Kraj

Profesor na prezydenta?

Uzyskanie minimalnej większości w Sejmie i przegrana w walce o Senat pokazały granice poparcia dla „dobrej zmiany”. A także dla ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Na wszystkie trzy ugrupowania prodemokratyczne (KO, SLD, PSL) oddano w sumie 8 958 824 głosy, natomiast na siły parademokratyczne (PiS, Konfederacja) – niewiele więcej, bo 9 308 888 (samo PiS otrzymało ich 8 051 935). To pokazuje, że Duda nie może spać spokojnie, jeśli opozycji uda się wystawienie dobrego kandydata, który będzie reprezentował ideały bliskie elektoratowi wszystkich sił opozycyjnych.

Obecny lokator Belwederu może być pewien jedynie wyborców PiS, zatem ma małe szanse na zwycięstwo w pierwszej turze. Do drugiej na pewno wejdzie kandydat PO, kimkolwiek by był. Taka jest logika partyjnych solidarności. Nawet najlepszy kandydat lewicy czy ludowców nie będzie miał z nim szans. I dlatego tak fundamentalną kwestią jest to, kogo wystawi Platforma. Jeśli będzie to działacz partyjny – jako się rzekło – bez problemu wejdzie do drugiej tury i równie pewnie przegra w niej z obecnym prezydentem. Dlaczego? Bo wyborcy lewicy i ludowców, nawet pomimo apeli swoich liderów, nie będą chętnie głosować na członka innej partii.

Sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby PO zdecydowała się postawić na kogoś politycznego, ale niepartyjnego. Na kogoś łatwego do zaakceptowania w drugiej turze przez wyborców lewicy i PSL, a jednocześnie niewzbudzającego furii u konfederatów, którzy mogą przy tej alternatywie zostać w domach (z tego powodu odpada, świetny skądinąd, Adam Bodnar, bo uważany jest tam za skrajnego lewaka). Dziś na myśl przychodzą mi nazwiska profesorów Marcina Matczaka i Krystiana Markiewicza (prezesa Iustitii), którzy znani są z walki o łączące PO, lewicę i ludowców ideały demokracji, oraz Aleksandry Dulkiewicz, która ma z całej trójki największe doświadczenie polityczne.

Polityka 43.2019 (3233) z dnia 22.10.2019; Komentarze; s. 8
Reklama