Kraj

Niemcy w Warszawie, czyli polityka w cieniu historii

Niemiecki szef dyplomacji Heiko Maas podczas obchodów 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Niemiecki szef dyplomacji Heiko Maas podczas obchodów 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Andrzej Hulimka / Forum
Jak poradzić sobie z serią ważnych rocznic w historii polsko-niemieckiej, gdy w polityce rządu PiS panuje chaos?

Zaproszenie przez rząd PiS niemieckiego ministra spraw zagranicznych na obchody 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego bynajmniej nie było oczywiste. Stąd słuszna uwaga Heiko Maasa, że to dla niego szczególny znak zaufania. Należy jednak pamiętać, że to zaufanie rządu tej partii, która od 2005 r. przed każdymi wyborami podkręca antyniemieckie resentymenty, u progu swych rządów złamała konstytucję, trwale osłabiając pozycję kraju nie tylko w Unii, poza tym pobłażliwie traktuje faszyzującą chuliganerię, a opozycję uważaja za „Polaków gorszego sortu”.

Czytaj też: Powstanie warszawskie, kanałami do życia

Parada sprzeczności w relacjach z Niemcami

Po 1989 r. zapraszanie czołowych przedstawicieli Niemiec na obchody rocznicy wybuchu powstania nie jest niczym wyjątkowym. W 1994 r. prezydent Niemiec Roman Herzog pochylał na pl. Krasińskich głowę przed weteranami powstania warszawskiego i wszystkimi polskimi ofiarami wojny, wypowiadając słowa, na które Polacy czekali właściwie od 1965 r., od listu polskich biskupów: „Proszę o wybaczenie za to, co zostało przez Niemców wyrządzone”.

Herzog dopowiadał to, co w 1970 r. Willy Brandt wyraził bez słów, padając na kolana na pl. Bohaterów Getta. Dziesięć lat później, w 60. rocznicę powstania, kanclerz Gerhard Schröder przyrzekł w Warszawie, że żaden rząd federalny nie poprze żądań restytucyjnych ze strony niemieckich wypędzonych. Ale już w następnym roku PiS cynicznie wyciągnął Donaldowi Tuskowi „dziadka z Wehrmachtu” i po dziś dzień oskarża władze Gdańska, że wspierają niemczenie miasta.

Z takiej perspektywy zaproszenie Heiko Maasa do Warszawy było rzeczywiście godnym uwagi znakiem zaufania wobec ministra, ale też przejawem chaosu w polityce niemieckiej PiS. Wyraziście wypunktował tę paradę sprzeczności Klaus Bachmann w „Tygodniku Powszechnym”. Dla propagandzistów PiS Tusk był w Unii tylko stajennym Angeli Merkel, a jego ponowny wybór na przewodniczącego Rady UE przy jednym – polskim, czytaj: pisowskim – głosie sprzeciwu prezentowano jako kolejne w rodzimych dziejach moralne zwycięstwo w realnie przegranej bitwie.

Teraz wybór Ursuli von der Leyen na „premiera Europy” ma być zwycięstwem PiS, bo Angela Merkel przekonała premiera w Warszawie, by jednak poparł Niemkę na forum Unii. A przecież jej polityczny i mentalny świat – tęsknoty do Stanów Zjednoczonych Europy, zrozumienie dla LGBT i wyraźny sprzeciw wobec łamania trójpodziału władz w państwach członkowskich – nijak się ma do postaw przywódców PiS wykorzystujących i podsycających historyczne urazy i kompleksy przesłaniane użalaniem się nad polskim losem, pieniężnymi i moralnymi roszczeniami oraz liturgią cmentarnych rocznic.

Czytaj też: Niemiecki pociąg do Moskwy

Różne oblicza pamięci

Pamięć klęsk, ludobójstwa, zniszczeń w społeczeństwie i kraju, który 80 lat temu padł ofiarą zmowy i agresji ze strony sąsiednich państw, jest oczywista. Pokolenia powojenne są to winne pokoleniu wojennemu. Ale pamięć nie jest równa pamięci – może zatruwać nawet siódme pokolenie chowaniem urazy, jątrzeniem i skrywaną chęcią wyrównywania krzywd po wsze czasy. A może też służyć wspólnemu odbijaniu się od moralnego dna.

Z listu polskich biskupów cytuje się zwykle słowa o przebaczeniu i prośbie o przebaczenie. Ale jest też inne: „Nie chcemy rozrywać jeszcze niezabliźnionych ran. Jeśli przypominamy tę straszliwą polską noc, to jedynie po to, aby nas dziś łatwiej było zrozumieć, nas samych i nasz sposób dzisiejszego myślenia... Staramy się zapomnieć. Mamy nadzieję, że czas – ten wielki, boski kairos – pozwoli zagoić duchowe rany”. To było w czasach zimnej wojny, jeszcze przed uznaniem przez Republikę Federalną polskiej granicy zachodniej.

Dziś nawet nacjonalistyczny rząd w Warszawie jest gotów razem z czołowymi politykami niemieckimi czcić pamięć tamtej straszliwej nocy, która zaczęła się 1 września 1939 r. i dla wielu trwała po klęsce III Rzeszy. To znaczy, że powojenny dorobek polsko-niemieckiego dialogu, normalizacji, wzajemnych sympatii, pojednania, wspólnoty interesów i nadrzędnej racji stanu obu sąsiednich państw jest już także częścią zarówno historycznej pamięci, jak i wspólnego europejskiego projektu, stojącego wobec nowych wyzwań nie tylko w naszej części globu.

Czytaj też: Niemcy, wielki remanent po 1989 r.

Skąd tyle propagandowej trucizny

Pytanie tylko, skąd wciąż tyle propagandowej trucizny w rządzącej dziś w Polsce partii? Oto najnowszy przykład. Gdańszczanie, którzy – powiedzmy od 1980 r. – są awangardą polskiego społeczeństwa, próbują w tym roku nowatorskiej formy upamiętnienia zarówno tej strasznej wojennej przeszłości, jak i dokonań ostatnich dziesięcioleci. 1 września – w 75. rocznicę niemieckiej (a potem także radzieckiej) agresji na Polskę – władze przygotowują we współpracy z Fundacją Pojednanie Marsz Życia. W trzydniowych obchodach weźmie udział ponad 200 obywateli RFN, demonstrując „poczucie odpowiedzialności za trudną historię ich ojców i dziadków – sprawców krzywd II wojny światowej”.

30 sierpnia odbędzie się wspólna kolacja w formie rodzinnego spotkania. 31 sierpnia – konferencja o trudnej historii polsko-niemieckiej, ale też o budowaniu relacji między naszymi narodami, oraz spotkanie z władzami miasta, środowiskami żydowskimi i gośćmi. 1 września po porannych obchodach na Westerplatte o godz. 15 odbędzie się sam Marsz Życia, a później zaplanowano koncert, pokazy tradycyjnego tańca i wspólne przeżywanie rocznicy.

Ta formuła obchodów „w mieście rządzonym przez Aleksandrę Dulkiewicz” – jak donosi TVP Info – oburzyła jej konkurenta z PiS Kacpra Płażyńskiego. „1 września gdańskie władze będą uczestniczyć w radosnym pochodzie, koncercie, tańcach i świętowaniu [słowa z pierwotnego opisu obchodów, poprawionego później przez władze miasta – red.] wspólnie z delegacją niemiecką. Zatkało mnie. Czy ktoś może mi wyjaśnić, co się dzieje?”. Mimo wyjaśnień władz miasta, że chodziło o radość z pojednania, a marsz nie będzie miał rozrywkowego charakteru, Płażyński dalej mówił o „prowokacji”.

Czytaj też: Niemcy wbijają szpicę

A może Marsz Życia w Warszawie?

Panie radny, niech się Pan obudzi z bez mała stuletniego snu! Niemcy są sojusznikiem Polski w NATO i Unii Europejskiej. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w stosunkach polsko-niemieckich doszło dzięki wielu ludziom dobrej woli do historycznego przełomu, czego wasi decydenci i ideolodzy nie chcą dostrzec.

Dlatego gdański Marsz Życia mógłby mieć swój epilog miesiąc później w Warszawie. Marzy mi się, by 5 października pod opieką władz warszawskich, a staraniem polsko-niemieckiej wymiany młodzieżowej i przy poparciu Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, przeszedł Alejami Ujazdowskimi do Łazienek radosny, polsko-niemiecki korowód młodzieży szkolnej i studentów – obok miejsca, w którym 80 lat temu stał Adolf Hitler, przyjmując defiladę Wehrmachtu wkraczającego do stolicy. Teraz młodzi Niemcy i Polacy mogliby przejść w przeciwnym kierunku – przed frontonem dawnych carskich koszar, które są siedzibą rządu RP. Może to wyprowadziłoby wreszcie cienie wojennej zgrozy z głów nieprzejednanych.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną