Kraj

Nie tacy pogniewani

O wadach III RP i prawie do krytyki

Adam „Łona” Zieliński Adam „Łona” Zieliński Piotr Żagiell / EAST NEWS
Bilans III RP jest bez wątpienia pozytywny. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy milczeć w sprawie wieloletnich zaniedbań albo patrzeć przez palce na dokonania polityków opozycji.
Polityka

W artykule „Pogniewane pokolenie” (POLITYKA 6) Mariusz Janicki i Wiesław Władyka wysunęli pod adresem dzisiejszych 30- i 40-latków cały szereg zarzutów. Jako że trafiłem do grona oskarżonych, czuję się w obowiązku zająć stanowisko.

Autorzy artykułu przytoczyli barwne cytaty z wywiadów m.in. z Pablopavo, Szczepanem Twardochem czy ze mną; pojawiły się w nim także odwołania do wydanego niedawno „Końca pokoleń podległości” Jarosława Kuisza. Mam wrażenie, że nazbyt łatwo przyszło panom Janickiemu i Władyce na tej podstawie stawianie generalnych tez odnośnie do pokoleniowych doświadczeń i oczekiwań od III RP, dotyczących choćby „niejakiego lekceważenia manifestacji w obronie praworządności” czy „specyficznego zrównania ważności wielu wątków – ekonomicznych, ustrojowych, obyczajowych, kulturowych”.

Z takim stanowiskiem nie można się zgodzić. Prawda jest bowiem taka, że znakomita większość z nas doskonale zdaje sobie sprawę z wagi ustrojowych osiągnięć III RP; z tego, jak istotny jest trójpodział władz i jak fundamentalne znaczenie ma – w ramach tego trójpodziału – niezależne sądownictwo. Interesuje nas los swobód obywatelskich i wolności mediów, mierzi pasmo kompromitacji na arenie międzynarodowej, niepokoi ostry skręt w stronę państwa autorytarnego. Co więcej, niektórzy z nas wcale nierzadko zabierają publicznie w tej sprawie głos, co, jak się wydaje, zupełnie autorom umknęło.

Nie uważam natomiast, by zgoda co do podstawowych zasad ustrojowych pozbawiała nas prawa do formułowania krytycznych ocen pod adresem klasy politycznej, bez względu na to, czy chodzi o obóz rządzący czy opozycję. Autorzy zarzucają nam eksponowanie wad systemu, śmiało twierdząc, że „szczegóły decydują [u nas] o sprawach ogólnych” oraz że może to stać się drogą do „zanegowania demokratycznych zasad”. Taki tok myślenia prowadzi na manowce. Z faktu, że rządy PiS są szkodliwe i niebezpieczne, nie można wyciągać wniosków, że oto krytyka obozu liberalnego stała się ciosem w demokrację. Ochrona demokratycznych instytucji ma znaczenie fundamentalne, ale nie możemy zrzekać się przy tej okazji prawa do oceny całej rzeczywistości politycznej, bo to m.in. ze wskazywanych przez nas „szczegółów” wzięło się właśnie zwycięstwo formacji Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli te kwestie nie zostaną uczciwie przerobione – choćby i przez gruntowne zmiany w łonie obozu demokratycznego – PiS będzie wygrywało wybory bez końca.

Odnośnie do samych niedomagań – nie mam ani prawa, ani specjalnej wiedzy, by snuć w tej sprawie ogólnopokoleniowe manifesty. Pozostaje mi perspektywa trzydziestoparolatka z dużego ośrodka w północno-zachodniej Polsce, uprawiającego wolny zawód. Bilans III RP w takiej optyce jest generalnie pozytywny: jesteśmy demokratycznym krajem, członkiem UE i NATO, rozwijającym się gospodarczo, z przyzwoicie zarabiającą klasą średnią, rozkosznie pochłoniętą problemami pierwszego świata.

Rysy pojawiają się, gdy przychodzi do oceny świata polityki: jeśli przyjmiemy, że ojcowie założyciele III RP cieszyli się w większości dużym zaufaniem społecznym, to ich następcy zupełnie je roztrwonili. Z jednej strony chodzi o notoryczne „mijanie się z prawdą”; o dziesiątki pustych obietnic składanych przez prominentów wszystkich bez wyjątku ugrupowań, o bezrefleksyjne niszczenie mozolnie budowanych struktur dla doraźnych celów – jak choćby w przypadku służby cywilnej czy OFE; czy o ruchy podejmowane kompletnie „bez mapy” – jak choćby w sprawie umów śmieciowych.

Tej ostatniej kwestii warto zresztą przyjrzeć się bliżej, bo jak w soczewce obrazuje poziom chaosu; ustawodawca nie dość, że zwiększył formalne obciążenia pracodawcy związane ze stosunkiem pracy (co trudno uznać za zachętę do wybierania tej formy zatrudnienia), to dodatkowo „ozusował” zlecenia, co przyczyniło się do jeszcze większego wynaturzenia: pracowników zastąpili przedsiębiorcy, a umowy o pracę – umowy b2b. Do tego dochodzi Państwowa Inspekcja Pracy – bezradna, bo pozbawiona właściwych instrumentów prawnych. Ten stan rzeczy obciąża wszystkie kolejne ekipy.

Z drugiej strony brak zaufania do polityków jest skutkiem stylu uprawiania polityki czy raczej stylu publicznej obecności. Dobrze to widać, jeśli zestawimy, powiedzmy, Jacka Kuronia z telewizyjnych pogadanek z początku lat 90. z dowolnym współczesnym politykiem złapanym przez dziennikarza w Sejmie. Pewnie, że inne czasy, inne media itp. Nie tłumaczy to jednak kompletnej rezygnacji obecnych działaczy z prawa do samodzielnego głosu. Świat publicznej polityki zawsze był widowiskiem, teraz jednak stał się marnym serialem, w którym większość aktorów nie wychyla się poza treść przekazów dnia z esemesów od partyjnej centrali, a scenariusz jest do bólu przewidywalny. Jeśli oczywiście nie liczyć wypowiedzi renegatów z poszczególnych ugrupowań, którzy w cudowny sposób przejrzeli na oczy i sypią teraz starych kolegów. Znowu – to zjawisko nie pojawiło się znikąd w Sejmie VIII kadencji; to jest owoc wieloletniego osuwania się polskiego parlamentaryzmu w starcie kilku przywódców, otoczonych karnymi żołnierzami.

To rysy w gmachu III RP widoczne gołym okiem z perspektywy klasy średniej. Prawdziwe pęknięcia widać dopiero, gdy spojrzy się na całość szerzej. Polska nie jest krajem równych szans; można się zgodzić, że transformacja wymagała ofiar, ale nic nie usprawiedliwia porzucenia ich przez ostatnie 30 lat i udawania, że są oto en bloc ofiarami własnego lenistwa i niezaradności. III RP ma olbrzymie zaległości w walce z dziedziczeniem biedy, w prowadzeniu skutecznej pomocy społecznej, w zapewnianiu równego dostępu do służby zdrowia, czy wreszcie w takim oddziaływaniu na rynek pracy, by wysokość wynagrodzeń odzwierciedlała choćby w części wzrost gospodarczy. Mówiąc krótko: w walce z nierównościami. Nie mam żadnych wątpliwości, że pomysł na 500+ powstał z cynicznych pobudek, ale to pierwszy program po 1989 r., który tak szeroko przysłużył się wyrównywaniu szans.

Do rangi symbolu urasta passus z Bronisławem Komorowskim, który, zapytany w 2015 r. na ulicy przez młodego człowieka, co ma robić, by nie emigrować, wybąkał tylko słynne już: „zmień pracę, weź kredyt”. Żeby była jasność – nie chodzi tu o byłego prezydenta, ale o całą klasę polityczną, która nigdy uczciwie nie zmierzyła się z problemem masowej emigracji. Nikt nie rozpoczął poważnej rozmowy, nie zaproponował konkretnych rozwiązań, poprzestano na tradycyjnym zaklinaniu rzeczywistości. To fragment większej całości: politycy mieli – i mają – olbrzymi problem z wyczuciem społecznego tętna i ze zmierzeniem się z rzeczywistymi wyzwaniami.

Problem leży także w samej debacie publicznej, a zwłaszcza w powszechnej skłonności do zamykania się we własnym środowisku i do popadania w syndrom oblężonej twierdzy. Nie pomaga na przykład nazywanie symetrystami tych, którzy punktują wady III RP, sugeruje to bowiem, że stawiają oni znak równości między PiS a całą resztą. Nie ma żadnej równości; obóz „dobrej zmiany” demoluje porządek konstytucyjny i niszczy demokratyczne instytucje, wprowadzając w tym obszarze standardy rodem z Węgier czy Turcji. Obrona przed tymi zjawiskami ma znaczenie fundamentalne. Podobnie rzecz ma się z oceną minionego trzydziestolecia: pokojowa transformacja jest olbrzymim sukcesem, a bilans III RP jest niewątpliwie pozytywny. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy milczeć w sprawie wieloletnich zaniedbań albo patrzeć przez palce na dotychczasowe dokonania polityków opozycji.

Zresztą zarzuty o symetryzm to pół biedy. Cała bieda zaczyna się, gdy przychodzi do reakcji budowniczych wolnej Polski na zastrzeżenia, nawet te wyważone i konstruktywne. Zbyt często odpowiedzią jest kompletne odrzucenie i bezkrytyczna obrona swojego dorobku, tak jakby uwierzyli oni, że III RP została wyposażona w ustrój idealny. Jest to tym smutniejsze, że w krytyce rozwiązań systemowych nie chodzi o wywracanie fundamentów do góry nogami. Konstytucja nie wymaga zmian, przeciwnie – wymaga realizacji. Także w zakresie urzeczywistniania zasad sprawiedliwości społecznej (art. 2), rzetelnej ochrony pracy (art. 24) i niedyskryminacji w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym (art. 32 ust. 2).

Byłoby zatem dobrze, by – równocześnie z bezwzględną obroną podstawowych zasad ustrojowych – uważniej wsłuchać się w krytyczne głosy odnośnie do systemowych niedomagań, w tym te formułowane przez „średnio-młodsze” pokolenie. Bez tego nie ma specjalnych widoków na podstawowe porozumienie, do którego autorzy – słusznie skądinąd – zachęcają.

***

Adam „Łona” Zieliński (ur. 1982 r. w Szczecinie) – raper, producent muzyczny i autor tekstów. Od 2001 r. regularnie wydaje kolejne albumy hiphopowe w duecie Łona i Webber, łącząc to z pracą w kancelarii prawnej – jako specjalista od prawa autorskiego. W 2017 r. Rada Języka Polskiego przyznała mu tytuł Młodego Ambasadora Polszczyzny.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Wojna polsko-bolszewicka w oczach de Gaulle’a

Wojna polsko-bolszewicka 1920 r. w oczach Charlesa de Gaulle’a.

Marek Mikołajczyk
12.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną