Kraj

Polityka historyczna w służbie polityki

Cztery lata rządów PiS: Polityka historyczna w służbie polityki

Andrzej Duda podczas obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości Andrzej Duda podczas obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta
Polityka historyczna jest integralną częścią wielkiego projektu, który najpierw służył walce o władzę, a teraz służy utrzymaniu i utrwaleniu tej władzy. Odgrywa rolę wyższego, opatrznościowego uzasadnienia, dlaczego PiS ma prawo panować.

Państwa i rządy zawsze prowadzą jakąś politykę historyczną, choćby poprzez edukację, stawianie pomników, uroczystości i obchody, wspieranie czy nawet inspirowanie kultury i sztuki, odwoływanie się do autorytetów i bohaterów. Wspomnieć można choćby obchody 3 maja pod auspicjami prezydenta Bronisława Komorowskiego, który maszerował rozstawnymi pomnikami od Piłsudskiego do Piłsudskiego. Trasa biegła od pl. Zwycięstwa do Belwederu, po drodze honorując Witosa, Bora-Komorowskiego, Dmowskiego. Była to polityka historyczna wyrażająca szacunek dla walk o niepodległość, łącząca różne tradycje, zresztą nie bez protestów społecznych, zwłaszcza wobec osoby przywódcy przedwojennego obozu narodowego.

Czytaj też: Jak PiS wykorzystuje w swoich rządach politykę historyczną

Dlaczego PiS ma prawo panować

To była jednak – można odpowiedzialnie powiedzieć – taka „normalna”, przyzwoita polityka historyczna, nieskierowana przeciwko czemuś lub komuś. Jakże inna od tej, którą realizuje dziś polska władza, hałaśliwie narzucająca społeczeństwu swoją wizję historii i mająca swoich bohaterów pozytywnych i negatywnych. Zawsze po coś, w jakimś celu.

Ta polityka historyczna jest bowiem integralną częścią wielkiego projektu, który najpierw służył walce o władzę, a teraz służy utrzymaniu i utrwaleniu tej władzy. Historia, opowieść o niej, jej przywoływanie, oczywiście w wersji pożądanej, odgrywa rolę wyższego, opatrznościowego uzasadnienia, dlaczego PiS ma prawo panować, daje swoistą legitymację do rządzenia. Nie wystarczy legitymacja wyborcza, trzeba sięgnąć po argumenty poważniejsze.

Układają się one w następujący wywód: idziemy z przeszłości w przyszłość, my – PiS, ja – Jarosław Kaczyński. Jak udowodniliśmy w przeszłości, jesteśmy najbardziej zasłużeni, zawsze mieliśmy rację, wyrastamy z najbardziej patriotycznej i walecznej tradycji polskiej. Dajemy zatem gwarancję, że i dzisiaj mamy rację i będziemy mieli ją jutro. Notabene ten rodzaj uzasadnień do przejmowania władzy, a potem jej używania, zawsze eksponowały wszelkie rewolucje i zamachy stanu, jako że nie mogły się odwołać do demokratycznych decyzji wyborczych.

Czytaj też: Brutalna telepropaganda

Czyszczenie i lustrowanie historii

Takie wynoszenie swojej historycznej niby-misji jest – jak zawsze w wydaniu PiS – agresywnie skierowane przeciw innym, przeciw oponentom politycznym, przeciw odmiennym sposobom odczytania historii. Było to już widoczne przed 2015 r., gdy – przy pomocy zresztą niektórych utytułowanych historyków – próbowano przeciwstawić rzekomej „historiografii wstydu” „historiografię dumy”, szydercom – patriotów, kłamstwom – prawdę. Zaczęło się wokół Jedwabnego i Grossa, a potem wokół powstania warszawskiego i PRL, z wszystkimi wypustkami i przybudówkami.

