Kraj

Marek Falenta zostaje w więzieniu. Sąd Najwyższy ostatecznie zamknął sprawę

Marek Falenta za dużo ma jednak do stracenia, by wyłożyć wszystkie karty na stół. Marek Falenta za dużo ma jednak do stracenia, by wyłożyć wszystkie karty na stół. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
Zaskoczenia nie było – sąd oddalił kasację wyroku 2,5 roku więzienia dla Falenty za udział w aferze podsłuchowej. Mimo to wciąż wiele w tej sprawie od niego zależy i wciąż wiele wymaga wyjaśnienia.

Obrona chciała uniewinnienia, zarzucając „oczywistą niesłuszność skazania”, lub przynajmniej przekazania sprawy do ponownego rozpoznania. Sąd Najwyższy się nie zgodził, stwierdziwszy, że „sąd apelacyjny postąpił prawidłowo, aprobując ocenę dowodów dokonaną przez sąd pierwszej instancji”, tzn. że nie ma mowy, by doszło do skazania niewinnej osoby.

Czytaj więcej: Tu już nie ma wątpliwości – ktoś wstrzymywał poszukiwania Falenty

Sprawa Falenty nie wyjaśniła afery podsłuchowej do końca

Intrygująco zabrzmiało stwierdzenie sędziego Zbigniewa Puszkarskiego, który był w składzie orzekającym, że „ewentualne potwierdzenie jakiejkolwiek inspiracji Marka Falenty ze strony innych osób, co do których nie ma dowodów w oparciu o jego wyjaśnienia, które składał w tej sprawie, i tak nie powodowałoby, że Falenta jest niewinny, a skazujący go wyrok jest niesłuszny”. Chodziło oczywiście o służby, wówczas kierowane przez ludzi PO, które biznesmen oskarżał o udział w aferze. Sąd jednak ocenił, że nie ma na to dowodów, a nawet gdyby były, nie wyłączałyby winy Marka Falenty, który podczas procesu rozstrzygniętego w 2016 r. kreślił swój obraz jako patrioty, który nagrywał w słusznej sprawie.

Co z tego wynika? W skrócie tyle, że Falenta rzeczywiście brał udział w aferze podsłuchowej, a jego działania miały charakter przestępczy. Można też dodać, że za sprawą tego wyroku klęskę poniosła prokuratura, która nie chciała Falenty posłać do więzienia, a jedynie ukarać go karą w zawieszeniu. Do dziś nie wiemy, dlaczego śledczy z prokuratury okręgowej Warszawa – Praga byli dla Falenty tak łagodni. I to już pod rządami PiS. To jedno z pytań, na które do dziś nie udzielili odpowiedzi.

Wyrok SN oczywiście nie oznacza, że sprawa podsłuchów z 2014 r. jest zamknięta i wyjaśniona. Znaczy tylko tyle, że właśnie został zamknięty jej jeden, wcale nie najważniejszy wątek – udziału Marka Falenty. Ale już nie jego roli w procederze, który wstrząsnął polskim państwem.

Nadal nie wiemy, na czyje zlecenie działał i z kim współpracował oprócz dwójki kelnerów. Bo teoria o tym, że był mózgiem czy też reżyserem podsłuchowego spisku, dawno upadła. Także za sprawą samego Marka Falenty, który w listach wysyłanych latem tego roku do najważniejszych osób w państwie jako współodpowiedzialnych wskazywał najważniejsze osoby w PiS, z prezesem włącznie. Tego wątku jednak nikt nie pociągnął. Skandalem jest, że również nikt, łącznie z prezydentem i prezes warszawskiego sądu okręgowego, którzy te listy otrzymali, nie złożył w sprawie zawiadomienia do prokuratury. To kolejna przesłanka z całej serii dowodów i poszlak, które wskazują na to, że PiS nie ma w tej sprawie czystego sumienia, więcej – że prawdopodobnie maczał palce w rozkręceniu afery podsłuchowej.

Czytaj także: Kto stoi za kelnerami w aferze podsłuchowej

Rola rosyjskich służb nadal niejasna

Ale przede wszystkim wyjaśnienia domagają się ślady prowadzące do rosyjskich służb. Do dziś ani prokuratura, ani ABW nie kiwnęły na ten temat palcem, choć wiele z tych tropów udało się wskazać i przedstawić – w książce „Obcym alfabetem”. Ludzie PiS konsekwentnie milczą, co tylko potęguje wrażenie, że coś próbują zamieść pod dywan.

Jedyne, na co dziś pozostaje liczyć, to to, że Marek Falenta w jakiś sposób przemówi i dopowie historię, którą opisał w listach. Czyli jak było naprawdę – kto go inspirował, kto mu pomagał i z nim współpracował. To, że rozważa taki krok, sugeruje Marek Małecki, jeden z jego adwokatów. Falenta za dużo ma jednak do stracenia, by wyłożyć wszystkie karty na stół – szczególnie jeśli współpracował z Rosjanami, a nawet z PiS, co już podpadałoby pod zamach na legalne władze RP. Dlatego asy zostawi w rękawie, pytanie, czy zdecyduje się pokazać cokolwiek ze swojej talii.

Szkoda mimo wszystko, że Sąd Najwyższy nie cofnął sprawy do ponownego rozpatrzenia. Biorąc pod uwagę wszystkie ograniczenia związane z działaniem tzw. organów ścigania podporządkowanych PiS, pojawiłaby się szansa, by rzucić nowe światło na to, co działo się w warszawskich restauracjach w latach 2013–14 i kto za tym stał. To, czy kiedykolwiek uda się wrócić do sprawy i prześwietlić jej najciemniejsze zakamarki, jest kwestią kluczową z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, dotykającą jądra naszej suwerenności i niezawisłości. Warto i trzeba o tym pamiętać.

Czytaj także: Niewyjaśniona afera podsłuchowa to problem nas wszystkich

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną