenosi do debaty publicznej język i argumenty działających za kulisami technologów władzy i spin doktorów. Uznaje je za naturalne, wręcz nieodzowne, ściera powłokę cynizmu. Tym samym rządy PiS – którego nie sposób już podejrzewać o jakikolwiek idealizm – nabierają cech swoistego realizmu.

Paruch lansuje swoje tezy konsekwentnie. Pierwsza jest taka, że elektorat PiS to dwie grupy wyborców. Liczący mniej więcej 25 proc. elektorat twardy oraz miękki, kilkunastoprocentowy. Problem w tym, że mają odmienne roszczenia. Jedni chcą iść na twardo i rozliczać, drudzy dążą do stabilizacji. Sednem polityki PiS powinno być umiejętne lawirowanie pomiędzy sprzecznymi oczekiwaniami.

Druga: współczesnej polityki nie można już programować wzdłuż tradycyjnych podziałów na osi prawica–lewica. Ale profesor nie jest populistą i nie serwuje opowieści o woli ludu. Realistycznie zauważa, że społeczeństwo dzieli się na bardzo wiele segmentów i grup. Mają one odmienne potrzeby i interesy. Należy więc docierać do każdej z osobna. Tak formułując ogólny przekaz, aby nie popadać w rażące sprzeczności.

Trzecia: skoro tradycyjne orientacje tracą na znaczeniu, nie istnieje też centrum. Jest tylko wąska, mniej więcej 10-procentowa, grupa wyborców niezdecydowanych. O ich poparcie toczy się teraz kluczowa rozgrywka. PiS nie powinno więc zastygać w dotychczasowych wymiarach swej polityki, tylko „przesuwać się wraz z postawami społecznymi”.

Uwagi wydają się rozsądne. Tyle że znów powraca pytanie o rolę odgrywaną przez ich autora. Niby występuje jako główny strateg polityki państwowej, choć wypowiada się jak partyjny konsultant. Lecz komunikuje się nie wiedzieć czemu z opinią publiczną, choć właściwym adresatem jego zaleceń powinni być polityczni mocodawcy. Do których – jak zapewnia Paruch w wywiadach – dostęp ma zresztą regularny.

Centrum na niby

Równie niejasny jest cel stworzonego przez profesora w ubiegłym roku Centrum Analiz Strategicznych przy premierze Morawieckim. Z pozoru sprawa wydaje się prosta. Można się domyślać, że chodziło o budowę silnego ośrodka odpowiedzialnego za programowanie polityki państwowej, hierarchizację celów, określanie trendów. To postulat zgłaszany od wielu lat, szczególnie przez analityków konserwatywnych, przywiązanych do idei silnego państwa i skutecznej egzekutywy.

Ludwik Dorn wielokrotnie mówił o konieczności stworzenia „mózgu państwa”. Czyli elitarnego korpusu pomiędzy politykami zabiegającymi o reelekcję a inercyjną z natury rzeczy biurokracją. Zapewniającego państwu sterowność, hierarchizację celów, niezbędną ciągłość.

Z kolei Rafał Matyja akcentował konieczność usprawnienia procesów decyzyjnych i poskromienia stałego chaosu kompetencyjnego. W książce „Państwo czyli kłopot” pisał: „Rząd panuje nad sytuacją wtedy, gdy jest poinformowany o istotnych problemach kraju, jest w stanie przygotować środki mające na celu ich rozwiązanie oraz potrafi wprowadzić je w życie. Jeśli nie spełnia jednego z tych warunków w stopniu zadowalającym, wówczas – zwykle niepostrzeżenie – traci ową kontrolę”. Postulowane centrum rządu powinno więc gromadzić wszystkie kluczowe informacje, koordynować główne projekty legislacyjne, budować stałe mechanizmy konsultacyjne, dostarczać wszystkim zaangażowanym podmiotom politycznym stosownych argumentów.

Matyja wpisywał również do zadań postulowanego centrum rekonstrukcję strategii opozycji. Wychodził bowiem z założenia, iż opozycja – zorientowana wyłącznie polemicznie, zwolniona z rygorów odpowiedzialności za słowo – ma w debacie publicznej naturalną przewagę nad rządem. Konserwatywnemu politologowi (i pionierowi idei IV RP) najwyraźniej nie mieściło się w głowie, że pojawią się nieodpowiedzialne rządy, szachujące opozycję własną sprawczością w zaspokajaniu doraźnych potrzeb i kaprysów obywateli.

Idea centrum nigdy nie została zrealizowana, choć takie próby podejmowano. Już za pierwszych rządów SLD-PSL (1993–97) powołane zostało Rządowe Centrum Studiów Strategicznych. Niestety, przybrało formę osobnego resortu i zamiast konsolidować pracę pozostałych ministerstw, samo stało się podmiotem nieformalnych międzyresortowych rozgrywek. Najbardziej widowiskowy tego przejaw miał miejsce za rządów AWS-UW. Szef RCSS Jerzy Kropiwnicki (AWS) całą swą energię poświęcał na kontestowanie poczynań wicepremiera Leszka Balcerowicza (UW). Ośmieszone Centrum ostatecznie zostało rozwiązane za pierwszych rządów PiS.

W zmienionej postaci idea powróciła pod rządami PO. Powstał wtedy zespół doradców strategicznych pod kierownictwem Michała Boniego, pracujący nad określaniem długofalowych trendów modernizacyjnych. Co znalazło swój wyraz w głośnym raporcie „Polska 2030”. Tyle że nikt nie zadbał o to, aby wysiłek strategiczny wpisać w rutynowe procesy decyzyjne rządu. Powszechnie chwalony tekst wylądował więc w szufladzie, dominował za to dryf „ciepłej wody w kranie”.

Centrum Analiz Strategicznych po raz pierwszy jako idea pojawiło się w exposé premiera Mateusza Morawieckiego. Jak można się domyślać, sprawa zaczęła dojrzewać po katastrofie dyplomatycznej wywołanej ustawą o IPN. Jako jedno z głównych zadań Waldemara Parucha, powołanego pod koniec kwietnia na stanowisko pełnomocnika ds. utworzenia i funkcjonowania CAS, wpisano „opiniowanie założeń i uzasadnień przygotowywanych projektów aktów prawnych pod względem strategicznym, ich zgodności z celami oraz prognozowanymi skutkami”. Poza tym Centrum ma służyć premierowi stałym wsparciem eksperckim, kontrolować spójność procesów decyzyjnych, analizować kierunki debaty publicznej.

O tworzeniu „mapy możliwości wygrania wyborów przez PiS” oczywiście nie ma w zarządzeniu premiera ani słowa. Zamiast tego wyeksponowano zadanie budowania „strategii programowych kluczowych polityk publicznych w ujęciu średniookresowym i długoterminowym”. Od czego z kolei sam Paruch w wywiadach przeważnie już się odżegnuje. Deklarował, że nie należy od Centrum oczekiwać „żadnych raportów liczących po 200–300 stron, które potem i tak nie mają żadnego znaczenia”. Zamiast tego zamierza „przedstawiać warianty, pokazywać, jakie będą konsekwencje podjęcia (lub nie) takiej czy innej decyzji” („Polska The Times”).

Dodajmy, że chodzi o konsekwencje przede wszystkim sondażowe. Na co wskazuje zarówno kontekst wystąpień nadwornego stratega, jak i zakulisowe doniesienia. Wynika z nich, że Centrum Analiz Strategicznych to po prostu zainstalowany przez Jarosława Kaczyńskiego opornik w rządowym systemie decyzyjnym. Mający redukować potencjalne napięcia wynikające z i tak już niemrawej aktywności tego rządu. Zapewne nieprzypadkowo w czasach rewolucyjnego wzmożenia, kiedy wybuchały masowe protesty przeciwko dewastowaniu demokratycznych instytucji, jakoś nikt nie zawracał sobie głowy strategicznym analizowaniem i skutkami społecznymi.

Nic więc nie wskazuje, aby CAS miał się stać instytucją trwałą. Zresztą Centrum nawet nie figuruje w schemacie organizacyjnym Kancelarii Premiera. Prawnie umocowany jest jedynie sam Paruch jako pełnomocnik szefa rządu (czyli jednoosobowy „organ pomocniczy”, jeden z 30 równych rangą). Choć wydzielono do jego dyspozycji cztery departamenty, nie tworzą one zintegrowanej struktury. A bez tego trudno mówić o podmiotowości względem innych ośrodków władzy.

Przypadek Parucha sporo więc mówi o instrumentalnym traktowaniu państwa przez PiS. Jest ono zbiorem rozmaitych fasad, przeważnie pozorujących autonomię, faktycznie zaś podporządkowanych nieformalnemu „centrum dyspozycji politycznej” na Nowogrodzkiej. Wszystko tu jest umowne. W rzeczywistości nie ma bowiem żadnego centrum, nikt nie zawraca sobie głowy prawdziwą strategią (postulowane przez Parucha „przesuwanie się wraz z postawami społecznymi” to przecież zaprzeczenie myślenia strategicznego), nic też nie wiadomo o jakichkolwiek poważnych analizach.

Na dobrą sprawę jest tylko sam Paruch w roli atrakcyjnego narratora kierującego swe komunikaty do bardziej oświeconych segmentów elektoratu „dobrej zmiany”. Bez wątpienia świeża krew w mocno już zużytym gronie pisowskich intelektualistów. Nie ma w nim ideologicznej zawziętości Legutki, emocjonalnych porywów Krasnodębskiego, spiskowych obsesji Zybertowicza. Co prawda brakuje mu intelektualnego formatu i dorobku naukowego wyżej wymienionych, ale za to jest pragmatyczny, twardo stąpa po ziemi, posługuje się konkretnymi danymi. To może się podobać.

Tylko czy wizerunek Parucha również aby nie jest efektem gry pozorów? Nawet w roli politycznego konsultanta nie wypada zbyt wiarygodnie, skoro nie umiał dotąd pokierować własną polityczną karierą. W 2011 r. kandydował do Sejmu z drugiego miejsca w jednym z okręgów na Podkarpaciu. Dostał tysiąc głosów i przepadł z kretesem – w samym sercu pisowskiego bastionu! Trzy lata później otrzymał jedynkę do Parlamentu Europejskiego na liście lubelskiej, wzmocnioną osobistym poparciem Kaczyńskiego. Mimo to przegrał o 30 tys. głosów z radiomaryjnym faworytem Mirosławem Piotrowskim. To do dziś przedmiot częstych drwin w PiS.

Kaczyński jak Piłsudski?

Również naukowe zainteresowania Parucha niespecjalnie odpowiadają sugerowanej przez niego posiadanej tajemnej wiedzy. W końcu 55-letni politolog z lubelskiego UMCS większość swej akademickiej kariery poświęcił analizowaniu modeli z dosyć już odległej przeszłości. Jego największe osiągnięcie to monumentalna praca habilitacyjna o myśli politycznej obozu piłsudczykowskiego po 1926 r. Bogata źródłowo i atrakcyjnie napisana. Co warte podkreślenia, Paruch – od młodości sympatyzujący ze środowiskiem Kaczyńskiego, choć niemający jeszcze bliskich związków z PiS – poprosił o recenzję kojarzonych z lewicą profesorów Tomasza Nałęcza i Jacka Majchrowskiego.

Lektura dzieła w dzisiejszym kontekście skłania do zatrzymania się na dłużej na rozdziale opisującym stosunek piłsudczyków do demokracji. Autor pisał, że choć decyzja o jej demontażu zapadła natychmiast po zamachu majowym, przez długi czas wzbraniano się przed otwartą negacją. Deklaratywnie zatem demokrację popierano, wskazując jedynie jej dysfunkcje. Stopniowe zaostrzanie kursu uzasadniano konfrontacyjną polityką opozycji oraz uwarunkowaniami międzynarodowymi. Opinia publiczna brała to zresztą za dobrą monetę, wszak Piłsudski zawsze był przecież lewicowym demokratą (choć nie żoliborskim). Tymczasem krytyka demokracji przybierała na sile, stawała się coraz bardziej demagogiczna. Podkreślano, że „nie powinna mieć charakteru liberalnego”, gdyż ten model nie przeszedł „próby życia”.

Stosunek do prawa? Pisze Paruch o sanacji, iż podążała „pasem neutralnym” pomiędzy prawem i bezprawiem. Wskazywała, że wiele praw pisali jeszcze zaborcy. Wyginano interpretację paragrafów na wszystkie sposoby, nie gwałcąc litery prawa. „W odniesieniu do zasad organizacji sądownictwa (…) piłsudczycy nie przedstawili projektu istotnych zmian o charakterze systemowym. Jedynie ograniczyli się do uporządkowania spraw personalnych zgodnie z interesami swojej formacji”.

Metodą polityczną obozu pomajowego – pisał Paruch – była silna presja na władzę wykonawczą, podporządkowanie administracji oraz sprowadzenie Sejmu do roli technicznej. Nieustannie wskazywano wroga, budując „silną dychotomię” na władzę i opozycję. „Można powiedzieć, że w formacji piłsudczykowskiej obowiązywały podwójne standardy oceny działalności politycznej – jedne dla jej członków, inne dla przeciwników”. Istotą działania był ostry konflikt. „Piłsudczycy opisywali życie publiczne nie w kategoriach konfliktu interesów możliwych do pogodzenia, ale przeciwstawnych wartości, między którymi należało wybierać”.

Paruch kończy swój wywód politologiczną konkluzją, że piłsudczykom udało się zrealizować większość celów. Osobistego stosunku autora do wnikliwie opisanego procesu trudno się jednak doszukać. Obecnie czasem mu się zdarza porównywać aktualnego politycznego patrona z dawnym obiektem naukowych zainteresowań. Najwyraźniej jest więc świadom zagrożeń wynikających z projektu, w którym uczestniczy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną