Kraj

Rząd biegnie sprintem po samoloty F-35

Samolot F-35 Samolot F-35 Richard Schneider / Flickr CC by 2.0
Polska przyspiesza starania o zakup myśliwców piątej generacji. Przy okazji MON porzuca dotychczasową procedurę i zmierza w kierunku zakupu bez żadnej konkurencji.

28 marca szef Inspektoratu Uzbrojenia gen. bryg. Dariusz Pluta podpisał pismo, w którym po raz drugi zwraca się do departamentu obrony USA o podanie ceny i określenie dostępności samolotów myśliwskich F-35. Podobne pismo wysłał już w grudniu, ale wtedy pytał o kilka typów maszyn: nowej wersji F-16 i F-15, F/A-18 i F-35 w ramach trwającego od ponad roku postępowania w programie Harpia.

Czytaj też: Nadlatują samoloty dla polskiego wojska

Przyspieszony zakup F-35

Teraz Pluta anulował tamto zapytanie i prosi już tylko o informacje na temat samolotów piątej generacji. Powodów zmiany podejścia Amerykanom nie podał, podkreślił za to, że zależy mu na tym, by maksymalnie przyspieszyć procedurę. Kilka dni później w dorocznym oświadczeniu dla komisji kongresowej rozpatrywanie polskiego wniosku (obok pytań z kilku innych krajów) potwierdził szef biura F-35 w Pentagonie wiceadm. Mathias Winter. Szef MON Mariusz Błaszczak mówił TVP Info: „Skoro strona USA mówi o tym publicznie, to znaczy, że zakup może być przyspieszony”.

Jednocześnie przyspieszenia nabierają wydarzenia w Warszawie. Kilka dni po wysłaniu przez Plutę nowego zapytania o F-35 zbiera się ekspercki zespół wojskowy, mający opiniować i doradzać MON w fazie analityczno-koncepcyjnej programu Harpia. Wojskowi doradcy mieli się zapoznać z nowym, przyspieszonym harmonogramem programu, zapewne uwzględniającym już nie kilka możliwych do wyboru samolotów, a tylko jeden.

Wśród 12 oficerów wchodzących w skład zespołu są przedstawiciele dowództw generalnego i operacyjnego, a także zwierzchnicy 2. Skrzydła Lotnictwa Taktycznego, czyli użytkownicy naszych F-16. MON, szukając samolotu nowej generacji, wykorzystuje doświadczenie lotników już posiadanych maszyn wielozadaniowych. Uderzający jest brak w zespole reprezentantów baz MiG-29 i Su-22, ciekawostką zaś uczestnictwo pilota pokazowego F-16 z poznańskich Krzesin.

Czytaj też: Śmigłowcowe fiasko PiS

Podekscytowany Lockheed Martin

Dla pełnego obrazu przyspieszenia warto dodać wizytę na wysokim szczeblu komercyjnym. W Warszawie gościł w zeszłym tygodniu wiceprezes firmy Lockheed Martin Rick Edwards. To prawa ręka głównej prezes Marylin Hewson, człowiek odpowiedzialny za międzynarodową sprzedaż, dającą największej firmie zbrojeniowej świata jedną trzecią przychodów. Edwards przez dwa dni odbywał spotkania w MON i PGZ, ale zaprosił też media.

Wizyta nie dotyczyła tylko samolotów – Lockheed ma w Polsce rozległe interesy: prowadzi fabrykę lotniczą w Mielcu (największy zakład firmy poza USA), z której MON i policja kupiły black hawki, sprzedaje nam poprzez rząd USA wyrzutnie HIMARS, uczestniczy w utrzymaniu floty F-16 i dostarcza uzbrojenie do nich, współpracuje przy transportowcach C-130, a przede wszystkim dostarcza pociski PAC-3MSE dla systemu Wisła i właśnie podpisał z PGZ umowy wykonawcze do offsetu.

Edwards miał więc o czym rozmawiać, choć szczegółów nie zdradził. Podzielił się natomiast refleksją, że jest to dla jego firmy „ekscytujący czas”, a ta ekscytacja wynika właśnie z przyspieszenia polskich przymiarek do F-35. Zapewniał, że nawet w wypadku nowych klientów będzie szansa na udział ich przemysłów w produkcji samolotu i że cena maszyny systematycznie spada, będąc już porównywalną do unowocześnionych maszyn poprzednich generacji.

Zachwalał przy tym F-35 nie tylko jako samolot, ale węzeł całej sieci wymiany informacji dla rozmaitych środków walki, oczywiście głównie produkcji Lockheeda. Firmie nie należy się dziwić: skoro Polska otwiera furtkę zakupu bez porównania ofert konkurencji, trzeba to wykorzystać. Kilka miliardów dolarów piechotą nie chodzi, zwłaszcza że sam zakup tylko otwiera strumień gotówki płynący do producenta przez wiele dekad.

Czytaj też: Tak złej sytuacji w lotnictwie wojskowym nie było nigdy

Dlaczego zrezygnowaliśmy z konkurencji

Mamy jednak do czynienia z jedną z najdziwniejszych sytuacji w zamówieniach zbrojeniowych. Program pod kryptonimem Harpia dotyczy zwiększenia możliwości walki powietrznej i wsparcia działań połączonych poprzez wielozadaniowy samolot bojowy. W ciągu kilku miesięcy zmienił się on z konkurencyjnego postępowania we wczesnej fazie analitycznej, z udziałem wielu podmiotów, w zakup jednego typu maszyny, do którego MON prze z niebywałą determinacją. W dodatku kryteria wyboru tego właśnie samolotu zostały przedstawione tylko zdawkowo.

Kiedy uzmysłowimy sobie, że chodzi o wydatek rzędu przynajmniej 4–5 mld dol. na deklarowane przez MON 32 myśliwce, to pytania o tryb podjęcia decyzji stają się jeszcze istotniejsze. Dlaczego program Harpia zmienił postać, zanim Amerykanie dostarczyli odpowiedź na grudniowe pytania Inspektoratu Uzbrojenia? Kto i w jakim trybie zdecydował o wyborze samolotu piątej generacji? Do czego ma on służyć Wojsku Polskiemu? Czy siły zbrojne stworzą cały sieciocentryczny system, w którym zalety tej maszyny można najlepiej wykorzystać?

Tego rodzaju pytania można mnożyć. Czy wyborowi F-35 towarzyszyła analiza kosztów zakupu i utrzymania, a także koniecznych inwestycji? Czy przygotowany został schemat finansowania? Czy podjęto decyzję o podstawowym znaczeniu tego zakupu dla bezpieczeństwa państwa, która umożliwia dokonanie zakupu z wolnej ręki, z pominięciem konkurencyjnego trybu przetargowego? Czy siły powietrzne złożyły zapotrzebowanie na F-35 w ramach pilnej potrzeby operacyjnej związanej z kryzysem wokół stanu technicznego starszych myśliwców? W krajach, które decydowały się na wejście do programu F-35, lista podobnych pytań była dłuższa, a debata trwała latami.

Czytaj także: Co zostało ze strategii zmian w polskiej armii

Ręczne sterowanie procedurą?

Sytuacja sprawia wrażenie ręcznego sterowania procedurą. Temat F-35 dla Polski nie jest całkiem nowy. Od kilku lat firma Lockheed Martin próbuje zainteresować MON tym samolotem, po tym jak Polska nie zdecydowała się na wejście do programu na jego wczesnym etapie na początku XXI w. Za obecnej kadencji F-35 powrócił w czasie prac nad „Strategicznym przeglądem obronnym”, który postulował wyposażenie sił powietrznych w minimum dwie eskadry samolotów piątej generacji. Potem sprawa przycichła, a w MON rozpatrywano różne opcje, nawet sprowadzenie używanych F-16 i ich modernizację z udziałem krajowego przemysłu.

Program Harpia poszukiwał dla lotnictwa różnych rozwiązań, dopuszczano wiele typów maszyn, także z Europy (Eurofighter, Gripen). Kiedy w ciągu nieco ponad roku zdarzyły się dwa wypadki MiG-29, minister obrony wykorzystał ten fakt do wydania komunikatu o chęci zakupu samolotów piątej generacji. Stało się to 28 listopada 2018 r., a więc zanim w ogóle do USA wysłano z Inspektoratu Uzbrojenia zapytanie o dostępność i cenę maszyn konkurujących w programie Harpia.

W jednej części MON trwała więc normalna procedura, podczas gdy w innej już zdecydowano o konkretnym samolocie. Tegoroczny, trzeci wypadek MiG-a był okazją do kolejnego werbalnego przyspieszenia, które zaowocowało anulowaniem dotychczasowej procedury i zwróceniem się wyłącznie o dane na temat F-35. Przedziwny ciąg zdarzeń.

Czytaj także: Jak mógłby wyglądać Fort Trump w Polsce

Sukces przed wyborami?

Szerszy kontekst wydarzeń ostatnich miesięcy to też rozmowy z USA o bazach wojskowych w Polsce i zbliżenie między Warszawą a Waszyngtonem. MON składa wielomiliardowe zamówienia na amerykańską broń – patrioty i HIMARS-y. Z drugiej strony pojawiają się sugestie nowych zakupów, które miałyby przyspieszyć modernizację Wojska Polskiego w zgodzie z planami operacyjnymi USA na wypadek rosyjskiej agresji na wschodniej flance NATO.

Opisał je m.in. wspierany przez polskie władze raport think tanku CSBA. Samolot piątej generacji jest w nim wskazywany jako preferowana opcja wzmocnienia polskiego lotnictwa bojowego. Raport nie jest jednoznaczny, rozważa też opcję modernizacji istniejącej floty F-16. Ale podkreśla, że samoloty starszej generacji będą w przypadku konfliktu bardziej narażone na zestrzelenie przez rosyjską obronę przeciwlotniczą. Ryzyko utraty dużej liczby samolotów w czasie operacji nakazywałoby raczej zainwestowanie w mniejszą liczbę maszyn piątej generacji, których szanse przetrwania są dużo większe. Wskazanie na F-35 jest zatem jasne.

Nie bez znaczenia jest też krajowy kalendarz wyborczy. Wygląda na to, że MON dąży do uzyskania z USA odpowiedzi na pytania o cenę i dostępność F-35 w najbliższych miesiącach. To z kolei pozwoliłoby za kolejne kilka miesięcy wysłać do Pentagonu zamówienie (letter of request) w tzw. trybie FMS. Być może chodzi o ogłoszenie tego kroku w czasie wrześniowych targów zbrojeniowych w Kielcach, gdzie USA mają być krajem wiodącym.

W każdym razie wiele wskazuje na to, że Błaszczak chciałby pokazać wyborcom podpisane zamówienie na F-35 przed wyborami. Kontraktu zawrzeć się nie uda, ale do listy osiągnięć będzie można dodać kolejny przełom i roztrąbić go w mediach. Jeśli przypomnieć, że PiS czynił poprzednikom zarzut z ogłoszenia w czasie kampanii prezydenckiej w 2015 r. zakupu patriotów i caracali, obserwowanie wydarzeń zbrojeniowych przed nadchodzącymi wyborami może być bardzo ciekawe.

Szybkość, ale i przejrzystość

Polska raptownie przyspieszyła w sprawie samolotów nowej generacji. Tempo działań MON można pochwalić – w zbrojeniach zbyt często zbyt długo czekamy na decyzje. Może to dowód jakiejś rzeczywistej dobrej zmiany w sposobie podejścia do zakupów.

Taka determinacja, do której MON nie przyzwyczaił nas w wielu innych obszarach, budzi zastanowienie. Nie chodzi mi o to, by cokolwiek opóźniać czy spowalniać, sytuacja lotnictwa na to nie pozwala, czasu nie ma. Ale również w interesie resortu obrony bardzo by się przydała większa przejrzystość. Powinni o nią zabiegać posłowie sejmowej i senackiej komisji obrony, a może i Najwyższa Izba Kontroli.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska jako jedyna w Unii nie udostępnia szczepionki HPV

Szczepionka, którą od 12 lat uznaje się na świecie za wybawienie od raka szyjki macicy, w Polsce jest nadal moralnie podejrzana. Wyparowała też z naszego rynku, za co sami jesteśmy sobie winni.

Paweł Walewski
26.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną