W tym chaosie władza – od stójkowego po premiera – może, dowolnie żonglując przepisami, bezkarnie, bez kontroli naruszać nasze prawa. Jako oręż ma grzywnę administracyjną do wysokości 30 tys., którą natychmiast, nie czekając na efekt odwołania do sądu, ściągnie z nas urząd skarbowy. Zakaz wstępu do lasu, grzywna za bieganie, jazdę na rowerze, rodzinny wypad nad rzekę – doświadczyliśmy już różnych bezsensownych ograniczeń i kar.
W tych warunkach ogłoszenie stanu nadzwyczajnego byłoby zaprowadzeniem ładu prawnego, a nie zagrożeniem dla demokracji. Ale wtedy nie mogłyby się odbyć wybory prezydenckie. A tych życzy sobie prezes Kaczyński, nawet wbrew działaczom własnej partii. Więc PiS straszy, że stan wyjątkowy (jeden z trzech stanów nadzwyczajnych) oznacza wojsko na ulicach, zakaz działania partii politycznych, cenzurę w prasie i zarządy komisaryczne w samorządach. Opozycja to „łyka” i żąda wprowadzenia nie stanu wyjątkowego, ale stanu klęski żywiołowej, w którym możliwość ograniczania praw i wolności konstytucyjnych jest nieco mniejsza. Za to może on trwać, aż się władzy nie znudzi, bo po 30 dniach można go przedłużać bez limitu. W przeciwieństwie do stanu wyjątkowego, który może trwać maksimum pięć miesięcy. Tego opozycja uparcie nie widzi. A może widzi, tylko boi się efektu wizerunkowego: że oto „domaga się czołgów na ulicach”.
A konstytucja nie jest paktem samobójców. Jeśli przewiduje stany nadzwyczajne, to zarazem wprowadza gwarancje, żeby nie stały się okazją do niszczenia praworządności czy do politycznego zamachu stanu. Zatem: • stan nadzwyczajny musi być tymczasowy i możliwie najkrótszy; • w czasie jego trwania nie można zmieniać konstytucji, kodeksu wyborczego (co ćwiczymy już drugi raz w ciągu miesiąca) czy ustawy o stanach nadzwyczajnych; • w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie można m.