Czyszczenie i lustrowanie historii polegać zaczęło także na ustawianiu jedynie słusznej prawdy o zasługach i winach historycznych. W te rachunki włączano postaci, z którymi walczono, a na ich miejsce wysuwano swoich bohaterów i swoich protegowanych. I tak w miejscu Lecha Wałęsy w „Solidarności” i rewolucji 1980 pojawił się Lech Kaczyński, tak za najwspanialszego premiera III RP zaczął uchodzić Jan Olszewski.

Czytaj też: Teraźniejszość nie gorsza od historii

Linia ciągła – od cudu nad Wisłą do PiS

Pojawiły się też linie ciągłe. III RP jako swoisty bękart historii, którego przepędził dopiero Jarosław Kaczyński, był chory pierworodnie, bo zaczął swój żywot od nieszczęsnego Okrągłego Stołu i zdradzieckich układów z komunistami, które zawarli, jak się okazało po latach, jacyś kryptokomuniści ze strony byłego podziemia. Do których, jak się też okazało – a jakże – należeli choćby Tusk czy Komorowski. Nie szkodzi, że nic się tu faktograficznie nie zgadza i że to bracia Kaczyńscy w 1989 r. byli aktywnymi uczestnikami gry i najbliższymi współpracownikami Lecha Wałęsy, dzisiaj nie inaczej przedstawianego niż „Bolek” czy wręcz zdrajca sprawy narodowej.

Linię ciągłą prowadzono od cudu nad Wisłą przez powstanie warszawskie, żołnierzy wyklętych, „Solidarność” braci Kaczyńskich – aż po IV RP i Smoleńsk. Tą drogą maszerowała dzielność, maszerowała jedyna racja. Oczywiście, można także odczytać w tej polityce historycznej różne korekty czy uściślenia na rzecz nowych przesłań czy przekazów. Choćby odchodzenie od legendy Armii Krajowej na rzecz pamięci o NSZ czy jeszcze mocniej na rzecz zmistyfikowanych żołnierzy wyklętych.

AK jako formacja pluralistyczna politycznie i ideowo, zwłaszcza po akcji scaleniowej, jako armia demokratycznego w swojej podstawie rządu w Londynie nie stanowi dzisiaj pożądanego wzorca. Zwłaszcza że hołubione przez prezydenta Dudę i premiera Morawieckiego jednostki NSZ i tzw. żołnierze wyklęci wyłamali się z posłuszeństwa, zdawałoby się legalnym, zwierzchnikom.

Bo chodzi o to, że linia ciągła musi połączyć tamte walki z czasem dzisiejszym, tamtych bohaterów i niezłomnych (ukochane samookreślenie prezydenta Dudy) ze współczesnymi bohaterami i niezłomnymi związanymi z PiS.

Czytaj także: Co się stało, że PiS znowu doszedł do władzy

Idea i interes na wskroś polityczny

Polityka historyczna współczesnej Polski dysponuje więc swoją ideą i swoim interesem, naturalnie na wskroś politycznym. Dysponuje także instrumentarium, choćby w dyspozycji ministra kultury i dziedzictwa. Minister rozwiązuje i zawiązuje muzea, dymisjonuje i powołuje, zakłada i przejmuje, cenzuruje, daje i odbiera dotacje. Dysponuje też Instytutem Pamięci Narodowej i usłużnymi historykami, nagradza i wymierza kary, układa podręczniki historii – a co w nich jest, polecam uwadze i trosce rodziców.

Dysponuje w końcu swoimi dygnitarzami i liderami, którzy z upodobaniem mówią o historii. Wedle dystynkcji: przewodniczący PiS ma upodobanie do rozważań historiozoficznych, to on przestawia wajchy na głównym kursie polityki historycznej. Prezydent kocha patos i głośne słowa, czasem stara się coś wyważyć, by za chwilę walnąć jakąś propagandówę najgorszej próby. Premier, skądinąd historyk z cenzusem, czyni cuda, by udowodnić, że właściwie żadnych studiów nie ukończył, że tak jak w innych wypadkach, także w historii lubi mijać się z prawdą. Nie mija się jednak z polityką historyczną swojej partii i swojego przywódcy.

Czytaj także: Ludzka władza

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną