Kraj

Reporter ze smartfonem. Jak pracują media podczas epidemii

Reporterzy podczas konferencji Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w Sejmie Reporterzy podczas konferencji Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w Sejmie Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Media stale relacjonują zdarzenia z frontu walki z wirusem i mierzą się z fake newsami. Ale muszą też pokonywać ograniczenia wynikające z izolacji i innych środków bezpieczeństwa.

Weźmy maseczki. Chronią przed czymkolwiek? Ile powinny mieć warstw? Czy da się je gdziekolwiek kupić? Z filtrem czy bez? Liczba pytań pęcznieje, a informacje znalezione w sieci często się wykluczają. Sam minister Łukasz Szumowski zmieniał w tej sprawie zdanie. 26 lutego w rozmowie z Robertem Mazurkiem śmiał się, że maseczki przed niczym nie chronią i nie wie, dlaczego ludzie je noszą. 9 kwietnia podczas rządowej konferencji prasowej zapewniał o ich przydatności i namawiał Polaków do noszenia nawet własnoręcznie wykonanych osłon.

W chaosie trudno się połapać. Najlepiej radzą z nim sobie sprawdzone i cieszące się wieloletnią renomą media. Takie, które o opinie w ważkich sprawach pytają ekspertów i którym zależy na jak najszybszym rozwiewaniu wątpliwości.

Czytaj też: Kontrowersyjne projekty w cieniu wirusa. Dlaczego PiS to robi

Nie da się „wychodzić” nowych kontaktów

Jak przygotować rzetelny materiał, kiedy możliwość wyjścia z domu jest mocno ograniczona, trudno spotkać się z rozmówcą, a zespół pracuje na odległość? Zapytaliśmy dziennikarzy pracujących w telewizji, radiu, dzienniku i dużym portalu informacyjnym, jak wirus zmienił ich codzienną rutynę.

Zdaniem autorki reportaży politycznych dziś pracuje się dużo trudniej. Do tej pory kluczem do zdobycia informacji były spotkania twarzą w twarz. Pomagały przełamać stereotypy, dawały przestrzeń do wygadania się i wypowiedzenia tego, czego politycy nie wyznaliby w innych okolicznościach albo ze świadomością, że są nagrywani. Teraz rozmowy muszą się odbywać nawet nie telefonicznie, a przy pomocy specjalnych szyfrujących komunikatorów (politycy PiS szczególnie polubili jeden z nich). W zasadzie nie da się dziś „wychodzić” nowych kontaktów. Procentują znajomości zadzierzgnięte przed epidemią. Ci, którzy ich nie nawiązali, mają nie lada problem.

Czytaj też: Co reporter „Polityki” zobaczył w szpitalu zakaźnym

Bliżej widza i słuchacza

Inne problemy ma telewizja. Tu wszystko musi odbywać się jawnie i w świetle kamer. Tyle że reporter, operator i gość to już trzy osoby, a więc niemalże nielegalne zgromadzenie. Telewizje starają się zapewniać bezpieczeństwo pracownikom, dezynfekują samochody, kamery i mikroporty, a dziennikarzom nie nakładają makijażu. Ale jak zrobić program bez gości? Jak go nagrać bez wychodzenia z domu?

Michał Nobis, autor materiałów dla „Dzień Dobry TVN”, przyznaje, że nowa sytuacja wymagała kreatywności: – Nie mam bezpośredniego kontaktu z ekipami i produkcją, ale z drugiej strony to świetny moment, żeby się wykazać. Staramy się być blisko ludzi i wydaje mi się, że chociaż nie wychodzę z mikrofonem na ulicę, to nigdy wcześniej nie byłem w takim kontakcie z widzami. Teraz realizuję materiał o tym, co Polacy robią na swoich balkonach podczas kwarantanny.

Jak się robi taki materiał? – Całość nagrywam telefonem przymocowanym do konstrukcji z doniczki i zwiniętej karimaty. Moi rozmówcy, z którymi łączę się przez komunikator internetowy, także nagrywają się samodzielnie – smartfonami. Role trochę się odwracają, a moi goście nie są już tylko bohaterami, ale także operatorami, dźwiękowcami, reporterami.

Inaczej przygotowuje się materiały do emisji. Nobis: – Wszystkie reportaże montujemy z domu, łącząc się przez komunikator wideo z montażystą. Nagle okazało się, że nie potrzeba wcale profesjonalnych kamer, wielkiej ekipy czy oświetlenia, wystarczy telefon, dostęp do szybkiego internetu i dobry pomysł. Co więcej, dostaję od widzów wiadomości, że taka forma bardzo im się podoba. Nikomu nie przeszkadzają delikatnie poruszone ujęcia czy średnia jakość dźwięku. To jest w obecnej sytuacji najbardziej naturalne. Upiększanie rzeczywistości mogłoby się wydać śmieszne.

„Średnia jakość dźwięku” może i jest do zaakceptowania w kilkuminutowym materiale telewizyjnym, ale niekoniecznie w radiu. Reporter dużej ogólnopolskiej stacji zdradza nam, że choć technika poszła do przodu, wciąż słyszy różnicę między dźwiękiem nagrywanym smartfonem a tym nagrywanym w studiu. – Mamy oczywiście swoje sposoby, żeby go poprawiać, kasować szum itd., ale nie zawsze da się to zrobić perfekcyjnie. Poza tym tak jak inne redakcje pracujemy w trybie zmianowym, pozamienialiśmy miejsca w biurze tak, żeby nie zbliżać się do siebie, a kolegia zwołujemy przy pomocy wideokonferencji – opowiada.

Czytaj też: Rząd chce otwierać sklepy. Problemów tak nie rozwiąże

Zdecyduje jakość i profesjonalizm

Z innymi problemami zmagają się reporterzy, a z innymi redaktorzy czy wydawcy. Nikt nie ukrywa, że sytuacja zmniejszyła sprzedaż wydań papierowych, za to wzrosły zasięgi w internecie. Z końcem marca z drukowanego wydania zrezygnował tygodnik „Wprost”, wydawany od 1982 r.

Michał Szułdrzyński, zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, patrzy z ufnością w cyfrową przyszłość rynku: – Media, które weszły jakiś czas temu na ścieżkę cyfryzacji, podjęły dobre decyzje. Dzięki rozwiniętym różnym kanałom dystrybucji możemy dostarczać czytelnikowi naszą gazetę w formie papierowej i elektronicznej. Jestem przekonany, że o przyszłości konkretnych mediów zdecyduje jakość. Jeśli ktoś przyzwyczaił czytelnika do profesjonalizmu i nie obniżył lotów w związku z epidemią, powinien wyjść z sytuacji obronną ręką.

Portal Onet.pl musiał zmierzyć się z zupełnie innymi trudnościami. Paweł Ławiński, zastępca redaktora naczelnego, mówi, że pracę przy pomocy wideokonferencji Onet opracowaną miał od dawna: – Na co dzień redakcja Onetu działała w kilku lokalizacjach. Od trzech lat ćwiczyliśmy pracę na odległość. W chwili wybuchu epidemii nasza strona techniczna, bardzo ważna przy tworzeniu portalu informacyjnego, zupełnie nie ucierpiała. Teraz kolegia organizowane w formie telekonferencji lubią się przedłużać, ale to w zasadzie jedyne utrudnienie. Największe ograniczenie dotknęło działu wideo, gości do studia już nie zapraszamy.

Czytaj też: Plakaty w tysiącach okien. Polki mówią „nie” szalonym pomysłom Godek

Pojawia się zmęczenie

Z ograniczeń w poruszaniu się skrzętnie korzystają politycy. Posłowie w Sejmie zostali starannie odseparowani od dziennikarzy. Jeśli chcą coś zakomunikować, organizują konferencję. Z legitymacją dziennikarską wciąż można się swobodnie poruszać po mieście, ale praca jest utrudniona.

Nie ukrywamy, że sytuacja jest dla nas frustrująca. Pojawia się zmęczenie, staramy się prosić szefów redakcji, żeby tak ustawiali grafik, aby każdy miał dwa dni wolnego w tygodniu. Media spełniają swoją funkcję, starają się organizować fajne akcje, takie jak koncerty online, i generalnie jednoczyć ludzi. My położyliśmy nacisk na aspekt psychologiczny, staramy się podpowiadać czytelnikom, jak radzić sobie w sytuacji ciągłej izolacji, gdy pojawia się znużenie, apatia i stres związany z niepewnością zatrudnienia. Nie mam wrażenia, żeby media obniżyły poziom. Co innego ich kondycja ekonomiczna. Jeśli gospodarka będzie się dalej zapadać w tym tempie, to wiadomo, że budżety reklamowe, z których się utrzymujemy, będą się zmniejszać – dodaje Paweł Ławiński.

Czytaj też: Uczymy się dystansu

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną